Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mój drogi — zaczął cienki, po odbyciu powitalnej ceremonji. — No, wiesz, tegom nie oczekiwał! A to ci niespodzianka! Niech ci się przypatrzę. Nic się nie zmienił. Wciąż jeszcze przystojny! Tak samo miły, tak samo elegancki! Miły Boże! Jak ci się powodzi? Ożeniłeś się? Jesteś bogaty? A ja, jak widzisz jestem żonaty... Oto moja połowica, Luiza, z domu Wancenbach... luteranka... A to mój syn, Natanjel, już w trzeciej klasie! Spójrz Natanku — mój przyjaciel lat dziecinnych. Do szkół razemśmy chodzili!
Nataniel chwilkę pomyślał i zdjął czapkę.
— Do szkół razemśmy chodzili! — ciągnął dalej cienki. — Pamiętasz, jak cię przezywali? Nazwali cię Herostratesem, boś wypalił papierosem dziurę w książce, będącej własnością szkoły. A mnie skarżypytą, bom był lizus. Ho, ho... Dzieciuchy! Nie bój się, Natanku. Zbliż się... Tak! A to moja żona z domu Wancenbach... luteranka.
Natanjel po chwilowym namyśle schował się za ojca.
— No, a co u ciebie słychać? — spytał gruby, patrząc z zachwytem na cienkiego. Jesteś może na urzędzie? Dosłużyłeś się jakowejś rangi?
— Tak, jestem urzędnikiem państwowym. A od dwu lat piastuję rangę asesora kolegjalnego. Mam order Stanisława. Cóż to jednak znaczy... Pensja licha. Pal ją zresztą djabli! Moja żona daje lekcje muzyki, a ja, prywatnie oczywiście, robię papierośnice z drzewa. Doskonałe papierośnice!