Golem/Męka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustav Meyrink
Tytuł Golem
Data wydania 1919
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Tytuł orygin. Der Golem
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


MĘKA.

W kajdanach na ręku, mając za sobą żandarma z nastawionym bagnetem — musiałem iść przez ulice, oświetlone wieczorowo.
Ulicznicy tłumem biegli za mną, wrzawą czyniąc na prawo i na lewo, kobiety otwierały okna, groziły warząchwiami z góry i rzucały mi w oczy obelgi.
Z daleka już widziałem masywny kamienny budynek sądowy; nad bramą był napis, który stawał się coraz bliższy.

Karząca sprawiedliwość
jest obroną wszystkich zacnych ludzi.

W końcu pochłonęła mię olbrzymia brama — i wielki przedpokój, w którym cuchnęło kuchnią.
Człowiek wielkobrody, z szablą u boku, w mundurze urzędniczym i takiejże czapce, przytem bosy, a na nogach mający długie do kostek, z dołu przewiązane, gacie — wstał, odstawił młynek do kawy który trzymał między kolanami — i kazał mi się rozebrać.
Wówczas zrewidował moje kieszenie, wyjął z nich wszystko, co w nich znalazł — i zapytał mię, czy — niemam pluskiew?
Gdym zaprzeczył, ściągnął mi z palców pierścionki, powiedział, że dobrze — i że mogę się ubrać z powrotem. Prowadzono mię przez rozmaite piętra do góry oraz przez kurytarze, gdzie stały w niszach okiennych odosobnione wielkie szare zamykalne skrzynie.
Nieprzerwanym szeregiem ciągnęły się wzdłuż ścian żelazne drzwi z drągami ryglowemi; małe zakratowane okienka, a nad każdem płomień gazowy.
Olbrzymi, po żołniersku wyglądający dozorca więzienny — pierwsza uczciwa twarz od wielu godzin — otworzył jedne z drzwi, popchnął mnie do ciemnego, podobnego do szafki, zapowietrzonego, cuchnącego otworu — i zamknął je za mną.
Stałem w zupełnej ciemności i macałem ją powoli. Kolano moje trafiło na blaszany kubeł. Nakoniec się połapałem: miejsce było tak wązkie, że ledwo się mogłem obrócić. Ruch klamki — i oto jestem w celi więziennej. Po dwie pary prycz z siennikami przy ścianach. Pomiędzy niemi przejście na szerokość jednego kroku.
Zakratowane okno, wielkości metra kwadratowego — wysoko na ścianie poprzecznej umieszczone, przepuszczało matowe światło nocnego nieba. Gorąco nie do wytrzymania, odorem starych łachów zadżumione powietrze — zapełniało przestrzeń.
Gdy oczy moje przywykły do ciemności, spostrzegłem, że na trzech pryczach — czwarta była nie zajęta — siedzieli ludzie w szarych więziennych ubraniach; łokcie oparte mieli na kolanach, a głowy w rękach ukryte.
Żaden nie mówił słowa. Usiadłem na swobodnem łóżku i czekałem.
Czekałem. Czekałem godzinę — dwie — trzy godziny.
Skoro na zewnątrz — jak mi się zdało — usłyszałem kroki, sądziłem, że oto teraz, teraz przychodzą po mnie, aby mię stawić przed komisją śledczą. Tym razem było to złudzenie. Kroki wciąż ginęły w kurytarzach.
Rozdarłem kołnierzyk; myślałem, że się uduszę.
Słyszałem, jak jeden więzień po drugim, przeciągał się, jęcząc.
„Czy nie można by tam wysoko okna otworzyć“ — zapytałem rozpacznie głośno w ciemność. Przestraszyłem się sam własnego głosu.
„Nie idzie“ — mrukliwie odpowiedziano z jednego z sienników.
Pomimo to zacząłem macać wzdłuż ściany: na wysokości piersi leżała, deska utwierdzona poprzecznie — — dwa dzbanki wody — — kawałki chleba — —
Z trudem wdrapałem się na górę — trzymałem się kratek i przyciskałem twarz do szczelin okna, aby choć troszką świeżego powietrza odetchnąć.

Stałem tak póty, póki mi kolana nie omdlały. Jednobarwna, czarno-siwa mgła przed mojemi oczami.
Zimne żelazne sztaby zapotniały. Była już niewątpliwie blizko północ. Poza sobą słyszałem chrapanie.
Jeden tylko więzień nie mógł widocznie spać: rzucał się na słomie na wszystkie strony i od czasu do czasu stękał półgłosem.
Czy nakoniec zabłyśnie poranek? Tak! Zegar bije znowu. Liczyłem drżącemi usty: raz, dwa, trzy! Chwała Bogu, już niewiele godzin, świt zapewne niedaleko! Bije dalej: cztery, pięć! — Pot mi wystąpił na czoło — sześć — siedm.
Była godzina jedenasta!
A więc tylko sześćdziesiąt minut ubiegło od czasu, gdy poraz ostatni słyszałem uderzenie zegara.

Bądź jak bądź myśli moje układały się logicznie.
Wassertrum podrzucił mi zegarek zaginionego Zottmana, aby na mnie skierować podejrzenie o morderstwo. A zatem sam musiał być zabójcą: jakim sposobem, oprócz tego, mógłby dojść do posiadania zegarka? Gdyby znalazł gdzie bądź trupa i dopiero wtedy go ograbił, napewno by upomniał się o tysiąc marek nagrody, którą wyznaczono za znalezienie zwłok Zottmana. — Ale to było niepodobieństwo: plakaty wciąż były jeszcze porozklejane na rogach ulic, jak to wyraźnie widziałem w drodze do więzienia. Że tandeciarz musiał wskazać na mnie, to było oczywiste.
Również jasne, że Wassertrum z radcą policyjnym, przynajmiej w sprawie Angeliny — mieli jakieś konszachty. Inaczej jaki cel by miało podstępne szpiegowanie o Saviolego?
Z drugiej strony widocznem jest z tego, że Wassertrum nie miał jeszcze w ręku listów Angeliny.
Biedziłem się nad tem myślami — —
Jak w błyskawicy — ze straszliwą wyrazistością — wszystko mi się nagle wyjaśniło, jak gdybym był sam przy tem obecny.
Tak; tylko w ten sposób mogło się to odbyć. Wassertrum zabrał sobie potajemnie moją żelazną kasetkę, w której domyślał się dowodów; gdy właśnie razem ze swoimi wspólnikami z policji robił rewizję w mojem mieszkaniu. Nie mógł jej natychmiast otworzyć, gdyż ja klucz zawsze nosiłem przy sobie — — — i może teraz właśnie w swojej jaskini ją rozbija. — —
W szalonej rozpaczy zatargałem kratą żelazną i zobaczyłem Wassertruma w duchu przed sobą — : gmera w listach Angeliny. Gdybym tylko mógł zawiadomić Charouska, żeby on przynajmiej w czas przestrzegł Saviolego.
Przez mgnienie oka uczepiłem się tej nadziei, że wiadomość o mojem aresztowaniu rozeszła się lotem błyskawicy po żydowskiem mieście, ja zaś do Charouska miałem zaufanie, jak do jakiegoś anioła wybawcy. Przeciw jego piekielnej chytrości nic nie był w stanie uczynić Aron. „Będę go ściśle co do godziny trzymał za gardło wtedy, gdy on Saviolemu zechce siąść na karku“ — tak mi kiedyś powiedział Charousek.
W następnym momencie znów odrzuciłem wszystko i jakaś dzika obawa mnie ogarnęła: co będzie, gdy Charousek przyjdzie za późno?
Angelina wtedy byłaby zgubioną. — — — — Gryzę wargi aż do krwi, piersi sobie szarpię z żalu, że wtenczas natychmiastowo listów nie spaliłem —
Przysiągłem sobie, że w tej samej godzinie, w której znów się znajdę na wolności zgładzę ze świata Wassertruma — — Czy umrę z własnej ręki czy też na szubienicy — i cóż mi na tem zależeć może?
Że sędzia śledczy uwierzy moim słowom, gdy mu opowiem w sposób istotny historję z zegarkiem i jak to mi Wassertrum groźby zapowiadał: — o tem nie wątpiłem ani chwili.
Napewno jutro już będę wolny; przynajmniej sąd aresztowałby i Wassertruma, jako podejrzanego o zabójstwo. Liczyłem godziny i modliłem się, żeby szybciej minęły; drętwiałem w ciężkich wyziewach.
Po niewymownie długim czasie zaczęło się nakoniec rozwidniać — i najpierw była to ciemna plama, potem coraz wyraźniej wynurzała się ze mgły miedziana olbrzymia twarz: godzinnik starego zegara wieżowego. Ale brakło skazówek: nowa przykrość.
W końcu wybiła piąta.
Słyszałem, jak więźniowie się obudzili i, ziewając, prowadzili rozmowę po czesku. Jeden głos wydał mi się znajomy; obróciłem się, zeszedłem z pryczy na dół — i ujrzałem dziobatego Loisa na desce — wprost na przeciw mego łoża: zdumiony wytrzeszczył na mnie oczy. Dwaj pozostali byli to chłopcy o bezczelnych twarzach, którzy spoglądali na mnie z lekceważeniem.
„Defraudant? Co? — spytał jeden pół głosem swego towarzysza, trącając go łokciem. Zapytany ze wzgardą cości odpowiedział, zaczął gmerać w swoim sienniku — wyjął jakiś czarny papier z jego wnętrza i położył go na podłodze.
Wówczas pokropił go trochę wodą z dzbanka, przejrzał się w nim niby w lustrze — i palcami rozczesał sobie włosy na czoło. Następnie ze staranną czułością wysuszył papier i z powrotem schował go pod prycze.
„Pan Pernat, pan Pernat — mruczał tym czasem bezustannie Lois, wybałuszywszy oczy jak ktoś, co zobaczył widmo.
„Państwo, jak widzę, znają się ze sobą — powiedział ten, który się jeszcze nie czesał — a który to zauważył — mówił zaś pokręconym djalektem czeskiego wiedeńczyka — i szyderczo oddał mi pół ukłon: „Pozwolą panowie, że się przedstawię. Nazywam się Vossatka. Czarny Vossatka, — — — Podpalenie“ — dodał o jedną oktawę głębiej, z pewną dumą.
Uczesany zaś plunął przez zęby, popatrzył na mnie chwilę pogardliwie, wskazał na swe piersi i rzekł lakonicznie:
„Włamanie“.
Milczałem.
„No, a o co pan jest podejrzany, że się pan tu znalazł, panie hrabio? zapytał mnie wówczas wiedeńczyk.
Po chwili namysłu rzekłem spokojnie.
„Morderstwo dla rabunku“.
Obaj, rzekłbyś, stanęli odurzeni. Szyderczy wyraz twarzy zniknął — ustępując bezgranicznemu zachwytowi i poważaniu. Obaj niemal jednocześnie krzyknęli: „Reszpekt, reszpekt!“
Spostrzegłszy, że ja żadnej uwagi na nich nie zwracam, wcisnęli się w kąt z powrotem — i szeptem rozmawiali ze sobą.
Raz tylko uczesany podszedł ku mnie, milcząc spróbował muskułów mego przedramienia — i kiwając głową, odszedł do swego przyjaciela. „Pan przecie też jest tutaj, jako podejrzany o zabójstwo Zottmana“ zapytałem Loisa niespodzianie. Kiwnął głową. „Już dawno.
Znów kilka godzin upłynęło.
Zamknąłem oczy i udawałem śpiącego.
„Panie Pernat, panie Pernat! usłyszałem nagłe zupełnie cichy głos Loisa. Co? — — Zachowywałem się, jakbym dopiero zbudził się ze snu.
„Panie Pernat, proszę, niech mi pan przebaczy, proszę — proszę — czy pan nie wie, co porabia Rozyna? — Czy jest w domu?“ — jąkał biedny chłopak. Było mi nad wyraz przykro, gdy ten rozpłomienionem okiem zawisł na moich ustach i ze wzruszenia spazmatycznie ściskał ręce.
„Powodzi się jej wcale dobrze. Jest teraz kelnerką „Pod starym cebrem“ — kłamałem.
Widziałem, jak lżej odetchnął.

Dwaj więźniowie milcząc wnieśli na grubej desce gorący odwar kiełbasy w blaszanych garnkach; trzy garnki postawili w celi. Po kilku godzinach znów zazgrzytały rygle i dozorca zaprowadził mnie do sędziego śledczego.
Kolana mi drżały z oczekiwania, gdyśmy tak szli po schodach w dół i na górę.
„Czy pan sądzi, że możliwe jest, aby mnie jeszcze dziś wypuszczono na wolność?“ — z zapartym oddechem pytałem dozorcę.
Ten ze współczuciem, jak mi się zdawało, stłumił uśmiech.
„Hm! Dziś jeszcze? Hm — — Boże! — — wszystko jest możliwe“. —
Zimno lodowate przenikło mię do kości. Znowu czytałem na drzwiach porcelanową tabliczkę z nazwiskiem.

KAROL BARON V. LEISETRETER
Sędzia Śledczy

Znów nieozdobny pokój i dwa biurka z wysokiemi na metr pulpitami.
Stary, rosły człowiek z białą, dwuskrzydłą brodą, w czarnym surducie, o czerwonych nabrzmiałych ustach, w skrzypiących butach.
„Pan jest Pernat?
„Tak jest.
„Cela № 70?
„Tak jest.
„Podejrzany o zabójstwo Zottmana?
„Prawdopodobnie. Przynajmniej tak się domyślam. Ale — —
Przyznaje się?
„Do czegoż mam się przyznać, panie sędzio śledczy? Przecież jestem niewinny.
Przyznaje się?
„Nie.
„A więc zawieszam śledztwo co do pana. Dozorco więzienny, proszę wyprowadzić tego człowieka.
„Proszę, niech mię pan, jednak wysłucha, panie sędzio! Muszę bezwarunkowo dziś jeszcze być w domu. Mam ważne rzeczy do załatwiania — — “
Za drugim stołem ktoś zabeczał po baraniemu. Baron się uśmiechnął. „Wyprowadźcie tego człowieka, dozorco!“

Mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, a ja wciąż siedziałem w celi. —
O godzinie dwunastej musieliśmy codziennie schodzić na dół na dziedziniec więzienny, i w towarzystwie innych aresztantów i podejrzanych przechadzać się przez 40 minut w koło po wilgotnej ziemi.
Niewolno było rozmawiać ze sobą.
Pośrodku placu stało bezlistne, zamierające drzewo, w którego korze wrośnięty był owalny szklany posążek Matki Boskiej. Pod ścianą rosły nędzne krzewy ligustru o liściach prawie czarnych od padającej z kominów sadzy.
Wokół zakratowane okna cel, z których od czasu do czasu wyglądała kitowa twarz o wargach anemicznych. —
Potem wracamy do grobu, w którym mieszkamy; do chleba, wody, odwaru kiełbasy, a w niedziele zgniłej soczewicy.
Dopiero po długim czasie znów byłem wreszcie raz wezwany do przesłuchania:
„Czy mam świadków, że „pan“ Wassertrum jakoby ofiarował mi zegarek.
„Mam — pan Szemajah Hillel — to jest, właściwie — nie“ — (przypomniałem sobie, że go przytem nie było) — — — „ale pan Charousek — nie — i jego przy tem nie było“.
„Krótko mówiąc, nie było przytem nikogo.
„Nie, nie było nikogo, panie sędzio.
Znów barani bek za drugiem biurkiem — i znowu:
„Wyprowadzić tego człowieka, dozorco więzienny!“ — — —
Obawa o Angelinę osłabła we mnie do stanu głuchej rezygnacji. Moment, w którym o nią lękać się musiałem, minął. Albo plan zemsty Wassertruma powiódł się oddawna — albo Charousek go opanował: mówiłem sobie.
Ale troska o Mirjam doprowadzała mię teraz prawie do szaleństwa.
Wyobrażałem sobie, jak ona z godziny na godzinę czekała, aby cud się odnowił — jak wczesnym rankiem, gdy piekarz przychodzi, wybiega na ulicę i drżącą ręką chleb przeszukuje — — — Być może z mego powodu umiera od trwogi.
Często mnie to w nocy wybijało ze snu — właziłem na deskę przy ścianie; szczerzyłem oczy w miedziane oblicze zegara wieżowego — i pożerało mię pragnienie, aby moje myśli mogły przedostać się do Hillela — i krzyknąć mu w ucho: aby ratował Mirjam i wyzwolił ją od męki oczekiwania na cud.
Znów rzucałem się na siennik i powstrzymywałem oddech, aż mi pierś niemal rozsadzało: pragnąłem wymusić w sobie obraz swego sobowtora, abym go mógł jej posłać jako pocieszyciela.
I raz ukazał mi się on koło mej pryczy z literami: Chabrat Zereh Aur Bocher — ułożonemi jak w zwierciadle na piersiach — i chciałem, krzyknąć z radości — że teraz znów wszystko będzie dobrze: ale zapadł się w podłogę, zanim mu zdołałem rozkazać, aby się dalej Mirjam objawił.

Że też żadnych wiadomości nie otrzymuję od przyjaciół!
Czy zakazane jest przesyłanie listów? pytałem współtowarzyszów więziennych.
Nie wiedzieli. Dotąd żaden z nich nigdy listu nie otrzymał; zresztą nie było nikogo, co by do nich mógł pisać.
Dozorca obiecał mi się dowiedzieć o tem przy sposobności.
Paznokcie mi popękały, takem je gryzł nieustannie: włosy mi dziko zarosły, bo nie było nożyczek, grzebienia i szczotki.
Również nie było wody do mycia.
Prawie nieustannie walczyłem z chęcią wymiotów, gdyż odwar kiełbasy zaprawiany był sodą zamiast soli.
— — Był to przepis więzienny, aby „ujarzmić wzmaganie się popędu płciowego“.
Czas mijał w szarej, przeraźliwej monotonji. — Toczył się po jednym i tym samym wciąż obwodzie, jak koło udręczeń. Były pewne momenty, które znał każdy z nas, a w których ten lub ów nagle zeskakiwał z pryczy — godzinami chodził tam i z powrotem — jak dzikie zwierzę — i znów złamany upadał na swoje łoże — i przytępiały, bezmyślny czekał — czekał — czekał.
Gdy nadchodził wieczór, rojem ciągnęły pluskwy, niby mrówki po ścianach. — i zdumiony pytałem sam siebie, dla czego ów drab z szablą i w gaciach — tak sumiennie badał mnie, czy nie mam robactwa.
Obawiano się być może w sądzie krajowym, by nie powstało krzyżowanie obcych ras owadzich?
We środę przed południem przychodził zwykle jakiś ufryzowany cymbał w kapeluszu z obwisłem rondem i w klapiących nogawicach.
Lekarz więzienny dr. Rosenblatt przekonał się, że wszyscy napęcznieli ze zdrowia.
A gdy który się skarżył, wszystko jedno na co, przepisywał mu cynkową maść do nacierania piersi.
Zjawił się też raz prezes sądu krajowego, dobrze rozrośnięty, perfumowany obwieś z „dobrego towarzystwa“, na którego twarzy wypisane były najpospolitsze występki — i popatrzył, czy wszystko jest w porządku: „czy się który nie powiesił“, jak mówił ufryzowany.
Przystąpiłem do niego, by mu przedstawić pewną prośbę; wtedy ukrył się za dozorcę więziennego i wyciągnął rewolwer. „Czego chce“ krzyknął mi — uzbrojony w ten sposób.
Czy są dla mnie listy, zapytałem grzecznie. Zamiast odpowiedzi, otrzymałem uderzenie w piersi od doktora Rosenblatta, który właśnie tędy przechodził. I pan prezes cofnął się również i przez pół otwarte drzwi powiedział mi: — abym pierwej przyznał się do zbrodni. Przedtem ani jednego listu w życiu tem nie odbiorę.

Oddawna już nawykłem do złego powietrza i do gorąca, jakie tu panowało — i nieustannie drżałem z zimna.
Dwuch więźniów już się kilkakrotnie zmieniło, ale ja nie zwracałem na to uwagi. W tym tygodniu uwięziony tu był jakiś złodziej kieszonkowy lub włóczęga, w następnym fałszerz monety lub paser.
Com przeżył wczoraj, o tem dziś zapomniałem.
Wobec troski jaka mnie gryzła o Mirjam, wszystkie okoliczności zewnętrzne przybladły.
Jedno tylko zdarzenie wraziło mi się w duszę mocniej — nawet czasami jako karykatura prześladowało mię we śnie.
Stałem na desce przybitej do ściany, aby patrzeć w górę na niebo — gdy poczułem, że jakiś spiczasty przedmiot ukłuł mię w lędźwia, a gdym zbadał rzecz, przekonałem się, że to pilnik, który mi się w kieszeń wcisnął głęboko, między kort palta a podszewkę. Długo tam już pewnie tkwił, gdyż inaczej człowiek, który mię rewidował, niewątpliwie by go dostrzegł. Wyciągnąłem go z kieszeni — i nie bacznie rzuciłem na swój siennik. Gdym zeszedł z deski, pilnik zniknął — i ani chwili nie wątpiłem, że tylko Lois mógł go zabrać.
W parę dni później wyprowadzono go z celi, by go pomieścić o jedno piętro niżej.
Nie właściwe to — powiedział dozorca więzienny — aby dwaj znajdujący się pod śledztwem i oskarżeni o tę samą zbrodnię — t. j. on i ja — siedzieli w tej samej celi.
Z całego serca życzyłem sobie, aby się biednemu chłopcu — za pomocą pilnika udało wyzwolić z więzienia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustav Meyrink i tłumacza: Antoni Lange.