Gość nieznany (Kraszewski, 1946)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Gość nieznany
Pochodzenie Biblioteczka Dziecięca
Wydawca Spółka Wydawnicza „Dzieło”
Data wydania 1946
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


BIBLIOTECZKA DZIECIĘCA

Nr 15
GOŚĆ
NIEZNANY






SPÓŁKA WYDAWNICZA „DZIEŁO“
KRAKÓW, UL. ŚW. JANA 11.




455   Druk W. L. Anczyc i Spółka w Krakowie M-13518




Było to wkrótce po śmierci Władysława Łokietka.
Na Prądniku pod Krakowem mieszkał kmieć, dawno tam osiadły, a było mu na imię Aleksy. Ludzie zwali go Leksą i dali mu, jak to naówczas było zwyczajem, przezwisko Wiaduch. Oznaczało ono, że Leksa wiele znał, wiele wiedział i w kaszy się zjeść nie dał. Był on zamożny i z dumą zawsze powtarzał, że z pradziadów jest kmieciem. W chacie u niego było dostatnio, ale Leksa pilnie przestrzegał, aby nic nie było nad chłopską potrzebę. Sama chata wyglądała tak biednie, że nikt po niej nie domyślał się rzeczywistego dostatku gospodarza.
Jednego wieczora jesiennego, gdy Wiaduch właśnie powracał z pługiem do chaty, mając przy sobie syna i parobka, a żona jego stała w progu domostwa, oczekując męża i syna z wieczerzą, ukazał się na drodze mężczyzna, mogący mieć lat trzydzieści, który prowadził za sobą kulejącego konia. Ubrany był jak dostatni ziemianin, a z przyborów, które miał ze sobą, widać było, że z łowów powracał.
— Hej, gospodarzu! Głodny jestem i zmęczony! — zawołał, stanąwszy za płotem. — Nie dalibyście mi spocząć i zjeść cokolwiek? Zapłacę dobrze.
Wiaduch przybliżył się do płotu, pozdrawiając go:
— I bez zapłaty — rzekł. — Człek człeka głodnego od progu nie odpycha. Ale wy, panie, jak z twarzy i z sukni widać, ani w chacie dymnej odpoczywać nie zwykliście, ani jeść z glinianej misy drewnianą łyżką.
— Głód nie patrzy misy, a zmęczenie strzechy i posłania nie wybiera — rzekł dobrodusznie, stojący za płotem.
Gospodarz otworzył wrota i podróżny wszedł na podwórko, prowadząc ze sobą kulejącego konia. Wziął go zaraz parobek, bo mu żal było pięknego rumaka i ująwszy za chorą nogę, począł się uważnie kopytu przypatrywać. Po krótkim badaniu zręcznie wyjął ostry cierń z nogi i zawołał wesoło:
— Nic mu nie będzie, tylko tłustością zalać trzeba.
— Bóg zapłać — rzekł na to podróżny, — bo mi ten koń bardzo miły, a nie radbym widzieć go kaleką.
Potem wszedł do chaty. Obejrzawszy się po izbie, siadł na ławie, a gospodyni zakrzątała się zaraz około przyjęcia.
Podróżny dosyć niezgrabnie wziął się do ukrojenia sobie chleba, posypał go solą i począł jeść chciwie.
— Jeżeli łaska — zapytał gospodarz, — miłościwy pan z daleka?
— Od Krakowa — rzekł gość.
— Pewnie tutejszy ziemianin?
— Nie — rzekł przybyły, potrząsając głową. — A wam, jak się tu dzieje? Gospodarka idzie dobrze?
— Ano, idzie i kuleje — mówił poufale kmieć. — Pracować trzeba, bo człowiek zarobić musi na siebie, na dzieci, na grad i na burzę, na pana i na księdza, na wszystkich.
— Tak — rzekł gość. — Wy lejecie pot, a drudzy przelewają krew, broniąc was.
— To prawda, ale nieraz dzieje nam się ciężka, bardzo ciężka krzywda.
Tu począł Wiaduch opowiadać, na jakie krzywdy są kmiotkowie narażeni, jakiego nieraz doznają ucisku od dumnych a niesprawiedliwych panów, a znikąd nie mają pomocy.
Gospodarz opowiadał, a gość słuchał uważnie, wypytywał o szczegóły, jakby sobie wszystko dobrze chciał zapamiętać, wreszcie zapytał:
— A jakaż na to rada? Przecie macie sędziów?
— Sędziowie są, ale sprawiedliwości nie ma — rzekł Wiaduch.
Tymczasem gospodyni z córką zastawiła stół jadłem. Choć nie było wytworne, gość zabrał się do niego i widać było, że mu smakowało.
— Kiedy wam się krzywda dzieje — rzekł, kończąc przerwaną rozmowę, — czemuż nie pójdziecie do króla? On przecie najwyższym sędzią.
— Król? — zapytał Wiaduch. — On ma o czym innym myśleć, niż o nas.
— I o was powinien.
— Ha! Nie znamy go jeszcze. Nieboszczyka, starego Łokietka, tośmy znali. Dobry był. Z prostym kmieciem jak z człowiekiem nieraz pogadał, tośmy go i ratowali, gdy błąkał się po kraju.
— Syn jego pewnie to wam będzie pamiętał — rzekł gość, zamyślając się.
Po chwili wstał z ławy. Obejrzał się, a już wieczór nadchodził.
— Bóg zapłać gospodarzu, a i wam gosposiu Bóg zapłać! Nie traćcie, ojcze, nadziei w Bogu i w młodym królu. On napewno dołoży starań, aby się wam krzywda nie działa.
Mówiąc to, sięgnął do kalety.
— Nie czyńcie mi krzywdy — rzekł Wiaduch spokojnie. — Za gościnę nikt nie bierze zapłaty.
— Dlaczego?
— Po starym zwyczaju nie godzi się to. Chata nie gospoda. Krzywdy nie czyńcie!
Gość zakłopotany stał i myślał. Na koniec ściągnął z palca bogaty pierścień i skinął na córkę, która zamiast zbliżyć się, skryła się w kąt przestraszona.
— Chciałbym choć dziecku waszemu pamiątkę zostawić — odezwał się gość. To mówiąc i nie chcąc dziewczęcia przymuszać, pierścień z dużym świecącym kamieniem położył na stole, skłonił się i wyszedł z chaty.
Wiaduch wyszedł za nim na podwórze. Tutaj podróżny jeszcze raz podziękował za gościnę, siadł raźno na wierzchowca i wydostawszy się za wrota, śpiesznie odjechał. Wkrótce zarośla zasłoniły go.
Gdy Wiaduch powrócił do izby, zastał wszystkich zapatrzonych w pierścień. Był on z czystego złota, a na przedzie miał prześliczny kamień. Nie mogli mu się nadziwić i nacieszyć nim.
Tylko Wiaduch był zadumany. Starał się odgadnąć, kim był ten gość.
Już się dobrze zaczynało ściemniać, gdy na drodze ozwały się krzyki i wołania, a przed wrotami Wiaducha stanęli jacyś ludzie jezdni.
— Hej! Jest tam kto? — wołano.
Wiaduch wyszedł z chaty.
— A czego chcecie?
— Jechał kto tą drogą niedawno?
— A kogóż wam potrzeba?
— Czy nie jechał tędy pan jaki?
— Był jeden!
— Na jakim koniu?
Wiaduch opisał maść konia.
Na to ozwały się krzyki:
— To on! To on!
— Był tutaj — rzekł gospodarz — i przed godziną ruszył dalej. Konia miał zranionego w nogę, więc tu spoczywał i posilił się, bośmy dali, na co nas stało.
— Zdrówże był?
— Jako wy wszyscy, zdrów jak ryba i dosyć wesoły. Tylko nie chciał mi mówić, kto on. Proszę, powiedzcie wy mnie, kto to był? Kogo miałem gościem w mojej chacie?
— Jedźmy! — wołano. — Gońmy!...
— Ej! Szczęśliwy ty chłopie! — odezwał się jeden zza płota. — Nie wiesz kogoś przyjmował w swoim domu? Wszyscy panowie zazdrościć ci będą.
— Kogóż to? — pytał Wiaduch.
— Królaś Kazimierza miał! Król był u ciebie! — Te słowa krzyknął jezdny i popędził za innymi.
Wiaduch osłupiał.
Zacisnął ręce, namarszczył czoło i powtórzył sam do siebie:
— Król był u mnie?... Król u mnie?...
Tymczasem parobek, chwyciwszy się za głowę, z krzykiem wpadł do chaty, wołając:
— To był król! To był król Kazimierz!
A Wiaduch ciągle jeszcze stał na podwórzu zamyślony.
— Czym ja mu tylko nie powiedział za wiele?... A no — rzekł w końcu, wracając do chaty, — wola Boża! Co ma być, to będzie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.