Germinal/Część pierwsza/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Germinal
Wydawca W. Podwiński
Data wydania 1906
Druk Drukarnia A. Koziańskiego w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Germinal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ PIERWSZA.

I.

Noc była głęboka, na niebie nie błyszczała ani jedna gwiazda, nie można było rozróżnić przedmiotów na odległość kilku kroków. Drogą z Marchiennes do Montsou biegnącą prosto jak strzelił, przez pola zarosłe burakami szedł człowiek. Nie widział ni drogi, po której kroczył, ni linii horyzontu gdzie niebo czarne stykało się z równią, wiatr jeno marcowy, gwałtowny, bił go po piersi i twarzy, wiatr, hulający niby po morzu, po tych rozłogach, zimny, niosący wilgoć bagien, brutalny, nieustający. Dokoła nic na ciemni, ni sylwetki drzewa, ni zarysów wzgórza, nic.
Człowiek ów wyszedł z Marchiennes około drugiej w nocy, ubrany jeno w cienki bawełniany kaftan i spodnie z wełnianego pluszu i do tej pory szedł szybkim krokiem drżąc z zimna. Pod pachą gniótł małe zawiniątko, które mu bardzo zawadzało. Przekładał je ustawicznie i przyciskał do siebie, usiłując obie posiekane od chłodu ręce wsunąć do kieszeni spodni. Miał tylko jedną myśl, nadzieję biednego, bezdomnego, robotnika bez pracy, że ze świtem wiatr przycichnie i zrobi się nieco cieplej. Tak szedł i szedł aż wreszcie dwa kilometry przed Montsou ujrzał światło trzech palących się na wolnym powietrzu stosów węgla. Umieszczone były one jakby gdzieś wysoko i zdawały się bujać w powietrzu. Zrazu zawahał się niepewny i gotów zawrócić, ale potem poszedł dalej nie mogąc się oprzeć chęci ogrzania się choćby na chwilę u ognia. Droga skręciła nagle, światła znikły. Teraz po prawej ręce miał parkan zbity z szerokich desek, u stóp parkanu były szyny, po lewej zaś mały pagórek, z poza którego wyzierały szczyty dachów jakiejś niby wsi w dolinie rozłożonej. Uszedł może ze dwieście kroków, nagle na samym skręcie ukazały się znowu światła, a podróżny i tym razem nie mógł pojąć, jak mogą palić się tak wysoko na czarnem niebie podobne do dwu kopcących tarczy księżycowych. Teraz jednak uwagę jego zwróciło co innego. Na płaskim terenie ujrzał olbrzymią bezkształtną, masę, chaotycznie zbitych w jeden kłąb domów, ponad które sterczały w górę kominy. Słabe, zamglone światła łyskały przez szyby, pięć, czy sześć latarń chwiało się na belkowaniach, zębatymi czarnymi sylwetkami rysujących się na ciemni, niby potworne szkielety. Pogrążona w ciemności, otulona chmurą dymu masa ta wydawała ze siebie jeden tylko odgłos, ciężkie, głuche dyszenie niewidzialnej maszyny parowej.
Wędrownik rozpoznał nareszcie kopalnię. I zaraz opanowała go myśl przykra, natrętna, że nic mu z tego, bo i tutaj z pewnością roboty nie znajdzie. Zamiast przeto podejść bliżej budynków, skierował się na wzgórze, gdzie tliły w żelaznych koszach węgle, służąc równocześnie jako latarnie i do ogrzewania robotników. Robotnicy musieli widocznie pracować w szachcie do późnej nocy, bo dotąd jeszcze szuflowano miał. Posłyszał teraz turkot wózków kolebkowych na szynach i dostrzegł rysujące się na tle ogni sylwetki ludzi, zajętych ich opróżnianiem.
— Dobry wieczór! — rzekł i zbliżył się do jednego ogniska.
Odwrócony plecami do ognia stał poganiacz. Był to stary człek ubrany w kaftan z fioletowej włóczki, w czapce z króliczej skóry na głowie. Żółty, rosły koń stał jak z kamienia wykuty, czekając na opróżnienie sześciu wózków, które właśnie przywiózł. Pomocnik jednak nie spieszył się. Był to wysoki, szczupły chłopak, z miną zaspaną. Z pod kapelusza wymykały mu się rude włosy, leniwym ruchem naciskał dźwignię i wózki jeden za drugim przechylały się na osiach wysypując swą zawartość. Tu na wzgórzu wiał jeszcze ostrzejszy wiatr. Każdy jego powiew lodowaty ciął twarz jak brzytwą.
— Dobry wieczór! — odparł stary.
Zapanowało milczenie. Przybysz czuł, że patrzą nań podejrzliwie, wymienił więc swe nazwisko.
— Nazywam się Stefan Lantier, jestem maszynistą, nie wie pan, może mógłbym tutaj znaleść pracę? Płomień oświecał go teraz jasno. Mógł mieć ze dwadzieścia lat, był to piękny, ciemnowłosy chłopak, a cała postać jego wyrażała siłę i energię.
Poganiacz uspokoił się i odparł potrząsając głową.
— Pracę... tutaj... maszynista? Nie... nie! Wczoraj dopiero zgłaszało się dwu. Niema pracy.
Zamilkli obaj, gdyż powiał silny, ostry wiatr. Po chwili Stefan wskazując na ponurą grupę domów u stóp wzgórza spytał:
— To kopalnia węgla? Prawda?
Stary nie mógł zaraz odpowiedzieć. Porwał go silny kaszel, wstrząsający całem jego ciałem. Wreszcie splunął a flegma na zaróżowioną od ognia ziemię padła czarną plamą.
— Tak kopalnia węgla, Voreux... Domy robotnicze stoją tutaj opodal... widzi pan?
Ręką wskazał na domy wioski rozłożonej w kotlinie, które Stefan dostrzegł już przedtem. Wózki tymczasem opróżniono, a stary począł iść na sztywnych od reumatyzmu nogach za koniem, który sam, bez bicza ruszył z miejsca i kroczył powoli między szynami ruchem automatu, nie troszcząc się o wiatr, który mu jeżył grzywę i siekł po oczach, piersi, nogach.
Kopalnia Voreux zarysowała się teraz wyraźniej, a Stefan zapomniawszy grzać sobie ręce u ogniska rozglądał się dokoła. Rozróżnić mógł już poszczególne części fabryki, sortownie o ścianach jakby posmarowanych mazią, wieże szachtów, obszerne zabudowanie mieszczące machinę windy, małą czworogranną wieżyczkę pompy wodnej. Cała ta, w małej kotlinie przyczajona kopalnia, ze swymi niezgrabnymi zgrabnymi ceglanymi budynkami i kominami, co jak rogi groźnego zwierza wznosiły się w górę, wydała mu się w tem mdłem oświetleniu olbrzymim potworem czyhającym na ludzi i pożerającym ich masami. Potem począł myśleć o sobie, o swojem życiu, życiu wagabundy, od kiedy zaczął szukać pracy, to jest od dni ośmiu. Potem ujrzał się napowrót w warsztacie kolejowym w Lille, skąd go wygnano za to, iż pobił przełożonego. W sobotę przybył do Marchiennes, gdzie się spodziewał znaleść zajęcie w hutach. Ale ani tam, ani w Sonneville roboty nie było. Niedzielę spędził ukryty wśród belek wielkiego składu, drzewa, skąd go o drugiej w nocy wygnał dozorca. Nie posiadał ni grosza, ni okruszyny nawet chleba. I cóż się z nim stanie na tych ogromnych rozłogach, gdzie nawet schronić się niema gdzie przed lodowatym wiatrem? Gdzie iść? Tak, — rozmyślał — to kopalnia węgla. Zapatrzył się w grupę budynków fabrycznych, słabo oświetlonych latarniami, gdy nagle otwarły się drzwi kotłowni, buchnęła fala światła, ujrzał jasne paszcze pieców, czarne cielska kotłów i sylwetki ludzkie na tle jasności i pojął teraz dokładnie, że to regularne dyszenie uchodzącej pary nadawało fabryce pozory olbrzymiego, ciężko oddychającego potworu.
Tymczasem pomocnik poganiacza grzał się u ogniska i spoglądał na przybysza. Stefan właśnie zamierzał podnieść swe zawiniątko, gdy głośny kaszel oznajmił mu, że stary wraca. Powoli wyłaniał się z ciemności wraz ze swym żółtym koniem, ciągnącym sześć wózków naładowanych na nowo.
— Czy są fabryki w Montsou? — spytał Stefan.
Stary splunął znowu czarno i głosem przez wiatr przerywanym odparł:
— O, fabryk tu nigdzie nie brak. Inaczej tu było co prawda przed trzema, czy czterema laty! Wszędzie huczały maszyny, nie można było nastarczyć robotników... a jakie były zarobki! Teraz inaczej, trzeba przyciągać paska. Prawdziwa nędza panuje w całym kraju, robotnik nie może znaleść pracy, fabryki zamykają się jedna po drugiej, może to i nie wina cesarza, ale poco mu było wdawać się w wojnę w Ameryce? Wiedzieć musiał przecież, że tam ludzie i zwierzęta poginą na cholerę!
I poczęli obaj żalić się w krótkich, wiatrem przerywanych zdaniach.
Stefan opowiadał dzieje swej tygodniowej, daremnej włóczęgi. Czyż ma umrzeć z głodu? Niedługo roić się będzie po gościńcach od żebraków.
— Tak — mówił stary — to się źle skończy. Bóg się gniewa, że tylu chrześcian wyrzucono na ulicę.
— Nie co dnia teraz mają ludziska mięso — śmiał się Stefan.
— Ha... żeby tylko co dnia był kawałek chleba — wzdychał stary.
— Tak, tak, żeby chociaż chleb!
Umilkli, wiatr porwał ich słowa i poniósł kędyś daleko z dzikim skowytem.
— Tam! — krzyknął poganiacz wskazując ręką na południe, — tam jest Montsou!
Wyciągniętą ręką wskazywał na ciemni jakieś niewidzialne punkty i nazywał je po kolei. Tam, w Montsou pracowała jeszcze cukrownia, ale druga, firmy Hoton ograniczyła ilość robotników. Zresztą istniała tam jeszcze tylko fabryka mąki firmy Dutilleul i fabryka lin, firmy Bleuze, dostarczająca lin do kopalń. Trzymały się jako tako dotąd. Stary zakreślił ręką szeroki łuk ku północy. Tam leży Sonneville mówił, ale warsztaty budowlane nie mają teraz ani trzeciej części dawnych zamówień, dalej w Marchiennes, z trzech pieców hutniczych, teraz już dwa tylko funkcyonują, a w hucie szkła w Gagebois wybuchnąć ma niebawem strejk, gdyż mówią o obniżeniu płac.
— Wiem, wiem! — powtarzał Stefan. — Byłem tam, byłem!
— U nas — dodał poganiacz — dotąd się wlecze jako tako. Choć i tu zmniejszono pracę, a widzi pan, tam naprzeciwko, w „Victoire“ palą się już tylko dwie baterye koksowe.
Splunął i zaprzągłszy napół śpiącego konia do opróżnionych już wózków oddalił się powoli i znikł w ciemnościach.
Stefan znał teraz całą okolicę. Ciemno było jeszcze wokół ale gest starego rozwiał niejako wszędy całun nędzy. Rozpościerał on się daleko milami, a Stefanowi zdało się, że podmuchy marcowego wichru hulające po rozłogach niosą na skrzydłach wołanie o rabunek tysięcy ginących z głodu.
Zrywały się coraz to gwałtowniejsze niosąc śmierć, dusząc życie słabo tlejące w piersiach wygłodzonych. Stefan opanowany strachem wbił się oczyma w pomrokę, usiłując przedrzeć ją, dostrzedz zło, co tam gryzło życie u podstaw i bojąc się zarazem ujrzeć straszne widziadło. Ale dal czarna była jeszcze nicością, nie miała konturów, czem się stanie, w co obróci, nie można było przewidzieć. Gdzieś tylko w wielkiej odległości tlały baterye koksowe, stały szeregiem, w liczbie wielkiej, z kominami sterczącemi w górę, tworząc pasma płomieni, a dwie wieże nieco bardziej na lewo tliły niebiesko, jak olbrzymie pochodnie. Zdawało się, że to pogorzel jakaś gigantycznych rozmiarów, lub że to gwiazdy smutne świecące na niebie czarnem krainy węgla i żelaza.
— Pan może z Belgii?
Poganiacz wrócił i rozpoczął na nowo przerwaną rozmowę.
Tym razem przywiózł tylko trzy wózki. Poczęto je opróżniać. Wydarzył się wypadek, przy windzie pękła jakaś śruba i na kwadrans robota stanęła. Przesuwacze przestali toczyć wózki po szynach, zapadło milczenie przerywane tylko tępymi uderzeniami młota spadającego kędyś w dali na żelazną blachę.
— Nie, pochodzę z południa — odparł Stefan.
Pomocnik rad z przerwy, opróżniwszy wózki usiadł na ziemi. Milcząc, oczyma bez połysku wpatrywał się w starego, dziwiąc widocznie, że tyle dzisiaj mówi. Zazwyczaj stary poganiacz nie był wielomownym. Może spodobał mu się obcy przybysz, a może napadła go chwilowa gadatliwość, która skłania starców do rozmawiania ze sobą w braku towarzystwa.
— Ja zaś — rzeki — pochodzę z Montsou i nazywam się Bonnemort.[1]
— Bonnemort? — zawołał zdziwiony Stefan — to pewnie przezwisko?
Stary roześmiał się i rzekł wskazując na kopalnię:
— Tak, tak, trzy razy wyciągano mnie stamtąd... raz z opalonymi włosami, drugi, gdy ziema zasypała mnie już po pas, trzeci raz wreszcie rozdętego wodą jak żaba. Gdy się przekonano, że nie mogę się zdecydować przenieść na drugi świat, przezwano mnie Bonnemort, ot tak dla śmiechu!
Rozweselony począł się śmiać. Wydawał przytem odgłos podobny do zgrzytu źle nasmarowanej windy, a wreszcie zakończył strasznym atakiem kaszlu. Płomień ogniska oświetlał teraz jasno wielką jego głowę z rzadkiemi białemi włosami i twarz płaską bardzo bladą, pokrytą niebieskiemi plamami. Był małego wzrostu, szyję miał niezmiernie grubą, jakby rozdętą, kolana i stopy wykręcone na zewnątrz i długie sięgające kolan ręce. Zresztą podobnie, jak koń, wydawał się wyciosanym z kamienia. Obaj stali nieruchomo w wietrze, szarpiącym ich i siekającym niemiłosiernie i zdawało się, że nie czują go, nie słyszą. Gdy się wykaszlał i odkrząknął należycie, splunął opodal ogniska, a na ziemi ukazała się znowu czarna plama.
— Pan długo już pracuje w kopalni? — spytał Stefan.
Bonnemort szeroko roztoczył ręce.
Długo? Ha, pomyśl pan tylko! Miałem ośm lat gdym pierwszy raz zjechał do kopalni Voreux, a teraz mam pięćdziesiąt ośm. Porachuj pan. Robiłem tam na dole wszystko. Naprzód byłem chłopcem do pomocy, potem przesuwaczem, potem przez ośmnaście lat hajerem, potem z powodu tych przeklętych nóg, Kompania przeznaczyła mnie do kopania ziemi, pełnienia miału, poprawek rozmaitych, aż wreszcie wyjechałem na dobre na wierzch, bo doktór powiedział, że inaczej muszę tam na dole umrzeć. Już, widzisz pan od pięciu lat jestem poganiaczem! Ha, co? Piękna to porcya, pięćdziesiąt lat pracy w kopalni, a z tego czterdzieści pięć na dole.
Wypadające od czasu do czasu z żelaznego kosza węgle, tląc na ziemi, rzucały na jego bladą twarz purpurową łunę.
— Każą mi pensyonować się, — mówił dalej. — Ale niegłupim, ho, ho, niegłupim! Wytrzymam przecie może te dwa jeszcze lata do sześćdziesiątki. Wówczas dostanę sto ośmdziesiąt franków pensyi. Gdybym chciał iść dziś, daliby mi z pocałowaniem ręki sto pięćdziesiąt. Ho, ho... hytre to bestye! Zresztą prócz tych przeklętych nóg zdrów jeszcze jestem i silny. Widzi pan, tam na dole dokucza bardzo woda. Wlazła mi bestya pod skórę i są dni teraz, kiedy nie mogę ruszyć nogą, bym nie krzyczał na całe gardło z bólu.
Przerwał mu nowy atak kaszlu.
— I z tego pan także kaszle? — spytał Stefan.
Ale stary pokręcił przecząco głową. Potem gdy mógł znowu mówić objaśnił:
— Nie, nie z tego. Zeszłego miesiąca przeziębiłem się trochę. Nigdy dotąd nie kaszlałem, teraz nie mogę się tego pozbyć. I co komiczne, to to, że ciągle muszę pluć, ciągle pluć.
Odkrząknął i splunął znów czarno.
— Czy to krew? — spytał Stefan.
— Nie, to węgiel. Mam tego tyle w środku, że mógłbym do końca życia w piecu palić. A przecież już od pięciu lat nie byłem krokiem tam na dole. Muszę mieć ładny zapas, niema co mówić! Ale to człowieka trzyma, ha?
Zapanowało milczenie. Z głębi kopalni dochodził głuchy tętent kujących młotów, wicher wył jakąś wielką, żałobną skargę, krzyczał, że ciemno, że głód, że znużenie ciążą ziemi. Ogień w koszu żelaznym przygasał, a przy jego słabych blaskach stary ciągnął dalej.
Tak, tak i on i jego rodzina nie od wczoraj pracowują w kopalni. Od samego początku istnienia przedsiębiorstwa, wszyscy pracowali dla Kompanii w Montsou, dawno już temu weszli w jej służbę, przed stu sześcioma laty, Dziad, Wilhelm Maheu, będąc piętnastoletnim chłopcem odkrył pokłady węgla w Requillart. Była to pierwsza kopalnia Kompanii, dziś już opuszczona. Leży niedaleko cukrowni firmy Fauvelle. Wszyscy o tem wiedzą, a ktoby nie wierzył dowieść mu tego powinien fakt, że ku czci dziada nazwano pierwszy szacht, szachtem „Wilhelma“. Bonnemort nie pamiętał go, ale opowiadano mu, że był to silny, barczysty człowiek i umarł ze starości w sześćdziesiątym roku życia. Ojciec, zwany „Rudy“ w wieku lat czterdziestu zginął w kopalni w Voreux. Wydarzyła się katastrofa, wszystko niemal zapadło się dnia jednego i bardzo dużo krwi ludzkiej wsiąkło w skały, wiele pogruchotało się kości. Dwaj wujowie i trzej bracia padli niedługo potem ofiarą, a on, Wincenty Maheu ocalał, postradawszy tylko siłę w nogach, i to uważali wszyscy za wielkie szczęście. Ha, cóż robić? Pracować trzeba! Pracowano też w kopalni z ojca na syna pocieszając się tem, że w każdym zawodzie trafiają się wypadki. A oto i teraz syn jego, Toussaint Maheu i wnuki i bratanki pracują w kopalni. Mieszkają ot tam, w kolonii robotniczej. Ha, sto sześć lat pracy u jednego chlebodawcy, cztery pokolenia pracy, to nie igraszki, nie jeden mieszczuch nie mógłby tyle powiedzieć o swojej familii.
— Tak, tak, byleby było co jeść — wymruczał Stefan znowu.
— Właśnie do tego mówię — odparł stary — Póki jest chleb, można żyć!
Bonnemort zamilkł i zwrócił oczy na kolonię robotniczą. W oknach domów poczęły błyskać światła. Z wieży Montsou wybił zegar czwartą. Oziębiło się jeszcze bardziej.
— A czy bogata ta wasza Kompania? — spytał Stefan.
Stary podniósł w górę ramiona, a potem opuścił je znowu gestem, jak gdyby uginał się pod ciężarem złota.
— No, naturalnie! — rzekł. — Może nie tyle ma pieniędzy co sąsiadka w Anzin, ale posiada i tak grube miliony. Ani porachować! No bo jakże? Dziewiętnaście kopalń, z czego trzynaście w eksploatacyi. Voreux, Victoire, Crèvecoeur, Mirou, Saint Thomas, Madeleine, Feutry-Cantel i wiele innych. Dziesięć tysięcy robotników, koncesye na obszarach sześćdziesięciu gmin, dzienna produkcya pięć tysięcy tonn, wreszcie kolej łącząca wszystkie kopalnie, a ile warsztatów, fabryk, ani zliczyć, ani zliczyć! Ho, ho, złota im nie brak!
Zadudniły po szynach wózki, żółty koń nastawił uszy. Windę widocznie już naprawiono, a przesuwacze wzięli się na nowo do roboty. Starzec zaprzągł konia do pustych wózków i gotując się do odjazdu rzekł doń głosem miękkim:
— A próżniaku jakiś, znowu mielesz językiem, znowu wdajesz się w pogadanki. Hej, gdyby tak pan Hennebeau wiedział na czem czas tracisz, dałby ci on!
Stefan zapatrzył się w ciemność. Nagle rzekł:
— Więc kopalnia jest własnością pana Hennebeau?
— Ale gdzietam! — odparł stary — pan Hennebeau jest tylko generalnym dyrektorem. Płacą go podobnie jak i nas.
Stefan wskazał ręką wokół.
— Więc czyjeż to wszystko?
Bonnemort dostał nagle takiego ataku kaszlu, że długą chwilę mówić nie mógł. Gdy się wreszcie uspokoił i otarł z ust czarną pianę odparł, walcząc z wiatrem, który szalał teraz ze zdwojoną gwałtownością.
— Ha, czyje to? Ano nie wiadomo...., ludzkie!
I ręką wskazał w ciemności, punkt jakiś, odległe niewidzialne miejsce, kędy mieszkają ci, dla których rodzina Maheuów od stu przeszło lat pracuje i życie niesie w ofierze. Głos jego drżał, przebijał w nim strach zabobonny, jak gdyby mówił o świętości, o niedostępnym przybytku, gdzie w chwale nasycenia żyje potężny Bóg, niewidzialny dla swych sług, którym zabiera życie i zdrowie ilekroć mu się tak uczynić spodoba.
— Tak, tak, byle mieć chleb! — powtórzył poraź trzeci bez związku Stefan.
— Ha, ha, gdyby się miało codziennie chleb, byłoby dobrze... oj dobrze!
Koń znikł w ciemnościach, a za koniem powlókł się stary inwalid, ale pomocnik nie ruszył się z miejsca. Siedział na ziemi nieruchomy, zwinięty w kłębek z brodą ukrytą między kolanami, z zagasłym wzrokiem, w przestrzeń utkwionym.
Stefan podniósł z ziemi swe zawiniątko, ale nie ruszał się z miejsca. Czuł, że grzbiet jego odrętwiał od zimnego wiatru, podczas gdy piersi palił mu żar ogniska. A możeby, myślał, mimo wszystko zwrócić się do zarządu kopalni. Stary był może źle poinformowany. Zresztą zadowolni się byle czem, przyjmie każdą pracę. Inaczej, gdzież pójdzie i co się z nim stanie w tej ogłodzonej okolicy, gdzie nie było pracy dziesięć mil wokół. Ale strach go ogarniał na myśl o tej kopalni Voreux, co w czarny całun nocy okryta leżała na pustkowiu. Wiatr dął coraz zacieklej, jakby z coraz większych szedł dali, na niebie dotąd nie ukazał się brzask, pusto było, czarno, strasznie, tylko piece i koksowe ogniska rzucały łunę, barwiąc krwawo ciemności, ale nie rozświecając tajemniczych rzeczy co drzemały w ich toni. Kopalnia przyczajona, jak zła stwora jakaś, dyszała coraz to potężniej, jak gdyby dostała astmy, obżarłszy się zbytnio ciałami ludzkiemi.

Przypisy

  1. Tyle co „truposz“, przezwisko.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Franciszek Mirandola.