Germinal/Część pierwsza/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Germinal
Wydawca W. Podwiński
Data wyd. 1906
Druk Drukarnia A. Koziańskiego w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Germinal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Kolonia robotnicza, położona, wśród pól obsianych zbożem i burakami spała dotąd. Można już było dostrzedz kontury czterech grup ustawionych w rzędy domków podobnych do kasarń, czy szpitali. Stały w równoległych szeregach rozdzielone szerokiemi ulicami, przed każdym zaś leżał mały ogródek. Spało tam dwustu czterdziestu ludzi. W głębokiej ciszy skrzypiały jeno targane wichrem żelazne sztachety i siatki odgradzające ogródki od siebie.
Pod numerem szesnastym, w mieszkaniu rodziny Maheuów cisza panowała, ciemność nieprzebita zaległa izbę sypialną na piętrze, gdzie spało w ciasnocie mnóstwo ludzi, zmęczonych śmiertelnie, ledwo mając czem oddychać. Mimo zimna panującego na świecie powietrze miało tu wysoką dławiącą ciepłotę, jaką mają wszelkie ciasne ubikacye napełnione ludźmi.
Kukułka zegara w izbie parterowej odezwała się cztery razy. Ale nikt się nie ruszył. Rozlegały się jeno oddechy i przyciszone chrapanie. Nagle zerwała się z łóżka Katarzyna. Z przyzwyczajenia przez sen policzyła cztery uderzenia zegara dolatujące z sąsiedztwa i podniosła się, nie mając atoli siły rozbudzić się zupełnie. Wysunęła z pod kołdry nogi, poszukała zapałek i zapaliła świecę. Ale nie wstała z łóżka. Głowa jej leciała w tył, chwiała się między ramionami instynktownie usiłując opaść na poduszki.
Przy blasku świecy widać było izbę o dwu oknach. Stały w niej trzy łóżka, szafa, stół i dwa krzesła. Poczerniałe od zużycia i starości meble jaskrawo odcinały się od żółto lakierowanych ścian. Prócz tego umeblowania nie było nic. Na ścianach jeno wisiała odzież i na kuchennym przypiecku stał dzbanek obok czerwonej miski służącej za miednicę. W łóżku na lewo spał najstarszy Zacharyasz, chłopak dwudziestoletni wraz ze swym jedenastoletnim bratem Jeanlinem. Na prawo leżało dwoje malców Lenora i Henryś objąwszy się za szyje. Dziewczynka miała sześć lat, chłopak cztery. Wreszcie trzecie łóżko zajmowała Katarzyna wraz z dziewięcioletnią Alzirą, która była na swój wiek tak mała i wątła, że gdyby nie wielki garb kaleki, który uciskał Katarzynę w nocy, byłaby nie czuła jej nawet obok siebie. Przez szklanne otwarte drzwi widać było wąską sionkę, w której stało czwarte łóżko zajęte przez ojca i matkę, a obok niego kołyska z najmłodszą, dopiero trzymiesięczną Estellą.
Katarzyna siedząc na łóżku czyniła rozpaczliwe wysiłki, by się rozbudzić, przeciągała się prostowała, zanurzała dłonie w rudych włosach, spadających jej na czoło i na kark. Była na swe piętnaście lat szczupłą. Z wąskiej koszuli wysuwały się tylko sinawe, jakby plamami węgla pokryte nogi i ramiona śnieżnej białości, odcinające się wyraźnie od ziemistego koloru twarzy, której skóra codziennie gryziona czarnem, ostrem mydłem pokryła się zmarszczkami i złuszczyła. Ziewnęła, ukazując w oprawie za szerokich nieco ust przepyszne białe zęby i blade, anemiczne dziąsła. Walczyła ze snem. W szarych jej oczach mających wyraz bólu i wyczerpania ukazały się łzy. Łamało się całe jej ciało, usiłując opaść na pościel.
Z łóżka rodziców rozległ się pomruk. Zakatarzonym głosem począł gderać Maheu.
— Tam do dyabła! Już czas! Zapaliłaś światło Katarzyno?
— Zapaliłam ojcze. Wybiła właśnie czwarta.
— Prędko, prędko, spiesz się leniu! Gdybyś była wczoraj mniej tańczyła, zbudziłabyś nas wcześniej dzisiaj. A to próżniak! Mruczał dalej, ale sen go wnet zmorzył, słowa stawały się coraz mniej wyraźne, począł chrapać.
Dziewczyna wstała i poczęła boso, w koszuli krzątać się po izbie. Przechodząc obok łóżka malców, narzuciła na nich kołdrę, która się zsunęła. Nie zbudzili się pogrążeni w głębokim śnie. Alzira otwarła oczy i nie wyrzekłszy ani słowa obróciła się, zajmując ciepłe jeszcze miejsce po starszej siostrze.
— Hej, Zacharyaszu i ty Jeanlin! — zawołała Katarzyna stojąc przy łóżku braci, którzy spali z twarzami w poduszce.
Musiała wziąść starszego za ramię i trząść nim. Począł kląć półgłosem, więc przyszło jej co innego na myśl. Jednem pociągnięciem zerwała z obu kołdrę i poczęła się śmiać na widok jak obaj fikają niecierpliwie gołymi nogami.
— Idź, nie rób głupstw! — zawołał Zacharyasz siadając na łóżku. — Nie lubię żartów! Psiakrew..., że też wyspać się nawet nie można.
Był chudy cienki, długi, na twarzy jego rosły kępki włosów, wyglądające jak rude plamy i sterczał na niej duży, bezkrwisty nos. Ściągnął koszulę, która się mu aż pod brodę zsunęła, nie dlatego, by nakryć nagi brzuch, ale dlatego, że poczuł chłód.
— Wybiła czwarta! — powtarzała Katarzyna. Dalej, wstawajcie! Ojciec będzie się gniewał!
Jeanlin zwinął się w kłębek zamknął oczy i rzekł:
— Idź sobie... chce mi się spać!
Zaśmiała się dobrodusznie. Jeanlin był mały, członki jego o nabrzmiałych skutkiem szkrofli stawach były tak drobne, dziecięce, że objąwszy go ramionami podniosła bez trudu z łóżka. Począł się wyrywać, ziemista twarz jego, na której świeciły zielone oczy, pobladła ze złości. Czuł się upokorzonym, słabym. Nie rzekł nic, tylko milczkiem ukąsił ją w prawą pierś.
— Szkaradniku jakiś! — zawołała, tłumiąc okrzyk bólu i postawiła go na ziemi.
Alzira podciągnąwszy kołdrę pod samą brodę spoglądała dokoła. Mądrymi oczyma śledziła każde poruszenie braci i siostry, ubierających się teraz. Powstał na nowo spór przy miednicy. Chłopcy szturkali dziewczynę, gdyż za długo się myła. Bez ceremonii podnosili koszule i posługiwali się nocnikiem, z obojętnością psów chowających się razem. Katarzyna ubrała się pierwsza. Wdziała spodnie robocze, kaftan płócienny, czapkę niebieską i wyglądała w tem, przy poniedziałku jeszcze czystem ubraniu, na młodego, ładnego chłopca. Płeć jej zdradzało tylko lekkie kołysanie w biodrach gdy chodziła.
— Będzie kontent stary znalazłszy za powrotem zimne łóżko! — mruczał Zacharyasz ze złością. Powiem żeś ty to zrobiła. Pamiętaj sobie!
Miał na myśli dziadka Bonnemort, który pracował całą noc, a spał we dnie, tak, że łóżko nie było nigdy puste. Ciągle w niem ktoś chrapał.
Nie odpowiadając, Katarzyna rozpostarła kołdrę i obetkała nią siennik dokoła. Od chwili w sąsiednim mieszkaniu ruszać się poczęto. Domki robotnicze wystawiono możliwie najtaniej, mury były więc tak cienkie, że słychać było każde słowo, każdy szelest. Rodziny trącały się przeto niejako łokciami i żaden szczegół życia nie został w ukryciu. Nawet dzieci wiedziały wszystko szczegółowo. Na schodach rozległo się ciężkie stąpanie, potem szelest, jakby ktoś kładł się na pościeli z westchnieniem ulgi.
— Acha, — odezwała się Katarzyna — Levaque schodzi po schodach, a Bouteloup kładzie się na zmianę do łóżka pani Levaque.
Jeanlin zrobił złośliwą minę, a nawet oczy Alziry zabłysły. Co ranka zabawiali się historyą małżeństwa we troje za ścianą u sąsiada, który był hajerem i miał robotnika ziemnego za lokatora. Żona jego miała w ten sposób dwu mężów, jednego na noc, drugiego na dzień.
— Filomena kaszle! — ciągnęła Katarzyna dalej nadsłuchując pod ścianą.
Mówiła o najstarszej córce Levaquów, wysokiej, dziewiętnastoletniej kochance Zacharyasza, z którym miała już dwoje dzieci. Była chorą na piersi. Dano jej zajęcie w sortowni, gdyż nie byłaby zniosła pracy w kopalni.
— E, cotam Filomena! Ona sobie nic z tego nie robi. Śpi do szóstej. A to dopiero próżniacze życie!
Ubrał się, poszedł do okna i tknięty nagle jakąś myślą otwarł je. Dzień wstawał. Kolonia robotnicza budziła się. W każdem oknie ukazywały się światła. Zacharyasz wychylił się sądząc, że może ujrzy jak z pomieszkającego naprzeciwko Pierrona wyjdzie Dansaert zarządca kopalni. Utrzymywała się bowiem w kolonii plotka, że ów Dansaert dotrzymuje pani Pierron towarzystwa w nocy. Ale Katarzyna zauważyła, że Pierron od wczoraj zajęty jest we dnie więc Dansaert spać musiał u siebie. I poczęli się kłócić, gdyż każde upierało się przy swojem. Lodowate powietrze wdzierało się tymczasem do izby, ale nie czuli tego rozgrzani rozterką słowną. Dopiero krzyk Estelli, która się zbudziła, skutkiem zimna, przypomniał im otwarte okno.
Maheu zerwał się nagle z pościeli. Cóż to mu się znowu stało? Znowu zaspał jak ostatni nicpoń. Począł kląć tak dosadnie, że dzieci umilkły, nie śmiejąc ust otworzyć. Zacharyasz i Jeanlin kończyli się myć. Ruszali się przytem powoli, jak gdyby nigdy nie mieli skończyć. Alzira wciąż patrzyła dokoła wielkiemi, mądremi oczyma. Tylko Lenora i Henryś spali dalej we wzajemnych uściskach i oddychali równo nie słysząc wcale zgiełku.
— Katarzyno, podaj mi świecę! — Zawołał Maheu.
Zapięła Kaftanik i zaniosła ojcu świecę. Bracia mogli skończyć się ubierać przy świetle wpadającym przez szklanne drzwi. Ojciec wyskoczył z łóżka. Katarzyna jeszcze bez trzewików, w grubych wełnianych pończochach, zeszła po omacku do drugiej izby na dole i zapaliła świecę. Poczęła przyrządzać śniadanie. Saboty całej rodziny leżały tutaj pod szafarnią.
— Stulisz ty gębę bębnie! — wrzasnął Maheu rozwścieczony ustawicznym krzykiem Estelli.
Małego wzrostu, jak stary Bonnemort, podobny był doń zresztą zupełnie. Taką samą miał wielką głowę, płaską ziemistą twarz i żółte, krótko ostrzyżone włosy. Dziecko przerażone wielkiem muskularnem ramieniem, które ujrzało po nad sobą, krzyczało jeszcze mocniej.
— Daj jej spokój! Wiesz, że to na nic! — odezwała się jego żona i rozłożyła się na środku łóżka.
Zbudziła się od chwili i poczęła narzekać, że nigdy nie dadzą jej się wyspać. Czyż nie mogą wstać cicho i iść do roboty? Zatonęła cała pod kołdrą i widać było tylko jej twarz o grubych rysach. Musiała być niegdyś piękną, ale dziś ta trzydziestodziewięcioletnia kobieta skutkiem długich lat niedostatku i siedmiorga dzieci, była ruiną. Z oczyma utkwionemi w sufit mówiła do ubierającego się męża. Żadne zresztą nie zwracało uwagi na małą, siniejącą od krzyku.
— Wiesz mówiła pani Maheu — że niema w domu ni grosza, a dziś dopiero poniedziałek. Sześć dni jeszcze do wypłaty dwutygodniowej. Tak iść dalej nie może. Wszyscy razem przynosicie do domu dziewięć franków. Jakże ma to wystarczyć? Przecież nas jest dziesięcioro?
— O, zawołał Maheu — jakto? Dziewięć franków? Ja i Zacharyasz po trzy to znaczy sześć, Katarzyna i ojciec po dwa, to jest cztery,... sześć i cztery to dziesięć, a Jeanlin franka to razem czyni jednaście!
— Tak, jednaście, ale nie liczysz świąt i niedziel. Nigdy nie dostaję więcej jak dziewięć..., rozumiesz?
Nie odpowiadał, zajęty szukaniem po ziemi swego skórzanego paska.
Po chwili wyprostował się i rzekł:
— No, no, nie trzeba się skarżyć, jestem jeszcze zdrów i silny. Niejeden, co ma jak ja czterdzieści dwa lata, ruszać już nie może nogami.
— Rozumie się mój stary — odparła żona — ale to nam nie przysporzy chleba... No powiedz co mam począć... Może ty masz jeszcze co pieniędzy?
— Mam dwa sous.
— Schowaj je sobie na szklankę piwa! Mój Boże, co ja pocznę? Sześć dni jeszcze, to okropność. Maigrat pokazał mi wczoraj drzwi, winniśmy mu już sześćdziesiąt franków. Ha, cóż robić, pójdę do niego jeszcze raz, ale jeśli się uprze i odmówi nam kredytu?
I skarżyła się dalej nie ruszając się z pościeli, przymykając tylko chwilowo oczy gdyż ją raziło światło. Opowiadała szeroko o pustej szafami, o tem, że malcy domagają się podwieczorku, że kaszy już nawet niema w domu, że z wody tutejszej dostają ludzie kolek, że wreszcie chyba przez te sześć dni żyć będą chyba liśćmi kapusty gotowanemi w wodzie. Musiała podnieść głos, gdyż krzyk Estelki głuszył jej słowa. Krzyk ten stał się wreszcie niemożliwym do zniesienia. Maheu rozwścieklony, porwał dziecko z kołyski, rzucił je na łóżko i wrzasnął wściekły.
— Weź ją, bo chyba zabije gadzinę! Przeklęty bęben! Nic temu nie brak, może ssać, a drze się głośniej od innych.
Estelka szukała też już piersi matczynej. Gdy ją matka wzięła pod kołdrę uspokoiła się zaraz i słychać było już tylko mlaskanie chciwych pokarmu warg.
— Pamiętasz przecież, że właściciele Piolaine kazali ci przyjść! — począł ojciec po krótkiem milczeniu.
— Tak spotkałam ich. Rozdają biednym dzieciom suknie.
Zrobiła gest niechęci i zwątpienia.
— Zresztą zaprowadzę tam dziś Lenorę i Henrysia. Ach, gdyby mi tak dali pięć franków!
Znowu zapanowało milczenie. Maheu skończył się ubierać. Chwilę stał bez ruchu, potem zakończył rozmowę.
— Ha cóż chcesz... inaczej być widać nie może. Trzeba się z tem pogodzić. I na cóż się zresztą przyda gadanie... lepiej pójdę do roboty.
— Pewnie — odparła żona. — Zgaś tylko świecę, nie potrzebuję przecież wiedzieć jakiego koloru są moje myśli.
Zgasił świecę i poszedł za Zacharyaszem i Jeanlinem na dół.
Schody zatrzęsły się pod ich nogami, ubranemi w grube, wełniane pończochy. Izba górna pogrążyła się znów w ciemności. Dzieci spały... nawet Alziry powieki zamknęły się, tylko matka leżała w ciemności z oczyma utkwionemi w powałę i rozmyślała, podczas gdy Estelka ssała jej zwiędłą wiotką pierś mrucząc jak kocie.
Na dole Katarzyna gotowała śniadanie. Na blasze małej kuchenki tlały bez przerwy na żelaznym ruszcie węgle. Kompania wydzielała co miesiąca dla każdej rodziny ośm hektolitrów nieużytków węgla. Twarde węgle nie chciały się palić, więc dziewczyna nie gasiła ognia na wieczór, ale przykrywała go, by rano rozniecić dodając parę kawałków dobrego węgla. Postawiwszy na ruszcie sagan z wodą otwarła szafarnię.
Izba dolna była dość obszerna, zajmowała bowiem całą szerokość domu. Ściany były malowane jasno-zielono, podłoga czysto wymyta posypana piaskiem. Panowała tu iście holenderska czystość. Prócz szafami z lakierowanej jedliny stał tu jeszcze stół i kilka krzeseł. Na ścianach widniały jaskrawe obrazki. Były to dane przez Kompanię portrety cesarza i cesarzowej, ryciny przedstawiające żołnierzy i świętych w obficie złoconych obwódkach, odcinające się ostro od nagich ścian. Izbę zdobił tylko zegar z kukułką jaskrawo malowany, którego tykot rozlegał się ciągle, oraz różowe pudełko stojące na szafami. Obok drzwi wiodących do sypialni na góry były drzwi do piwnicy. Mimo wzorowego porządku w powietrzu czuć było duszący odór cebuli, oraz zaduch z węgla.
Katarzyna zamyśliła się przed otwartą szafarnią. Była tam już tylko resztka chleba i spory kawałek sera. Ale masła nie było więcej jak na jedną kromkę. A trzeba było zrobić dla wszystkich czworga „kanapki“. Wreszcie wzięła nóż ukroiła kromkę, położyła na niej ser, potem ukroiła drugą pociągła ją odrobiną masła i zlepiła razem. Była to „kanapka“, jaką każdy robotnik brał ze sobą rano do kopalni. Niebawem na stole leżały wszystkie cztery, począwszy od wielkiej dla ojca, skończywszy na małej dla Jeanlina ukrojone najsprawiedliwiej w świecie.
Mimo, że była bardzo zajęta swą robotą, nie zapomniała widać historyi o nadzorcy i pani Pierron, o której mówił Zacharyasz, gdyż uchyliła drzwi wchodowych i wyjrzała ciekawie.
Wiatr dął lodowaty. W każdym domu kolonii robotniczej błyszczały światła i dolatywał szmer budzących się do pracy ludzi. Tu i owdzie drzwi się otwierały i czarne szeregi robotników snuły się już po ulicach ginąc w mrocznej jeszcze dali. Przyszło jej na myśl, że daremnie naraża się na przeziębienie, bo nakładacz Pierron śpi sobie najspokojniej, gdyż dopiero o szóstej wstać ma do roboty. Mimo to jednak stała spoglądając po kolei na domy. Jakieś drzwi się otwarły... właśnie u Pierronów... zaczerwieniła się z ciekawości. Ale to nie był Dansaert, tylko mała Lidya idąca do kopalni.
Syk wody pryskającej na węgle przypomniał jej o śniadaniu. Zamknęła drzwi i podbiegła do kuchni, gdzie woda z sagana rozlewała się na ogień gasząc go. Nie było w domu kawy, musiała więc zalać wodą wczorajsze fusy. Osłodziła potem tę kawę nędznym, żółtym cukrem i w tejże chwili weszli do izby bracia i ojciec.
— Psiakrew! — zaklął Maheu powąchawszy swą kawę. Niema się co obawiać, by nas z tego miała głowa rozboleć.
Wzruszył z rezygnacyą ramionami i rzekł:
— Ha, przynajmniej gorące... i to coś warte!
Jeanlin pozgarniał okruchy chleba, wsypał sobie do kawy, robiąc w niej w ten sposób rodzaj zupy. Katarzyna skończywszy swą porcyę, resztę kawy zlała do blaszanych manierek. Wszyscy czworo jedli i pili szybko przy migotliwem świetle kopcącej świecy.
— No, wreszcie jesteśmy gotowi! — zawołał ojciec. Wcale dobre... wcale... najedliśmy się niby rentierzy.
W tem z górnej izby od której drzwi nie zamknięto, rozległ się głos matki:
— Weźcie resztę chleba ze sobą... mam dla dzieci trochę klusek.
— Dobrze, dobrze! — odparła Katarzyna.
Przykryła na nowo ogień i postawiła na ruszcie resztę wczorajszej zupy dla dziadka, gdy wróci do domu o szóstej. Wszyscy włożyli saboty zarzucili manierki z kawą na plecy i powkładali swe „kanapki“ między koszule a kaftany. Każde miało teraz na plecach mały garb z chleba. Wyszli, mężczyźni naprzód, dziewczyna za nimi zgasiwszy po drodze świecę i przekręciwszy klucz w zamku. W domu zapanowały znów ciemności i cisza.
Ha, ha, ha, znowu wychodzimy razem! zaśmiał się ktoś zamykający drzwi sąsiedniego domu.
Był to Levaque idący do roboty wraz z synem Gebertem, wielkim przyjacielem Jeanlina. Katarzyna zdziwiona stłumiła śmiech i szepnęła Zacharyaszowi do ucha:
— A to wyśmienite! Więc Bouteloup nie czeka nawet na odejście Levaqua, by wieść do łóżka jego żony!
Światła w kolonii pogasły. Zamknęły się ostatnie drzwi i za chwilę znowu w izbach spały dzieci i kobiety w wygodniejszych teraz, obszerniejszych łóżkach. A drogami wiodącemi do kopalni snuły się szeregi cieniów. Wiatr dął z wściekłością szarpiąc kaftanami idących do pracy robotników. Szli z rękami założonymi na piersiach drżąc z zimna, a na plecach każdego sterczała „kanapka“. Ale smagani lodowatym wiatrem nie przyspieszali kroku. Obojętni, pochyleni tłoczyli się po drogach niby wielki tabun bydła pędzony kędyś daleko.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Franciszek Mirandola.