Gasnące słońce/Część druga/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.

Minęło ośm miesięcy...
I znów przypatrywał się księżyc obojętnie krwawemu polu, nad którem unosiły się stada sępów, zwabionych świeżym trupem. I znów mrugały gwiazdy na czystem, żadnym obłoczkiem nieskalanem niebie, pogodnej nocy letniej, jak gdyby zachęcały do westchnień i szeptów miłosnych.
Westchnienia i szepty mieszały się z ciepłym oddechem lipca; ale nie rozkosz życia była ich źródłem. Wydobywała je mroźna ręka śmierci z piersi strzaskanych, jak z lutni rozbitych. Drżały jeszcze porwane struny, rozlewały się wokoło dźwięki stłumione, cicha skarga konających...
Bo oto doznał dziś sam Marek Aureliusz goryczy klęski na polu bitwy. Zwyciężyli go barbarzyńcy, i gdyby nie zmrok wieczorny, który rozdzielił walczących, byłby już może pan świata jeńcem Markomanów.
Stało się, jak Serwiusz przepowiedział.
Zaledwie stopniały śniegi i puściły lody, ruszyły się znów na północy mnogie ludy, prowadząc z sobą cały ubogi dobytek. Podobało się im w bogatych ziemiach cesarskich, więc szły jeszcze gromadniej i zajęły jeszcze szerszą przestrzeń.
Król Wadomar, zagrożony we własnych siedzibach, party ze wszystkich stron przez falę rozhukaną, musiał uledz potężnemu prądowi.
I jak ubiegłego roku, zalały prawie równocześnie nieprzejrzane tłumy Windelicyę, Recyę, Noricum i Panonię.
Tym razem jednakże strzegł Rzym pilniej swoich granic.
W górach noryckich stał prefekt Makryniusz Windeks, a w Panonii gotowali się obaj cesarze do odwetu za klęskę zeszłoroczną. Chociaż Marek Aureliusz zawarł był przymierze z Markomanami, udał się mimo to na północ, przezimował w Windobonie[1], gdzie utworzył dwa nowe legiony z ochotników iliryjskich, i miał właśnie przekroczyć Dunaj, by ukarać zuchwalstwo sąsiadów, kiedy go oni uprzedzili.
Ze zwykłą gwałtownością barbarzyńców rzucili się najeźdźcy na przeszkody.
Żołnierz markomański, wypoczęty i obyty już z regularną bitwą, nie ustraszył się złocistej zbroi pretoryanów. Spadł, jak huragan, na Windeksa, zdeptał jego świetne kohorty i zwróciwszy się na lewo, pędził przed sobą obydwóch cesarzów, cofających się wzdłuż Dunaju do Panonii, dognał ich dziś w pobliżu Strigonium[2] i zdziesiątkował świeże legiony, a gdy go noc zaskoczyła, rozpalił ogniska, by jutro dokończyć dzieła zaczętego.
Coraz większa cisza zalegała krwawe pole. Milkły jęki i skargi, rozpływając się z ostatniem tchnieniem porażonych na śmierć wojowników.
Lekarze rzymscy, zabrawszy swoich rannych, wrócili do obozu. Jeden tylko z nich, otoczony gromadką służby, błąkał się jeszcze wśród umarłych. Kierował on swe kroki głównie tam, gdzie miecz barbarzyńców ułożył stosy trupów. Może męczy się jaki biedak, usiłując się wydobyć z pod ciężaru, który go przygniatał...
Już się nikt nie męczył...
— Zostawcie mnie samego — odezwał się lekarz i nie czekając na odpowiedź, oddalił się szybko.
Kiedy się cienie jego pomocników zlały z srebrzystą mgłą nocy, stanął, wyciągnął ręce do nieba i zawołał:
— Dlaczego tyle krwi, o Boże dobroci i miłosierdzia, dlaczego tyle bólu, rozpaczy i nienawiści? Z każdej szczypty ziemi sączy się krew człowieka, zamordowanego przez człowieka, każde drzewo widziało zbrodnię, a ona ostrzy ciągle miecze i włócznie, warzy trucizny, skręca postronki, nienasycona. Potrzebaż koniecznie, by się mieszkanie śmiertelnika skąpało we łzach nieszczęścia, owiane przekleństwem słabych, a urągliwym śmiechem mocnych? Potrzebaż tego koniecznie, o Panie!
Pochylił głowę, splótł ręce na łonie i mówił dalej głosem przyciszonym:
— Uczyli mnie kapłani chrześciańscy, iż nienawiść bogów Olimpu zgaśnie, strawiona miłością nowego rządcy świata. Ci kapłani nie słyszeli nigdy okrzyku dwóch wojsk nieprzyjacielskich i nie widzieli nigdy walki mężów, bo gdyby raz zadrżeli przed okrucieństwem tego okrzyku i zbledli na polu bitwy, przerażeni jej zaciekłością, zwątpiliby na zawsze o Królestwie Niebieskiem, które zapowiadają na ziemi. Marzyciele... marzyciele... Nie tu ono zakwitnie, nie między ludźmi wzniesie się jego tron promienny.
Ukrył twarz w dłoniach i zgiął kolana.
— A was — modlił się — co oddaliście dziś życie za cześć Rzymu, niech Bóg bogów wynagrodzi dolą jaśniejszą na świecie innym. Jakiekolwiek były uczucia, które prowadziły wasz oręż — w imię obowiązku zginęliście, dochowawszy przysięgi, złożonej sztandarom. Niech was Bóg miłosierdzia i dobroci przygarnie do swojego łona i zabliźni rany i da wieczne zapomnienie nikczemności tej ziemi! I moja dusza pragnie już tego zapomnienia innych światów... bardzo... bardzo... Tak tu wszystko boli... i ludzie... i sprawy ich... nienawiści i miłości... zachwyty i obłędy...
Lekarz podniósł twarz do nieba i szeptał:
— Bardzo... bardzo...
Nie męzkie oblicze oświetlił księżyc, chociaż je wichry i słońce spaliły. Duże smutne oko niewieście szukało ponad sobą owego pocieszyciela wydziedziczonych, którego nie mogło znaleźć na ziemi. I niewieście łzy zalśniły w źrenicach, drżały przez chwilę na rzęsach, potem stoczyły się wolno, aby się zmieszać z krwią poległych.
Pod przebraniem lekarza ukrywała się Mucya Kornelia.
Włożywszy na siebie fałdzisty płaszcz uczonych szła śladami Publiusza, który połączył się w Jurarum z niedobitkami swojego legionu. On to rozpędził zeszłego roku pospołu z Windeksem luźne hufce barbarzyńców, gospodarujących po oderwaniu się od Serwiusza w prowincyach północnych, a kiedy oczyścił pas pograniczny, stawił się w obozie pod Windoboną, wezwany rozkazem cesarskim.
Mucya, należąca do jego orszaku, spełniła, co obiecała.
Gdy się na polach bitew krwawa robota kończyła, zamykała powieki konającym, opatrywała rannych, trzeźwiła zemdlałych, bez względu na to, czy litości jej potrzebował barbarzyniec, czy obywatel rzymski.
Jej oko widziało od roku tyle nagiej nędzy ludzkiej, tyle poszarpanych ciał i kurczów przedśmiertnych, iż zaszło mgłą nieustającego smutku. Powoli spadały z jej duszy ostatnie złudzenia miłości, aż został tylko żal do człowieka za jego nienawiść i chciwość.
I dziś zamordowały znów te ślepe wiedźmy tysiące wojowników. Jutro, pojutrze, za lat dziesięć, sto, bez końca... powtórzy się to samo, jak dzieje się od początku historyi.
— Marzyciele... marzyciele... — płakało serce Mucyi. — Nie między ludźmi stanie tron promienny Królestwa Niebieskiego.
Podniosła się z kolan, wyciągnęła ręce nad świeżem cmentarzyskiem i wyrzekłszy jeszcze raz: — Niech wam Bóg miłosierdzia da wieczne zapomnienie — wracała wolnym krokiem między żywych.
Jeszcze nie doszła do ognisk przedniej straży, kiedy się z cieniów nocnych wysunęła postać ludzka, zmierzająca szybko w stronę pobojowiska.
— Szukam cię, Mucyo — odezwał się Publiusz — tak się narażasz. I barbarzyńcy zbierają swoich rannych...
— Lękasz się o mnie? — mówiła Mucya. — Już mnie nic nie zatrważa, a najmniej śmierć. Człowiek umiera tak prędko, gdy go ten najpotężniejszy demon ziemi ściśnie dobrze za gardło. Ty wiesz o tem, żołnierzu.
— Wiem, niestety, bo jestem sam narzędziem śmierci — mówił Publiusz — i właśnie dlatego niepokoi mnie twoja odwaga. Temu demonowi trzeba schodzić z drogi.
— Schodzi się z drogi cierpieniu, mocniejszemu od woli człowieka, a jest-że śmierć cierpieniem? Kruszy ona tylko ciało i uwalnia nas od jego pożądań, od źródła wszystkich utrapień i zbrodni. Wyzwolona dusza, nie pragnąc już niczego, wzbija się wysoko do światów innych, lepszych, aby żyć przebaczeniem, miłością.
Publiusz milczał. Wiedział, kto przemawia ustami Mucyi. Jemu się zdawało, iż widok hańby rzymskiej odwróci serce patrycyuszki od „przesądu wschodniego“, a ona nie przestała być chrześcianką. Była nią nawet na polach bitew, bo niosła chętną pomoc zarówno swoim, jak barbarzyńcom.
— Czy wiesz, czego się nauczyłam tam, wśród tych szczęśliwych, uśpionych na zawsze?
Mucya wskazała ręką pobojowisko.
— Zrozumiałam nareszcie znaczenie słów mojego Boga — mówiła, podniósłszy twarz do nieba. — Teraz wiem, dlaczego pogardził blaskami tej ziemi, zachowawszy dla siebie królestwo inne. Tak, panowanie nasze nie jest doczesne, nie w purpurę się stroi, nie straszy słabych legionami. Nam nie potrzeba tronów, sztandarów i mieczów, bo nas nie czarują rozkosze przemijające.
— Nie czarują... — powtórzyła głosem przyciszonym, jakby przez sen, zapatrzona w księżyc — obce są naszym marzeniom cele i zabiegi tego świata.
— Mucyo! — odezwał się teraz Publiusz. — Tak nas bogowie strasznie upokorzyli, a ty... O Mucyo, ty nie jesteś Rzymianką.
Ona odwróciła się do niego i ująwszy jego ręce, mówiła:
— Przebacz, najdroższy! Serce moje nie może już ukochać waszej dumy. Zbyt głęboko zapadło w nie cierpienie całej ludzkości, żebym nie czuła jej okrucieństwa. Ale nie obawiaj się. Po raz wtóry nie postawię cię już między obowiązkiem a miłością. Dusza twoja nie pokryje się żałobą z mojej przyczyny.
Przytuliła głowę do jego piersi i szeptała:
— Nie słodycz piłeś z kielicha mojej miłości. Gorycz ci podałam i ból, przewyższający siły zwyczajnego śmiertelnika. Przebacz... Obowiązkiem moim usunąć się z twojej drogi, byś mógł do ostatniego tchnienia służyć ojczyźnie tak, jak ci sumienie Rzymianina nakazuje. Zawiniłam wobec ciebie, wiem, osądzę się sama. Ty nie trwóż się o mnie, nie żałuj... Śmierć nie straszy chrześcianki.
Zarzuciła mu ręce na szyję i łkała zcicha.
— Na słowach twoich lśnią łzy pożegnania — mówił Publiusz, przygarniając Mucyę do siebie — a nie widzę niebezpieczeństwa, któreby ci groziło. Jestem przy tobie i strzegę twojej głowy ukochanej. Położyłaś tyle zasług w obozie, że ci łaska imperatora wróci prawo do życia. Sam go prosić będę o zniesienie wyroku. Uspokój się, najdroższa, i wierz w jutro szczęśliwe.
— Któż zna na wojnie dzień i godzinę? — odrzekła Mucya, obejmując Publiusza coraz goręcej. — Śmierć postępuje ciągle naszemi śladami.
— Śmierć wojownika nie ściga lekarza. Nie pod włócznie i strzały posyła cię twój urząd. Ty ukrywasz przedemną zamiary nierozważne. Czuję je w twoim uścisku, słyszę je w twoim płaczu. Dlaczego mi nie ufasz, Mucyo?
— Ty nie odstąpisz podań rzymskich, a ja nie ukorzę się już nigdy przed bogami Olimpu.
— Miłość moja roznieci znów w twojem sercu cześć dla duchów opiekuńczych świętej Romy.
— Mój Bóg opiekuje się całym światem.
— Światem jest Rzym.
Zamilkli, zmiarkowawszy, że męczą się nawzajem.
On przyciskał jej głowę do swojej piersi, ona połykała łzy, oddychając ciężko.
A z góry spoglądało na nich nocne niebo, głębokie i bezbrzeżne, jak odwieczna tajemnica. Widziało ono tyle daremnego bohaterstwa, tyle złudzeń i rozczarowań, mieniących się prawdą jedyną, iż nie zdziwiło się dwojgu ludziom, tak blizkim sobie, a mimo to tak dalekim.
Pierwsza Mucya rozplotła ramiona i uwolniwszy się z objęć Publiusza, wyrzekła:
— Pogodzimy się tam, tam...
Wskazała ręką na gwiazdy.
— Rozległa tam przestrzeń... pomieścimy się wszyscy... Rzymianie i barbarzyńcy, możni i ubodzy...
Pochwyciła raz jeszcze ręce Publiusza, przycisnęła je do serca, dotknęła ustami jego twarzy i odeszła szybko w stronę obozu.
On nie pobiegł za nią. Wiedział, że nie odmieni jej zamiarów, jakiekolwiekby one były. Nieodrodna córa Korneliów, spełni, co postanowiła.
Posuwając się wolno jej śladami, mówił do siebie:
— Wszystko zapada się podemną: i duma moja i miłość i wielkość Rzymu, a ja żyć muszę, by bronić tych świetnych gruzów.
Kiedy mijał pierwsze straże, schylały się przed nim miecze. Zwykle zatrzymywał się i badał żołnierzy, lecz dziś przeszedł obok nich, zapomniawszy nawet o pozdrowieniu.
Niepokoił go dzień jutrzejszy, który przechyli szalę zwycięztwa na jednę lub drugą stronę,
Tam, na brzegu Dunaju, stał Serwiusz z Markomanami, Kwadami i Jazygami; tu, na piasczystej równinie, wypoczywał Marek Aureliusz po doznanej klęsce. Miał przy sobie tylko trzy legiony, z których dwa skleił naprędce z awanturników iliryjskich, szukających po świecie łupu i sławy.
Siła to aż nadto wystarczająca do poskromienia barbarzyńców, ale pod rozkazami innego wodza.
Cesarz-filozof nie znał się na rzemiośle wojennem, czego dawał ciągle dowody od chwili, kiedy stanął sam na czele wojska. Zamiast skupić całą potęgę na jednem miejscu i nie czekając na Germanów, przekroczyć Dunaj z początkiem wiosny, aby nie dopuścić do połączenia się Kwadów z Markomanami, rozrzucił kohorty wzdłuż granicy i czekał w Windobonie na wroga. Ofiarą tej zwłoki padł Windeks, wystawiony niepotrzebnie na pierwsze uderzenie barbarzyńców.
I dzisiejszą klęskę spowodowała niezaradność cesarza.
Przerażony wielką ilością najezdników, cofał się Marek Aureliusz z takim pośpiechem, jak gdyby uciekał przed zwycięzcą. Chciał wojsko swoje przed spotkaniem z Markomanami wzmocnić legionem melityńskim, który nadciągał od Wschodu. Armeńczycy zdążyli wprawdzie na czas; lecz żołnierz był tak znużony szybkim pochodem, iż nie wytrzymał gwałtowności Germanów.
Nadomiar, pozwolił się cesarz odciąć barbarzyńcom od Dunaju, od wody i statków, wiozących żywność i świeże pociski. Oni zajęli cały brzeg rzeki, wojsko zaś rzymskie zostało na bezdrzewnej wydmie, prażone żarami słońca lipcowego. Już dziś padali ludzie i konie, strawieni pragnieniem. Ani jednego źródła nie było w pobliżu.
Publiusz widział błędy cesarza, lecz jego doświadczenie wojenne krępowały rozkazy naczelnego wodza, zmieniające się ciągle. Rzeczą podwładnego słuchać, choćby miał karność życiem przypłacić. Tak uczył swoich żołnierzy, tak czynił sam.
I teraz szedł do Marka Aureliusza po hasło nocne. Zastał go w namiocie w otoczeniu astrologów i wróżbitów, których imperator-filozof zabrał ze sobą z Rzymu.
— Bóg mój żąda za poparcie życzliwe dwóch lwów — mówił słynny prorok paflagoński; Aleksander z Abonuteichos, gładząc długą, białą brodę. — Jeżeli królowie pustyni przepłyną szczęśliwie Dunaj, wówczas pokona król ziemi barbarzyńców na zawsze.
„Król ziemi“ siedział na składanem krześle z głową pochyloną, słuchając zafrasowany wyroczni szarlatana. Wychowaniec stoików, skłonny do zabobonu, jak wszyscy oświeceni jego czasu, szukał w myśli sposobu do zadowolenia boga Aleksandra. Rzeczy bardzo trudnej domagał się Glikon, przystępu bowiem do Dunaju broniły wojska nieprzyjacielskie.
— Możeby twój bóg nie pogardził krwią lwów, przelaną na ołtarzu? — zapytał Marek Aureliusz półgłosem. — Kapłani Apollina ofiarowaliby mu cztery, zamiast dwóch. I dodaliby pięćdziesiąt białych wołów.
Aleksander wzruszył ramionami.
— Nie w mojej mocy odwrócić wolę Glikona — odparł.
Marek Aureliusz milczał.
Po dłuższej przerwie odezwał się znów:
— Czy twój bóg wyznaczył miejsce, w którem lwy mają rzekę przepłynąć?
— Mówił tylko o Dunaju — mruknął szarlatan.
— W takim razie możemy sobie jego względy zaskarbić — wyrzekł cesarz, a spostrzegłszy Publiusza, rozkazał:
— Boski Lucyusz Werus wyda w ręce trybuna Juliusza ze swojej stajni dwa lwy największe. Trybun uda się z nami natychmiast do Aquincum[3], dokąd barbarzyńcy jeszcze nie dotarli i wrzuci królów pustyni do Dunaju. Niech się śpieszy, ażebym miał przed wschodem słońca wiadomość o przebiegu ofiary.
A kiedy Publiusz nie odchodził, dodał:
— Czekasz na hasło nocne?... „Nadzieja“!,.. Jutro przed świtem stawisz się na radę wojenną.
— Wy — zwrócił się do astrologów i wróżbitów — nie zmrużycie nocy dzisiejszej oka. Niech wam gwiazdy odsłonią przyszłość zakrytą.
Skinął ręką na znak, że chce zostać sam i pochylił się nad zwojem papieru.
Wiódł od roku twarde życie obozowe, poddając się bez szemrania jego niewygodom. Przemógł w sobie wstręt do rzemiosła wojennego, nagiął kruche ciało do posłuszeństwa, sypiał w namiocie, jadł proste potrawy, szedł pieszo obok żołnierza, jak wszyscy wielcy wodzowie Rzymu. Naśladował sumiennie cnoty imperatorów-wojowników, lecz geniuszu ich nie mógł wziąć w siebie. Bogowie nie dali mu orlego wzroku, błyskawicznych ruchów, stanowczości i zuchwałej odwagi ptaków drapieżnych. Filozof, przywykły do odważania każdego zamiaru na szalach krytyki, zastanawiał się zbyt długo przed wydaniem rozkazu. Tam, gdzie trzeba było działać szybko, stosownie do zmieniającego się ciągle położenia chwili, wahał się, ociągał, powstrzymywany namysłem.
Głęboki znawca natury ludzkiej, zdawał sobie Marek Aureliusz sprawę ze swojej niezdolności wojskowej. I męczył się tą świadomością, bo jemu, imperatorowi, najwyższemu panu siły zbrojnej Rzymu, nie wolno się było posługiwać radą legatów i trybunów. Odwróciłby się od niego żołnierz, prowadzony dotąd zawsze przez znakomitych wodzów.
W tem swojem utrapieniu wzywał cesarz pomocy wszystkich bogów i demonów, przypominał sobie wszystkie wróżby i zabobony, czepiając się każdego skrawka nadziei, jak topielec listka, porzuconego na wodzie.
Wobec świadków spokojny i równy, pogrążał się w smutku, gdy zostawał sam. Wówczas starał się odżegnać straszące go widma nieznanego jutra i brał rylec do ręki i kreślił spowiedź z całego życia, by zostawić po sobie ślady duszy wzniosłej a skołatanej.
Nie przypuszczał prawdopodobnie, gdy pokrywał woskowane tabliczki pismem greckiem, iż te kartki przetrwają Rzym i wiele innych narodów, kwitnących za jego czasów, że one świadczyć będą o jego dobroci i prawości jeszcze wtedy, kiedy po tronach i pałacach imperatorów i królów nie zostaną nawet ruiny.
I dziś wziął rylec i pisał:
— O duszo moja! Kiedyż utulisz się nareszcie i uspokoisz, zadowolona z czynów swoich? Kiedyż dojdziesz do zgody z bogami i ludźmi, nie żywiąc żalu do nikogo, nie sądzona przez pokrzywdzonych i niechętnych? Dlaczego ukrywasz się w ciele, słabsza od niego? Wyjdź i nie obawiaj się szyderstwa tego świata...






Przypisy

  1. Dzisiejszy Wiedeń.
  2. W dzisiejszych Górnych Węgrzech, powyżej Pesztu.
  3. Dzisiejsza Buda: Contra Aquincum Peszt.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.