Gösta Berling (Lagerlöf, 1905)/Tom III/Susza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Gösta Berling
Tom III
Rozdział Susza
Wydawca Józef Sikorski
Data wydania 1905
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Klemensiewiczowa
Tytuł orygin. Gösta Berlings saga
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


SUSZA.

Jeżeli martwe rzeczy kochać mogą, jeżeli ziemia i woda odróżnić umieją przyjaciela od wroga, w takim razie chciałabym posiadać ich miłość. Chciałabym, aby zielona ziemia nie czuła dotkliwie moich ciężkich kroków, aby mi łatwo wybaczyła, że z mojej przyczyny rani ją pług i brona, aby się chętnie otwarła na przyjęcie mojego ciała. Chciałabym, aby woda, której lśniącą taflę mącą wiosła moje, okazywała mi taką samą cierpliwość, jak matka niespokojnemu dziecku, gdy spina się na jej kolana, nie myśląc o tem, że zgniecie jej odświętną, jedwabną suknię. Chciałabym zawrzeć przyjacielskie stosunki z przezroczystem powietrzem, drżącem ponad sinemi górami, z promieniem słonecznym i pięknemi gwiazdami. Częstokroć zdaje mi się, jakoby martwe rzeczy czuły i cierpiały z żywemi. Granica między niemi a nami nie jest tak wielka, jak przypuszczają ludzie. Czyż pył gościńca, wirujący w powietrzu, nie mógł być ongi miękkim, pieszczonym włosem lub kochanemi, pracowitemi rękami? Alboż woda w kałuży nie mogła ongi płynąc jako krew przez bijące serce? Duch życia tkwi nawet w martwych rzeczach. Co też on słyszy, drzemiąc w śnie bez widzeń? Głos Boski słyszy, ale czy zwraca uwagę na ludzki?
Gdy niezgoda i nienawiść panują na ziemi, muszą też i martwe rzeczy bardziej cierpieć. Wtedy woda staje się dziką i chciwą łupu, jak rozbójnik; wtedy staje się pole skąpem, jak sknera. Ale biada temu, z czyjego powodu las wzdycha, a góry płaczą!
Był to nadzwyczajny rok, ten, w którym rezydenci rządzili. Zda się, jak gdyby niepokój ludzi burzył spokój martwych rzeczy. Rezydenci stali się niejako bogami i wszystko owiali swoim duchem — duchem awanturniczości i wyuzdania.
Gdyby się mogło opowiedzieć wszystko, co się owego roku wydarzyło wśród ludzi, mieszkających nad brzegami jeziora Löb, zdumiałby się świat. Wtedy zbudziła się dawna miłość, ale i dawna nienawiść rozpłomieniła się nanowo. Wtedy wszyscy zapłonęli żądzą piękna w życiu, tańca, żartów, zabaw i trunków imali się wszyscy. Wtedy ujawniło się wszystko, co tkwi w najgłębszem wnętrzu duszy ludzkiej!
Z Ekeby rozchodziła się zaraza niepokoju; rozpostarła się najpierw po hutach i dworach sąsiednich, pchając ludzi do grzechu i zbrodni i szła od wsi do wsi, od domu do domu. Gdzie występek tlił się w ukryciu, tam zapłonął jasnym płomieniem; gdzie między mężem a żoną zarysował się most, tam otwarła się przepaść; gdzie ukrywały się wielka cnota i siła woli, tam występowały i one na jaw. Albowiem nie wszystko, co się działo, było złe, ale czasy były takie, że i dobro było równie zgubne, jak zło. Było to tak, jak kiedy burza zapuści się głęboko w las; jedno drzewo pada za drugiem, jedna jodła, padając, ciągnie za sobą drugą, a nawet poszycie lasu wraz z olbrzymami ulega zniszczeniu. Rzeczywiście, szał ogarnął też chłopstwo i czeladź dworską. Wszędzie serca się paliły a głowy traciły rozum. Nigdy tańce nie były tak skoczne, nigdy beczka piwa nie wypróżniła się tak prędko, nigdy kocioł wódki nie pochłonął tyle ziarna. Nigdy uczty nie były huczniejsze, nigdy przedział od słów do cięcia nożem nie był mniejszy.
Gdy majorowa opuściła Ekeby, zabrakło silnej woli do trzymania cugli. Odurzeni wolnością rzucali się ludzie na oślep w wir i zagładę. Jeden tylko pozostał im pan i władca, pan, którego kochali — wódka. Działo się to bowiem w tych ciężkich czasach, kiedy nie widziano żadnego ratunku, żadnej nadziei dla ludu, kiedy wierzono, że wódka go zgubi i wypleni całkiem.
Niepokój ten nie ograniczał się do ludzi, lecz przeniósł się na wszystko, co żyje. Nigdy wilki i niedźwiedzie gorzej nie grasowały, nigdy lisy i sowy nie wrzeszczały straszniej, nie rabowały zuchwalej, nigdy nie gubiły się tak często owce, nigdy wśród bydła nie panowały bardziej rozmaite choroby.
Kto pragnie obserwować związek rzeczy w naturze, musi opuścić miasto a zamieszkać w samotnej chatce, na skraju lasu. Musi przez całą noc pilnować ogniska, gdzie palą węgle, musi cały jasny, letni miesiąc spędzić na jeziorze, którem spławiają drzewo do jeziora Wenern; wtedy nauczy się poznawać i spostrzegać wszystkie zjawiska natury, wtedy zrozumie, jak zależne są martwe rzeczy od żywych. Przekona się, że spokój rzeczy martwych zostanie zakłócony, gdy na ziemi panuje zamęt. Wie o tem dobrze wieśniak. W takich czasach złe duchy gaszą ogniska w lesie, dziewica morza rozbija łódź, choroby spadają na ludzi, pomór na bydło. Tak też było i w tym roku. Nigdy wiosenna kra nie sprawiła tyle szkody. Młyn i kuźnia w Ekeby nie były jedynemi ofiarami. Małe potoczki, które kiedyindziej, gdy wiosna dodała im sił, zdołały co najwyżej porwać próżną stodołę, urządzały teraz napad na całe dwory i spłukiwały je doszczętnie.
Nie słyszano dotąd, aby przed świętym Janem już tyle szkody wyrządziły burze — po świętym Janie znów ani śladu burzy, nadeszła susza.
Póki dnie były długie, nie spadła ani kropla deszczu. Od połowy czerwca do początku września okolica cała kąpała się w nieprzerwanym blasku słonecznym.
Deszcz nie chciał padać, wiatr nie chciał wiać, ziemia nie chciała rodzić. Tylko słońce sypało swoje blaski na ziemię. Ach, słońce, budzące wszelkie życie, słońce, jakżeż tu opowiadać o jego przestępstwach? Blask słoneczny podobny jest do miłości: któż nie zna zbrodni, które popełniła? ale któż jest w stanie ich nie przebaczyć? Blask słoneczny jest podobny do Gösty Berlinga, sprawia radość wszystkim, dlatego milczą o złem, które im wyrządził.
Podobna susza po świętym Janie w żadnej innej krainie nie byłaby takiem nieszczęściem, jak w Wermlandzie. Tam jednak wiosna się opóźniła, trawa nie była zbyt wysoka i taką też pozostała. Żytu zabrakło pokarmu właśnie w czasie, gdy miało kwitnąć i ziarno tworzyć. Jare zboża, które wonczas najwięcej chleba dostarczały, miały cienkie, drobne kłoski na źdźbłach nie wyższych nad ćwierć łokcia. Późno zasiane rzepy nie chciały wcale rosnąć ani nawet kartofle nie mogły czerpać soków z tej skamieniałej ziemi.
W takich czasach trwoga opanowywała mieszkańców wysoko położonych chat, a z gór staczała się w doliny, między spokojniejszą ludność.
— Boża ręka szuka kogoś! — mawiali chłopi.
I każdy bił się w piersi, mówiąc: Czy może mnie? Ach, matko naturo, czy mnie? Czy deszcz może z niechęci ku mnie nie pada? Czyż zagniewana na mnie ziemia stała się twardą i suchą? A ten blask słoneczny dzień za dniem z przedziwną siłą spada z nieba bez chmurki, aby żary na mojej głowie zgromadzić? A jeżeli nie mnie, kogoż więc szuka ręka Boża?
Kiedy ziarnka żyta w małych kłoskach mdleją, kiedy kartofle nie mogą wyssać pożywienia z ziemi, kiedy bydło, z oczami zaczerwienionemi, oddychając z trudnością, otacza wyschłe studnie, kiedy trwoga o przyszłość ściska serca, krążą dziwne rozmowy po okolicy.
— Taki dopust Boży nie przychodzi bez powodu — mówią powszechnie. — Kogoż szuka dłoń Boża?
Było to pewnej niedzieli, w sierpniu. Nabożeństwo się skończyło. Małemi grupkami szli ludzie przez rozpalony gościniec. Naokół widzieli spalone lasy i zniszczone zbiory. Żyto stało w stogach, ale snopy były cienkie a kłoski drobne. Uprawa przez opalanie była tego roku łatwą, ale często też się zdarzało, że wysuszone lasy się zapalały. A co pożar oszczędził, zjadły owady, jodły straciły szpilki i stały nagie, jak las liściasty jesienią, liście brzóz wisiały powygryzane, sterczały w nich tylko żyłki.
Stroskanym grupkom nie brakło materyału do rozmowy. Wielu opowiadało, jak to było w głodowych latach 1808 i 1809 lub w czasie ostrej zimy roku 1812, kiedy wróble zamarzały. Głód nie był im obcy, widzieli jego straszne oblicze. Wiedzieli, jak się to piecze chleb z kory a żywi krowy mchem. Ale nad wszystkiem unosiło się jedno pytanie, widne było we wszystkich oczach, wisiało na wszystkich ustach.
— Kogoż, o Panie, szuka ręka Twoja? Srogi Panie, kto odmówił Ci ofiary z modlitwy i dobrych uczynków, że pozbawiasz nas nędznego chleba? Ciężka to była kara, że nie stało majorowej. Wobec obfitych zarobków, których za jej rządów dostarczały dowozy kolejowe, rąbanie drzewa i spławianie go, mieszkańcy od lat przywykli nie szukać pracy zdala od ojczyzny. Teraz musiała młodzież wędrować za zarobkiem, ale i tak dosyć ich w domach zostało na znoszenie głodu.
Z pośród posępnych mas, sunących się na zachód i pnących się na wzgórze Broby wysunął się jakiś człowiek i przez chwilę stał na drodze, prowadzącej do mieszkania skąpego proboszcza. Wtem podniósł z ziemi suchą gałąź i rzucił ją na ścieżkę wiodącą do plebanii.
— Suche, jako te gałęzie, były modlitwy, które słał do Boga — powiedział.
Najbliżej idący przystanął również. I on podjął suchą gałąź i rzucił ją obok tamtej.
— Jaki proboszcz, taka ofiara — rzekł.
Trzeci w szeregu poszedł za przykładem tamtych.
— Był jako susza obecna. Chróst i słomę — oto wszystko, co nam zostawił.
Czwarty odezwał się:
— Oddajmy mu, co nam dał.
A piąty:
— Na hańbę wieczną rzucam mu to. Niechby uwiądł i usechł jako ta gałąź.
— Suchy pokarm dla proboszcza, który sprowadził na nas posuchę — rzekł szósty.
Ludzie idący za nimi widzą i słyszą, co tamci robią i mówią. Zda im się, że wreszcie usłyszeli odpowiedź na pytanie, które sobie wciąż zadawali.
— Dajcież mu, co mu się należy! On na nas sprowadził suszę! — wołał tłum.
I przystają wszyscy, każdy coś powie i rzuci suchą gałąź, zanim dalej ruszy.
Wkrótce stanął stos suchych gałęzi i słomy — wzgórze hańby, usypane proboszczowi z Broby.
Była to jedyna zemsta parafii. Nikt nie podniósł ręki na proboszcza, nie powiedział mu w oczy nic przykrego. Zrozpaczone serca doznały poniekąd ulgi, gdy suche gałęzie padały na stos. Oni sami się nie mścili, wskazywali jeno winnego Panu Bogu.
— Jeżeliśmy ci nie służyli, jak należy, winien ten człowiek. Bądź litościw, Panie, i niechaj tylko on cierpi! Piętnujemy go wstydem i hańbą! Nie chcemy mieć z nim nic wspólnego!
Niebawem weszło w zwyczaj, że każdy, kto przechodził obok plebanii, rzucał na wzgórze hańby suchą gałąź.
— Niechaj Bóg i ludzie widzą — myślał każdy przechodzień — że i ja gardzę tym, który ściągnął na nas gniew boski.
Wkrótce dostrzegł stary sknera stos gałęzi na swojej drodze. Kazał go uprzątnąć — mówiono, że palił nim w piecu. Nazajutrz w tem samem miejscu znalazł się takiż sam stos, a gdy i ten kazał sprzątnąć, narzucono nowy. Suche gałęzie leżąc, zdawały się mówić:
— Hańba, hańba proboszczowi z Broby!
Było to podczas gorących, suchych dni kanikuły. Ciężkie od dymu, przesycone zgorzelizną, unosiło się powietrze nad okolicą. Myśli mąciły się w rozpalonych mózgach. Proboszcz z Broby stał się złym duchem. Zdało się wieśniakom, że stary skąpiec strzegł upustów niebieskich.
Wkrótce zrozumiał proboszcz usposobienie parafian. Zrozumiał, że jego wskazywano jako sprawcę nieszczęścia. Bóg, zgniewany na niego, pozwolił ginąć ziemi. Usiłował śmiać się z nich i z ich suchych gałęzi, po upływie tygodnia jednak przestał się śmiać. Co za dzieciństwo! Tłómaczył sobie, że długo tłumiona nienawiść szukała sposobności wyładowania się. Ha, nie był przyzwyczajony do miłości!
Ale mimo to nie złagodniał. Po odjeździe dawnej przyjaciółki może i chciałby się zmienić — lecz teraz nie mógł. Nie chciał być zmuszonym.
Z czasem jednak ten suchy stos począł mu dokuczać. Wciąż miał go na myśli, a ogólne mniemanie, że on jest sprawcą nieszczęścia, poczęło i w nim kiełkować. Przypatrywał się stosowi i liczył gałęzie codzień przybywające. Myśl o nim zaprzątała go całkowicie, wykluczając wszelkie inne. Pokonał go stos suchych gałęzi.
Z każdym dniem przyznawał więcej słuszności swoim parafianom. Schudł i w przeciągu kilku dni stał się starcem. Poczęły go dręczyć wyrzuty sumienia, aż się rozchorował. Bo czuł, że wszystko to jest w związku z owym stosem. Zdawało mu się, że umilkłyby wyrzuty sumienia, że ciężar wieku spadłby z niego, gdyby tylko tego stosu nie było.
Nareszcie całemi dniami przesiadywał wpatrzony w niego. Ale ludzie byli bezlitośni, w nocy przyrzucali nowych gałęzi.


Pewnego razu przejeżdżał tą drogą Gösta Berling. Proboszcz Broby siedział przy drodze schorzały, posiwiały. Wybierał on suche gałęzie, układał je w stosy i szeregi i bawił się niemi, jak gdyby wróciły mu lata dzieciństwa. Göście żal go było szczerze.
— Co proboszcz tu robi? — zapytał, szybko wyskakując z bryczki.
— At, siedzę i wybieram gałęzie. Właściwie nic nie robię.
— Trzeba do domu iść, księże proboszczu, a nie łykać kurz gościńca.
— Tu mi jednak najlepiej.
Więc Gösta przysiadł się do niego.
— Nie taka to łatwa rzecz być proboszczem — odzywa się po chwili.
— W dolinach, gdzie ludzie są, jakoś przecie żyć można — rzekł proboszcz. — O wiele gorzej jest tu, na górze.
Gösta rozumie dobrze, co on ma na myśli. Zna parafie północnego Wermlandu, gdzie miejscami nawet mieszkań brak dla proboszczów, zna wielkie powiaty, gdzie Finnowie mieszkają w kurnych chatach, te okolice z kilku ludźmi zaledwie na każdą milę, gdzie proboszcz jest jedynym wykształconym człowiekiem. W takiej właśnie parafii proboszcz z Broby spędził lat dwadzieścia.
— Tam nas posyłają, gdy jesteśmy młodzi — mówił Gösta. — Niemożliwe jest wyżyć tam — i na całe życie człowiek staje się zepsutym. Niejeden tam zmarniał.
— Samotność nas tam psuje — dodał proboszcz.
— Przybywamy — wpadł mu z ogniem w słowo Gösta — mówimy, upominamy, wierzymy, iż wszystko da się zrobić, że parafianie wkrótce wejdą na lepszą drogę.
— Tak! Tak!
— Lecz spostrzegamy niebawem, że słowa nie mają znaczenia. Nędza nam przeszkadza. Nędza tamuje wszelką poprawę.
— Tak, nędza — powtarza proboszcz — nędza i mnie życie zepsuła.
— Młody proboszcz — mówił Gösta dalej — przybywa tam, biedny, jak oni sami. Zwraca się do pijaka i mówi mu: Przestań pić!
— Na to odpowiada pijanica — ciągnie dalej proboszcz: — daj mi coś lepszego od wódki. Wódka jest mi futrem w zimie, a chłodzi mnie latem. Wódka jest mi ciepłą izbą i miekkiem łożem. Daj mi to wszystko, a pić przestanę...
— A dalej — przerywa mu Gösta — rzecze proboszcz taki do złodzieja: Nie powinieneś kraść! do gwałtownika: Nie powinieneś bić żony! do zabobonnego: Powinieneś wierzyć w Boga, a nie w strachy i duchy! Złodziej odpowiada: Daj mi chleba! a gwałtownik: Uczyń mnie bogatym, a zaniechamy swarów — a zabobonny: Naucz mnie czegoś lepszego! Jakże im jednak dopomódz bez pieniędzy?
— To prawda! każde słowo to święta prawda! — woła proboszcz.
— W Boga wierzą, jednak więcej w dyabła, krasnoludki i w złe duchy. Wszystko zboże idzie na wódkę. Nikt nie spodziewa się końca nędzy. Troska uczyniła język kobiet dokuczliwym. Niesnaski domowe wypędzają mężów do szynku. Około roli i bydła robić nie umieją. Boją się pana, a śmieją się z proboszcza. Cóż z takimi począć? Co im z kazalnicy powiedziałem, tego nie zrozumieli. Gdy ich chciałem czego nauczyć, nie wierzyli mi. I nikogo, kogoby się poradzić, nikogo, ktoby dopomógł, dodał otuchy.
— Są księża, którzy potrafili wytrwać — mówi Gösta. — Wielu z nich znalazło łaskę u Boga i wrócili z takich miejsc niezłamani. Znaleźli w sobie dość siły, potrafili znieść samotność, ubóstwo, beznadziejność. Dokazali tyle, ile się dało i nie rozpaczali. Zawsze byli tacy ludzie i dziś się zdarzają. Uważam ich za bohaterów, czczę ich, ale jabym tego nie potrafił.
— Ja też nie potrafiłem — przyznał proboszcz.
— Taki proboszcz — mówi Gösta w zamyśleniu — postanawia zostać bogatym człowiekiem... nadzwyczaj bogatym... bo biedny człowiek nie pokona zła. Zaczyna tedy gromadzić pieniądze.
— Gdyby nie składał pieniędzy, zacząłby pić — odezwał się starzec — tyle nędzy widzi naokół siebie.
— Musi udawać bezlitosnego, chcąc coś złożyć. Początkowo udaje tylko, a później ze zwyczaju staje się takim.
— Musi być surowym dla siebie i dla drugich — mówi dalej Gösta. — Ciężka to rzecz zbierać pieniądze. Musi się znosić nienawiść i wzgardę, musi się cierpieć głód i zimno, serce musi się hartować... w końcu zapomina się, dlaczego człowiek zaczął oszczędzać.
Proboszcz z Broby patrzy na niego podejrzliwie, czy Gösta nie kpi z niego. Ale on mówił zupełnie poważnie, z ogniem, jak gdyby chodziło o niego samego.
— Tak ze mną było — szepcze starzec.
— Ale Bóg czuwa nad nim — mówi Gösta dalej. — Kiedy już dosyć naskładał, budzi w nim myśli młodzieńcze, daje mu znak, że lud go potrzebuje.
— A jeżeli proboszcz nie usłucha wezwania, Gösto?
— Nie, nie mógłby się oprzeć — odpowiada Gösta rozpłomieniony. — Myśl o ciepłych chatach, do których wystawienia pomógłby biedakom, jest zbyt ponętną.
Proboszcz spuścił oczy w dół na budowle, które wystawił z suchych gałązek. Im dłużej rozmawia z Göstą, tembardziej przekonywa się, że on ma słuszność. Zawsze zbierał przecież z myślą jakiegoś dobrego celu. Czepia się tej myśli i — naturalnie, że taki miał plan.
— Dlaczego jednak tych chat nie stawia? — pyta nieśmiało.
— Wstydzi się. Nie chce, aby przypuszczano, iż robi tylko ze strachu przed ludźmi to, co zamierzał oddawna.
— Nie może znieść myśli, że go chcą zmusić, oto przyczyna.
— Ale przecież może działać w ukryciu. Tego roku pomoc jest bardzo potrzebna. Może się postarać o kogoś, kto będzie rozdzielał jego dary. Ja się podejmę! — woła Gösta, a oczy jego palą się już do czynu. — Tego roku tysiące ludu otrzyma chleb od tego, którego obrzucają klątwami.
— Niech tak będzie, Gösto.
Zapał ich ogarnął, ich, którzy nie umieli wykonywać obowiązków, wziętych na siebie. Młodzieńca ochota służenia Bogu i ludziom zbudziła się w nich nanowo. Nurzali się w planach dobrodziejstw, które zamierzali wykonać. Gösta miał być pośrednikiem proboszcza.
— Przedewszystkiem należy dostarczyć chleba — rzekł proboszcz.
— I nauczycieli. Sprowadzimy geometrę, który wydzieli ziemie i grunta. A potem nauczymy ludzi uprawiać rolę i hodować bydło.
— Wytkniemy nowe drogi, zabudujemy wieś nanowo.
— Założymy śluzy na rzece, i w ten sposób otworzymy drogę między jeziorem Löf a Wenern.
— Bogactwo naszych lasów wzrośnie, gdy droga do morza będzie otwarta.
— Przekleństwa zmienią się w błogosławieństwa! — woła Gösta.
Proboszcz wstał. W oczach swoich wzajemnie czytają gorący zapał. Wtem spojrzenia ich padają na wzgórek hańby.
— Gösto — odezwał się starzec — wszystko to wymaga sił młodego człowieka, a ja jestem grobu blizki. Widzisz, co mi życie odbiera.
Usunąć to!
— W jakiż sposób, Gösto?
Gösta stanął tuż przed nim, spojrzał mu bystro w oczy i rzekł:
— Prosić o deszcz! Tej niedzieli ksiądz proboszcz ma przecież wygłosić kazanie — zakończyć więc modlitwą o deszcz.
Przerażony cofnął się proboszcz.
— Jeżeli ksiądz proboszcz rzeczywiście chce to wszystko zrobić, o czem mówiliśmy przed chwilą. Jeżeli nie ksiądz jest powodem suszy, jeżeli nie chciał Najwyższemu służyć srogością swoją — to niech ksiądz proboszcz modli się o deszcz. Jeżeli Bóg modlitwy wysłucha, to będzie najlepszy znak, czy Bóg tego samego chce, co my.
Gdy Gösta zjeżdżał z góry, dziwił się sam sobie i natchnieniu, które go ogarnęło. Przecież takie życie mogłoby być piękne! — pomyślał. Tak, tylko nie dla niego. O jego pracy tam, w górze, nie chcą nic wiedzieć.


W kościele Broby kazanie się skończyło, odprawiono zwykłe modły. Proboszcz zamierzał opuścić kazalnicę, lecz zawahał się. Nakoniec padł na kolana i zaczął błagać o deszcz.
Modlił się, jak człowiek w najwyższej rozpaczy, niewielu słowami, bez związku.
— Jeżeli moje grzechy wywołały gniew Twój, ukarz mnie samego. Jeżeli masz litość, o Boże miłosierdzia, spuść deszcz! Zdejmij ze mnie piętno hańby. Spuść deszcz na błagania moje. Niechaj deszcz spadnie na rolę biedaka. Daj chleba dzieciom Twoim!
Dzień był gorący, upał nie do wytrzymania, to też parafianie siedzieli w kościele pół drzemiąc, ale na dźwięk tych urywanych słów, tej rozpaczy, ocknęli się.
— Jeżeli jest jeszcze dla mnie droga do odwrotu, ześlij deszcz.
Umilkł. Drzwi były otwarte. Przez nie dał się słyszeć świst wichru, który od pól pędził, zakręcił się pod kościołem i cisnął do środka tumanem kurzu, chróstu i słomy.
Proboszcz nie mógł więcej mówić; chwiejnym krokiem zeszedł z kazalnicy.
Ludzie osłupieli.
Czyżby to już była odpowiedź?
A wicher ów był tylko przedsłannikiem nawałnicy, która zbliżała się z niezmierną szybkością. Gdy śpiew przebrzmiał i proboszcz stanął u ołtarza, przelatywały już błyskawice i grzmot huczał potężnie, głusząc dźwięk słów jego. Gdy organista przegrał ostatnią strofę, biły już pierwsze krople deszczu w zielone szyby, a ludzie tłumnie wybiegli patrzeć na deszcz. Nie dość im jednak było patrzeć, lecz stali na nim, moknąc i płakali i śmiali się z radości. Tacy byli nieszczęśliwi, tacy biedni! Ale Pan Bóg jest dobry, zlitował się nad nimi i zesłał im deszcz. Co za radość! jakaż radość!
Proboszcz z Broby był jedynym, który na deszcz nie wyszedł. Klęczał u ołtarza i nie powstał więcej. Radość okazała się za wielką na siły jego — zabiła go radość.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Józefa Klemensiewiczowa.