Feniks (Junosza, 1898)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Feniks
Pochodzenie Monologi. Serya druga
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Feniks.


Klemens Junosza - Monologi. Serya druga ilustracja 077.png



Uf! gorąco dziś jest... Ktoby się spodziewał, w Warszawie 30° w słońcu... w takiej Warszawie!
Nie dziwiłbym się, żeby w Wiedniu, bo tam inne zupełnie miasto, tam cywilizacya, tam świat!
U nas panują jeszcze grube zabobony, ciemnota. Ja sam posiadam w familii takich stryjaszków, co chodzą w długich kapotach i takie ciocie, co noszą peruki. Ja nie jestem zabobonny człowiek, noszę surdut krótki, ubieram się elegancko — moja żona mnie namawia, żebym sobie sprawił perukę, ale to głupstwo jest. Ja byłem w Wiedniu i znam tamtejszą modę.
Najpierwsi bankierowie noszą łysiny, dlaczego ja nie mam nosić łysiny? To wygląda poważnie i świadczy, że człowiek jest finansista solidny, zahlfähig — wypłatny.
O mnie powiadają — przepraszam, ja sobie trochę usiądę, na takie gorąco człowiek traci siły, bardzo traci (siada i ociera twarz chustką), 30° na Warszawę, gdzie normalna temperatura procentowa jest tylko 12°!
Ja też jestem trochę finansista, niewielki, bo na to mnie nie stać, ale cokolwiek: dwa razy w życiu miałem spory skład galanteryi, teraz prowadzę interes z garderobą na raty. Cóż robić, trzeba pisać: „walutę w haweloku, w spodniach, w kamizelce i w smokingu otrzymałem.“
Stara zasada uczy, że jeżeli na drodze stoi przeszkoda, to trzeba ją ominąć.
Ja omijam. Wolę handlować spokojnie wiedeńską garderobą, aniżeli ze zmartwieniem pieniędzmi.
A może kto myśli, że ja jestem krawiec? Nie; w naszej familii krawców nie było i nie będzie. Ja jestem handlujący i syn...
Mój syn będzie czem zechce, bo ja jemu daję wysoką edukacyę. Ja chcę jego śrubować do góry.
Och, edukacya! Jeżeli mam prawdę powiedzieć, to nie rozumiem sposobów tej edukacyi; chociaż sprytne dziecko, ze wszystkiego potrafi sens wyciągnąć.
Wczoraj naprzykład było takie zdarzenie. Ja siedziałem grubo, grubo zamyślony... moja żona liczyła pieniądze, moja córeczka reperowała swój kapelusz, o! bo ona wielka elegantka jest; ona lubi wyglądać na ulicy jak najwspanialsza dama, a mój syn Leoś czytał swoje lekcye.
Ja byłem bardzo zamyślony. Teraz wszystkie sklepy chcą mieć dziką firmę: „Colorado,“ „Pensylwania,“ „Kolumbia!“ Jabym chciał przyozdobić mój skład garderoby jakim ładnym tytułem.
Moja córeczka, ta elegantka, co sobie reperuje kapelusz, ma w sobie cokolwiek złośliwości, lubi się śmiać z tego, co nie trzeba... to ona robiła mnie propozycyę, żeby mój wielki magazyn garderoby nazwać: „Szmatenseite,“ „Lumpenland,“ Tandeteninsel“ — więc ja się rozgniewałem i powiedziałem do niej: — „Halt mojl dy Ryfke,“ to znaczy: Nie dowcipkuj, ty kochana Reginko! i byłem jeszcze bardziej zamyślony, a tymczasem Leoś, mój synek Leoś, ciągle czytał swoją lekcye.
Jakieś bajki! Czytał, że była na świecie jedna kura, czy wrona, co się nazywała Feniks i co zrobiła taką sztukę, że się spaliła zupełnie na popiół i że z tego popiołu znowuż się zrobiła żywa kura, czy wrona, taka sama, jak była wpierw i ta sama co była wpierw!
Więc mnie się uprzykrzyło takie zawracanie głowy i mówię do synka: — Słuchaj Leoś, ja mam duże myślenie, nie przeszkadzaj mi i czytaj swoje bajki po cichu, jeżeli zaś koniecznie chcesz czytać głośno, to idź do kuchni i czytaj.
Nasza kucharka, stara Mośkowa, bardzo lubi różne bajki i plotki, to akurat dla niej zabawa.
Państwo myślą, że Leoś poszedł do kuchni? Nie; on się obraził.
— No, powiada, ojciec sobie żartuje z tego ptaka?
— Żartuję!
— To ojciec się nie zna na klasyczności.
— Idź do licha ze swoją klasycznością! Ja lubię prawdę. Jakim sposobem może kto ożyć i odrosnąć z swojego popiołu?
On się zaczął śmiać, Reginka także się śmiała i moja żona jak zobaczyła, że wszyscy się śmieją, też puściła w ruch swoje trzy podbródki i złapała się rękami za boki.
Ja jeden nie śmiałem się, bo byłem bardzo zły.
Jakto! ja pracuję głową, ja się męczę, ja chcę wymyśleć coś efektownego dla mego magazynu, śliczną firmę w wiedeńskim guście, a oni się śmieją? Więc krzyknąłem głośno, tupnąłem nogą i powiadam do Leosia:
— Kiedyś taki mądry kawaler, to pokaż mi takiego ptaka.
On się znów śmieje.
— Nie mam co długo szukać, znaleźć go mogę u nas, w naszej familii, przy tym samym stole.
— Gdzie jest ten Feniks?
— Tate jest Feniks. Tate już dwa razy był spalony na popiół przy galanteryi, teraz się tate odrodził przy garderobie wiedeńskiej. Może nie prawda? Może wierzyciele nie dostali popiół zamiast pieniędzy. Niech tate teraz powie, że tate nie jest Feniks?!
Tu ja już nie mogłem wytrzymać i także zacząłem się śmiać. Dalibóg, zdolne dziecko ze wszystkiego wyciągnie naukę, nawet z takiej zwyczajnej bajki!
Feniks! na moje sumienie Leoś ma racyę. Ja byłem już raz Feniks i byłem drugi raz Feniks. Ha! ha! ha!

(Śmieje się).

Leoś zdolny chłopak, on to odrazu zmiarkował!...
Ach... cóż robić, każdy człowiek pracuje, jak może — ja robiłem w galanteryi. Miałem ładny sklep na Długiej ulicy.
Mnie szło. Był kredyt, był ruch publiczności, a gdy idzie, gdy jest u hurtowników kredyt, a w sklepie ruch, to dlaczego nie zbankrutować?
Ja tak się urządziłem, że towar zniknął, a w sklepie zostały same pudełka, potem czekałem, aż będzie termin wekslu wystawionego hurtownikowi. Termin przyszedł sobie, a ja poszedłem do Saskiego ogrodu sobie.
Mnie zrobili protest, ogłosili upadłość, chcieli sprzedać pudełka, ale ja mam delikatną naturę, ja im powiedziałem: Moje kochane wierzyciele, my się dobrowolnie ułóżmy i handlujmy spokojnie dalej, ja wam proponuję ośm kopiejek za rubla. Oni zażądali dwanaście i pół — stanęło na dziesięciu, ze mnie zdjęli upadłość i zacząłem znowu handlować galanteryą.
Jak ślicznie powiada ten mój kochany Leoś! — Ja byłem wtenczas pierwszy raz Feniks. Ja sobie całkiem odrodziłem; na Długiej ulicy w sklepie, który zajmowałem, został mój popiół, a na Marszałkowskiej ufundowałem nowy, bardzo elegancki sklep i tam znowuż siadłem i siedziałem, jakby całkiem świeży ptaszek, co z popiołu wyfrunął.
Jaki to był sklep, jaki szyk, jaka elegancya, jaka taniość! Moja żona stała przy kasie, czasem Reginka (właśnie tam ona nabrała fanaberyi).
Trzymałem dwóch subiektów z francuskiemi językami, po dwadzieścia pięć rubli na miesiąc, a sam cztery razy do roku jeździłem do Wiednia aby wybrać różne figielki, nowości...
Bardzo dobrze było, dobrze szło... no, ale co państwo chcecie?
Najlepszy koń czasem źle nogę postawi, najlepsza firma może zbankrutować. Ja też miałem taki przytrafunek — ogłosili mi znowu upadłość.
Tym razem było trochę trudniej, wierzyciele zawzięli się, chcieli dostać 40 kopiejek za rubla.
Takie łajdaki bywają czasem nienasycone; gardła im zapchać nie sposób!
Kłócili się ze mną, nawet robili mi osobisty przymus, tak, że musiałem trochę siedzieć, ale skończyliśmy zgodnie, dostali 21 za sto.
Niech ich djabli porwą, czas coraz cięższy jest.
Ten łobuz Leoś ma racyę. Ja zrobiłem się drugi raz Feniks i wylazłem z popiołu.
Do galanteryi nie było po co wracać; hurtownicy już nie chcieli dać kredytu, więc handlowałem potrochu pieniędzmi...
No, ale i ten interes w ostatnich czasach zaczął się robić nieprzyjemny, więc założyłem mój wielki magazyn z garderobą na raty...
To trochę idzie, bo ludzie lubią elegancko wyglądać, jeżeli ich to niedrogo kosztuje.
A u mnie garderoba jest bardzo tania, ja potrafię dać najmodniejszy garnitur za kilkanaście rubli!
Plotkarze mówią, że ja kupuję stare łachy od handlarzy...
Pfe!
Ja mam wszystko z samego Wiednia, a czy w Wiedniu kupują od handlarzy, tego nie wiem.
Ja patrzę tylko na plombę. Który magazyn potrafi dać teraz z plombą? Co najwyżej zdobędzie się na ołowiane guziki.
Głowa mnie bolała od myślenia nad tem, jaką nazwę nosić ma mój magazyn.
Już byłem zdecydowany na „Kalifornię,“ ale Leoś otworzył mi oczy — będzie „Feniks.“ Śliczny interes, śliczna firma.
Leoś mówi, że to trzeba pisać „Phoenix,“ jeszcze ładniej! a że ja mam na imię Fajbuś, to się napisze tak: „Grand magazin de Mr. Phaybouche Piperblatt,“ a nad tym napisem każę wymalować samego Feniksa, jak on wyskakuje z popiołu.
Zaraz idę do malarza, tylko mam wielką trudność: Nie wiem jakiego ptaka malarz powinien dać za Feniksa. Leoś nie może mi udzielić informacyi, gdyż, jak powiada, żaden Feniks nie stoi w zoologii.
On zawsze ma wyższe i klasyczne wyrażenia ten Leoś.
Trzeba wybierać samemu: wróbel jest za mały na Feniksa, wrona to smutny Feniks, kura bardzo pospolity.

(Zamyśla się).

Może kanarek... Nie, może... albo ja wiem, jak on się nazywa... ale także nie; może papuga, to podobno drogi ptak... ale nie, nie, na nic!
Ja potrzebuję ptaka okazałego, żeby był imponujący, żeby ludzie widzieli zdaleka, że jest w dobrym gatunku.

(Zrywa się nagle).

Już mam! mam! Wyborna myśl!
Mój Feniks będzie gęś! to jest ptak duży, ładny, to jest coś!
Mnie się zdaje że lepszego nawet mój Leoś nie znajdzie.
Biegnę do malarza, zapłacę mu dobrze, bo konkurencya nie śpi, mogą mi ukraść pomysł i handlować pod moim rodzonym Feniksem!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.