Cześć zasłudze!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Cześć zasłudze!
Pochodzenie Monologi. Serya druga
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CZEŚĆ ZASŁUDZE!


Klemens Junosza - Monologi. Serya druga ilustracja 091.png



Cześć zasłudze!
Oto hasło, które, że się tak wyrażę — zgromadziło nas przy tym stole biesiadnym, zgromadziło nas, to jest kogo? Oczywiście tych, którzy przyszli, ażeby uczcić dwudziestopięcioletnią rocznicę posiadania domu murowanego w Warszawie przy ulicy Niewyraźnej, Nr. hypoteczny 7,378 h i j, a policyjny 1,920.
Któż jest tym szczęśliwym a zasłużonym światu posiadaczem rzeczonej realności? Któż figuruje w wykazie hypotecznym, w księgach meldunkowych, na liście lokatorów, wreszcie na blasze cynkowej, przybitej na froncie?
Któż jest ten mąż?
Znacie go, to nasz jubilat dzisiejszy, to nasza chluba, nasz przyjaciel, najdroższy, najukochańszy towarzysz zabaw, wycieczek, partner winta... Konstanty Kopytkiewicz!
Źle mówię: Konstanty. Takim może on być dla świata, dla lokatorów, dla wszystkich, dla nas zaś jest to... Kocio.
Nie przerywajcie mi burzą oklasków, huraganem zachwytu, nie! Muszę wypowiedzieć to, co mam na sercu, bo uczucie kipi we mnie jak w kotle, jak lawa w wulkanie, jak... jak... no ostatecznie, dość, że kipi, a skoro kipi, to musi wydobyć się na zewnątrz, musi wybuchnąć płynącym z głębi serca okrzykiem:
Cześć zasłudze!
Panowie! Biografię kochanego Kocia skreślę w kilku słowach. Nie mając nic lepszego do roboty, urodził się w roku... po co daty? Już ukończył pięćdziesiąt..! I ja także skończyłem. I nie dość na tem, że się urodził, o! bo to nie wystarczyłoby dla zadowolenia jego ambicyi, on się wychował!... I nie przestając na tem, że się wychował, wszedł do pierwszej klasy, mając zaledwie może jedenaście, może dwanaście wiosen życia...
Tam go poznałem...
Panowie! niech mi nie będzie poczytanem za samolubstwo, bo skromność moja granic nie ma — ale, co to w bawełnę owijać! Podczas gdy ja jak lew walczyłem z łaciną, on spuszczał przed nią uszy pokornie, jak osioł. Daleki od próżnej chwały, to jednak mogę powiedzieć, że jego wyrzucono z klasy czwartej, a ja, broniąc się jak lwica, dobyłem w piątej do Nowego Roku.
To jest głupstwo, kochani panowie. Szkoła furda, prawdziwą naukę daje dopiero życie... a ja jestem najlepszym świadkiem życia naszego czcigodnego jubilata!
Szło ono, to życie, również jak moje życie, po dwóch liniach równoległych i to daje nam najwyraźniej poznać całe niedołęztwo nauki szkolnej.
Swego czasu do kozy wsadzano mnie za to, iż nie wiedziałem o tem, że dwie linie równoległe nigdy się spotkać nie mogą, a my z Kociem po liniach równoległych idąc, spotykaliśmy się codziennie wieczorem pod „Gwiazdą,“ gdzie piliśmy X kwadratów z paru kufelków...
Cześć zasłudze!...
Okrzyk ten zawsze wyrywa mi się z głębi serca, gdy patrzę na naszego kochanego Kocia.
Uczyliśmy się razem, on odziedziczył po rodzicach kamienicę, ja również; on się ożenił, ja także; on doczekał jubileuszu — mój za tydzień.
Posłuchajcie, panowie!... Ja się nie chwalę, ale kamienice nasze były zupełnie jednakowe. On ma ze swojej 3,000, ja 4,000; on ma lokatorów niewypłacalnych w połowie, u mnie ani jeden grosz nie zginie, bo psu z gardła wydobyć potrafię; on się reparuje co roku, ja raz na pięć lat; on front chlapie co dwa lata, ja pomalowałem się olejno; on do tej pory piszczy, że nie ma za co, ja jestem skanalizowany już od roku i już z tego powodu podniosłem wszystkim lokatorom komorne.
Cześć zasłudze, panowie!
Mało jest takich obywateli jak nasz Kocio! Na honor, mało.
Nie należy on do żadnego towarzystwa filantropijnego, bo szanuje grosz; ja, nie chwaląc się, należę do trzech i, wprawdzie groszy wiele nie daję, ale honorowo urzędy pełnię.
Znają mnie na Starem i na Nowem Mieście, a takie mam niewzruszone, takie katonowskie zasady — że gdyby kto z głodu konał, to mu nie wyjednam ani szeląga wsparcia, dopóki cała sprawa nie przejdzie przez czternaście komisyj! Robią mi czasem zarzuty, że biedny w samej rzeczy umarł, nim się rezolucyi doczekał — ale cóż ja temu winien, że był w gorącej wodzie kąpany i nie czekał na decyzyę ostateczną.
Panowie! jeżeli podnoszę ten kielich, to tylko dlatego, aby w tem to szlachetnem gronie oddać należną cześć zasłudze.
Kochany Kocio ożenił się w tym samym roku co i ja. Nie chcę bynajmniej wymawiać, że zacna pani Konstantowa, małżonka szanownego jubilata, była w chwili, gdy się dozgonnym połączyli węzłem, nie młoda, nie imponująco piękna, nie tęgiego zdrowia, nie bogata i że miała ubogich krewnych.
Co do mnie, wziąłem w tymże czasie pannę piękną jak Venus, zdrową jak rydz, młodą i świeżą jak poranek, i bogatą... dwadzieścia tysięcy gotówki było na stole!...
Ostatecznie ja dziś jestem panem w domu, a Kocio pod pantoflem siedzi... atoli zawsze, panowie, zawsze, wszędzie, na każdym kroku powiadam:
Cześć zasłudze!
Kochany Kocio, człowiek pełen energii i tego ognia duszy, który nazywają Zniczem, trzyma rządcę, który mu urządza różne malwersacye. Ja inaczej te rzeczy pojmuję: ja meldunki sam, odbiór komornego sam, reparacye sam, ja jestem w domu alfą i omegą, ja nie mógłbym wytrzymać, nie mógłbym żyć inaczej, ja nikomu nie wierzę ani na jeden grosz i dlatego, szanowni panowie, powiadam, wołam, krzyczę z całej głębi duszy:
Cześć zasłudze!
W ostatnim czasie, jak wiadomo, złym dla obywateli, gdy oto kanalizacya i to i owo, trzeba było poruszyć wszelkie sprężyny, drogi kochany nasz Kocio, wyczerpawszy możliwe możliwości Towarzystwa Kredytowego miasta Warszawy, znalazłszy szczęśliwie jakąś sumę nieletnich, której dał w swojej hypotece starosławiańską gościnność, znalazł się jednak w konieczności zaciągnięcia pożyczki prywatnej, w czem dopomógł mu szczerze niejaki Joel Dyament.
Co prawda, szanowni panowie, ja w takich wypadkach nie szukam ani nieletnich, ani Dyamentów, otwieram tylko moją kasę ogniotrwałą i to mi wystarcza... ale... trudno... każdy ma swój system.
System Kocia o tyle był gorszy, że dziś Dyament egzekwuje swoją należność i dom naszego kochanego, drogiego jubilata jest wystawiony na sprzedaż...
Panowie! Ja się nie chwalę, ale zje djabła, kto mnie ruszy z mojej posiadłości! Panowie, daleki jestem od wszelkiej próżności, ale przyznacie, że trzeba być chyba cielęciem, aby mając dom, dać się z niego wyzuć sromotnie.
Dlatego też, Szanowni Panowie, z okazyi dwudziestopięcioletniego obywatelstwa, ćwierćwiekowego małżeństwa kochanego Kocia z kamienicą — wznoszę toast: Niech żyje nieoszacowany nasz przyjaciel, kolega i wielce szanowny obywatel Kocio...
Cześć zasłudze!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.