Zdatny chłop

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Zdatny chłop
Pochodzenie Monologi. Serya druga
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ZDATNY CHŁOP.


Klemens Junosza - Monologi. Serya druga ilustracja 065.png



...Już, wielmożny panie, mnie nie pierwszyzna; od maleńkości po dworach służę, do każdej roboty zdatność mam, że aż mi w garści piszczy, jak się czego chwycę.

(Kłania się).

...Wielmożny pan pyta, jak dawno we służbie jestem? Ile lat?
Ktoby ta rachował!... Ano juści... zara jak tatulo odumarł, to mnie wzięli do Boliboków, do gęsi; pasłem bez dwa lata za wikt i przyodziewek, a zimową porą popychali mnie do różnej posługi, po letkości...
Na trzeci rok pasłem świnie w Zawrotkach, we dworze, ale mi się okrutnie mierziło bez cały dzień we świńskiej kompanii ostawać i jako, że to stworzenia zdradliwe i szkodne, a rządca o byle co po karku tłukł, tak się we mnie złość zburzyła, rżnąłem czapkę o ziemię i powiedziałem: nie chcę i tylo...
Mieli mnie znów do owiec obrócić i byłbym może przystał, jako, że taki inwentarz jest poczciwy, ale się owczarza bałem, bo czarownik był wielki, zioła zbierał, baby po wsi lekował, a jak chciał komu zadanie złe zadać, to zadał i zaraz takiego pokuliło het, że jeno za żywot się trzymał i tak chodził.
Nie chciałem być koło takiego człowieka i zgodziłem się do Wólki, do bydła, ale zaraz na drugi rok stangret z Chabęcina mnie namówił, żebym się zgodził do stadniny, niby do źrebaków — i byłem sprawiedliwie przez trzy roki, jeno, że wikt był marny, a szafarka skąpa, to znów rżnąłem czapkę o ziemię i rzekłem, że nie chcę i na tem skutek.
Poszedłem na jarmark do Ogonowa, kupić buty, i zara mnie żydy obstąpiły i poczęły namawiać, żebym się zgodził do Zabłocia za fornala...
Dogadywały, że pensya leguralna, wikt dobry, a dziedzic bardzo wspaniały pan, że będę siedział sobie w wygodzie, że się, na to mówiący, ożenię, dostanę ordynaryą...
Skusiły mnie, poszedłem...
Tymczasem dziedzic był starozakonnego narodu, taki sam, jako i te faktory, zamiast pensyi jeno kwitki na gorzałkę dawał i na śledzie do dziedziczki, jako że sama z córką w karczmie siedziała.
Zamiast jakiej roboty, żeby choć, na to mówiący, orać albo bronować, albo co inszego robić, to jeno woziłem dziedzica i jego familiantów po jarmarkach, po żydowskich weselach, gdzie jeno kazał...
Wielmożny pan powiada, że pewnie znów rznąłem czapkę o ziemię... A juści że nie co, jenom rznął dziedzicowi pod same nogi. Sądem odgrażał, ale ja jeszcze lepiej. Rozwarłem gębę, bo rozwarłem, a mnie co!... Miałem się bać takiego?...
Juści że mnie przypozwał i świadków postawił czterech; jak poczęli szwargotać, żem go zdyfamował, żem się odgrażał, do bicia się rwał... jak poczęli łgać te świadki, kazał mi sąd przy gminie trzy dni w kozie odsiedzieć.
Radzili mi apelacyą robić, ale nie chciałem; co będzie to będzie; odsiedzę, a jak swoje wysiedzę, to go jeszcze lepiej zdyfamuję.
Ma się rozumieć, żem odsiedział, a bardziej tom odkopał.
Niby że to była sama wiosna, przed Wielkanocą, pisarka kazała mi w ogrodzie grzędy kopać. Kopałem dokumentnie, nie przykrzyło mi się, jeść pisarka dawała dobrze i dość, a na noc słałem sobie w kozie dwa snopki słomy, stróż mnie zamykał na kłódkę, jako niby żebym nie uciekł, i spałem lepiej, niż mój starozakonny dziedzic na swoich betach.

(Pauza).

Proszę wielmożnego pana, to bajki; dużo służbów różnych miałem, ale za to, do każdej roboty, do czego mnie jeno obrócić, zdatny jestem i odpowiedzialny.
Wołami to wołami, końmi to końmi, do sierpa, do kosy, do cepów, do grabi, do lady, do sieczkarni, do czego jeno kto chce... a siekierą też potrafię.
Jak się w Dziurawej Woli stodoła zawaliła, to przy cieślach robiłem i takem ją wyrychtował, że po dzisiejszy dzień stoi jak nowa i choć nieraz duży wiater bywa, ani nie zatrzeszczy.
Już nie mam się co chwalić, wielmożny panie, ale zdatność we mnie jest okrutna do każdego obrotu i bylem sobie dobrze podjadł, a pensya mnie doszła, to się lada czego nie zlęknę i za dwóch zrobię...

(Pauza).

Świadectwa wielmożny panie miałem, sprawiedliwie miałem, ale teraz, po prawdzie mówiący, nie mam.
Gdziem podział? Czy zgubiłem?
Nie, wielmożny panie, łgać nie będę, anim zgubił, anim podział; jeno spożytkowałem, bo choć człowiek nie jest piśmienny, ale zawdy papier mu czasem bywa potrzebny...
Na co? A dyć czasem się człowiekowi kuczy, to radby papierusa wypalić, jako że fajki teraz niemodne... to się bierze garsteczkę tiutiuniu i kawałek papieru, ukręci się taką, nie przymierzając, kiszeczkę i jest rozweselenie w markotności, a gdzie ta papieru białego szukać, wycinało się i zapisany.

(Pauza).

Eh, nie wielmożny panie, tego nie zrobię, ani we stodole, ani w oborze, ani w inszym budynku, ani nawet w chlewie; co inszego w polu, albo, na to mówiący, w chałupie przy kominie, jako że na taką przygodę jestem próbant, bo już widziałem, jak fornal całe obejście z dymem puścił...
Wielmożny pan pyta, gdzie była ostatnia moja służba? W Saganówce, u pana Wierzgajskiego.
Bez dwa roki u niego byłem, dobre panisko, jeno, że go okrutnie żydy obsiadły i bez to pieniędzy ma obrzednio. Ledwie dycha nieboraczek i pewnie z posiedzialności swojej pójdzie, bo się precz na niego odgrażają, że niby obdłużony jest i że komorniki mają Saganówkę sprzedać. Niech go tam Pan Jezus miłosierny ratuje, bo chudziaczek na ostatnich nogach stoi, a te się na niego zawzięły i precz go piłują.
Niby do czego służyłem i dlaczego odchodzę, skoro pan rzetelny i dobry?
No juści, zgrzeszyłbym ciężko, gdybym na niego narzekał, dobry pan, że takiego drugiego w świecie poszukać.
Bez jeden kwartał byłem u niego za fornala, a bez siedm kwartałów za dziewkę i byłbym do dzisiejszego dnia, jeno że z dzieciakiem nie mogę sobie dać rady...
A co wielmożny pan tak patrzy? Toć nie łżę, jeno sprawiedliwą prawdę powiadam.
W Saganówce takie założenie było, że się dziewki nie wiodły.
Będzie inne miejsce, że się nie wiodą owce, insze znów złe na konie — w Saganówce było takie złe na dziewki. Co jaką przyjmą, to albo sama ucieknie, albo trzeba wypędzić.
Jedna ci próżniak, druga wałkoń, insza latawica, że jeno zęby grzeje na słońcu; co się która trafi, to takie gałgaństwo, że jeno w harmatę nabić i wystrzelić.
Ostatnia była przy krowach Jagna, ale ukradła gospodyni spódnicę i uciekła, a pan Wierzgajski mnie woła i powiada: — „Janie, już mi te dziewczyska kością w gardle stoją, patrzeć na nie nie mogę. Rób co chcesz, musisz mnie ratować — bądź ty za dziewkę!“
A ja się, wielmożny panie, po głowie skrobię, jako że od maleńkości dziewką nie byłem i kobieckiego wypraktykowania nie mam... Ale pan Wierzgajski szafę otworzył, kielich gorzałki mi nalał i mówi znów: „Janie, nic się nie bój, będzie z ciebie dziewka lepsza, niźli te latawice, zębów nie szczerząca, przy studni nie wystająca, na tańce w karczmie nie ochotna, a co się tycze kobieckiego obrotu, też się nie bój, tyś zdatny, wszystkiego się domyślisz, a jakbyś czego nie potrafił, to cię Onufrowa, niby gospodyni, douczy, jako wypraktykowana we wszystkich babskich sposobach.“
Ja gorzałkę wypiłem, skłoniłem się panu grzecznie i powiadam: — „Skoro tak pan każe, trudno — niech się co chce dzieje, będę za dziewkę.“

(Pauza).

O, wielmożny pan się dziwuje, jak sobie rady mogłem dawać. Bajki! krowy obrządzałem, doiłem, gotowałem kartofle dla gadziny, siekałem zielsko, Onufrowej pomagałem w kuchni, wszystko, co jeno potrzeba, robiłem.
Juści mi się trochę przykrzyło, to prawda, ale dla dobrego pana to się człowiek przemoże i wszystko ze szczerości serca uczyni... i byłbym jeszcze parę lat posiedział w Saganówce, ale nie mogłem sobie rady dać z dzieciakiem...
Maleństwo, samego w chałupie zostawić nie można, oddać na wychowanie duży koszt, familii po blizkości nie miałem, a Onufrowa też przy swojem zatrudnieniu nie mogła mi pomocy dać.
Bez to ja wielmożny panie służbę zmieniam, a skoro pan chce mnie za fornala, to zaraz zadatek biorę, a od świętego Jana do obowiązku przyjdę.
Jeno inaczej nie, tylko na ordynaryę, bo się muszę ożenić...
A no juści, wdowiec jestem, żona mi zmarła, dzieciątko ostawiła...
Niech się wielmożny pan nie boi, czapki o ziemię nie rznę, zadatku nie odniosę, a co do zdatności, to się wielmożny pan przekona.
Potrafiłem za dziewkę być i pan Wierzgajski był kontent i mówił, że w życiu swojem lepszej dziewki nie miał — to i za fornala jeszcze potrafię, jako że wszyscy wiedzą, że jestem zdatny chłop na wszystkie cztery boki.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.