Elegja o Schubercie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Elegja o Schubercie
Pochodzenie Ziemia, siostra daleka
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1936
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub Pobierz Cały tomik jako PDF Pobierz Cały tomik jako MOBI
Indeks stron
ELEGJA O SCHUBERCIE
I

Za firankami blask ciepły. Znów wzywa
od ciszy, która kłamie, że szczęśliwa,
w przestwór bezdomny, struchlałych gałęzi
trzask melodyjny, trzepot, który więzi:
muzyka sroga w więzieniu ożywa,
ach, tak bezdenna! tak czuła i tkliwa!
jak gwiazda, która niebiosa rozrywa.

Nie, nie wystarczy dać się zwieść tonami,
gdy widzisz róże gęste, jak krew skrzepła,
gdy czujesz podmuch letni pod księżycem,
i kroki cieni słyszysz tajemnicze
w altanie, którą luna światłem plami
srebrnem i czarnem, gdy błądzisz aleją,
serce się ściska, jak pięść.

Przemocy straszliwa!
życie bogów niedokończone, jak
jedyna rozstrzygająca
symfonja,

jak ponad siły, nie do zniesienia, zabójcza, ostateczna
harmonja.

...Podsłuchiwać piosenki i aniołów,
smreki i liście,
szmery trzmieli,
pohuki bąków,
stąpania gnomów,
i jak waży się motyl
niedosłyszalnie,
knieje huczące
organowo i zielono,
mroczne —
podsłuchiwać kogo?

Ach! krew własną, jeszcze ciemniejszą,
bardziej cierpiącą w śpiewie,
co zatrząść miał gwiazdami,
a zbudził
ludzkie łzy, łatwe łzy,
bladość i rumieniec
na dziewcząt białych i gładkich jagodach
(pukle złote w cieniu, kunsztownie upięte,
przebite zalotnie strzałą srebrną
jednej z dzierlatek zapatrzonych).

Poprzestawałeś na tem, ty, ludzki; to był triumf,
a nie obłoki samotne, rosą bolesną darzące
i obolałą muzyką.



II

O, wołające ptactwo nad wodami,
nad rozlewiskiem wód, nad moczarami
pradziejów, które zgniłą febrą karmią,
jęku piszczałki, wabiący nas w bagno,
że żółkniejemy, śmiertelni, jak czerep
posągów, którym wichry i ulewy
jesienne oczodoły zżarły: świecą
bezwstydną pustką nicości — nęcącą!

Nauka o harmonji, skąpa wiedza
o niej, nieosiągalnej raz na zawsze,
o kompozycji, która nas zabija!
Ale jak życie ciemnie-nieobjęte,
jak głucho-melodyjną skomponować
śmierć? i z miłością jak pogodzić gwiazdy?
ze szczęściem znów samotność? z winem gorycz?
z przyjaźnią zdradę? z sobą samym wszechświat?
milczenie, które dopełnia, z melodją?
jak z żądzą czułość? i jak rozpacz z sercem?

Te tony nałożone zawsze będą
kłócić się, zrywać i w chrapliwym jęku,

jak ptaki, wzbijać się nad mroczne knieje,
dziobiąc się: wielkim i otwartym krzykiem.

Wśród niezabudek śpimy, nad strumykiem.




III

I ulitował się nad śpiącymi i dłońmi przebitemi
dźwignął na pola elizejskie, między srogie niebiosa,
jak skrzydłami.

I ulitował się Siebie i wstąpił na gwiazdy
królować po wieków wiek.

Ale my? cóż my? — którzyśmy przetrwali
na tej ziemi?

O, któż spróbuje, jak On? o, wrzeciądze,
dźwięki, co biją w wrota niewidzialne,
jak w tarcz miedzianą! o, rygle, o, kraty!
kwiaty z innego świata, dźwięk nieziemski,
zbyt słodki; czysty zbyt; tak rzeczywisty,
że wszystko w cień się mieni bezcielesny,
co w długim trudzie pragnęliśmy kochać, —
dziś nas odtrąca i ton ten zabija.
Bo, jak na drewnie był ukrzyżowany,
tak my na każdem drzewie. Ach, rozpięci,
o, jak ciążący, jak niedoskonali!
Nie zezwalamy, by się podźwignęło
bez nas: już poza wzrokiem naszym, lotne.

By zaistniało, gdy my tylko żyjem,
i zawadzamy mu w istnieniu czystem,
słuchając szmeru liści, co liść szepce?
Wysłuchujący czegóż? Mroku serca!
Brzmienia, co nie jest jego: my go tworzym,
jak wosk lepiony ciepłem wnętrzem dłoni,
i kształtujemy próżnię, co w nas mieszka,
cierpliwie kształt tej pustki urabiamy
i udajemy, że jest rzeczywista!
Ach, kogóż zwieść nam? kto też nam uwierzy,
niedokończonym i w połowie drogi
pozostawionym sobie, tylko sobie?
Jeszcze mocujem się z sobą. Dźwigamy
aż ponad głowę tę kopułę dźwięków,
która ma przetrwać, wtedy się nie zwalić,
kiedy oddawna odpoczniemy prochem;
która ma wzbić się w zenit, jako płomień,
ów, co z otchłani niesie potępieńca
w gwiazdy, w ich uśmiech błogo-obojętny.
O, żalu, jak im sprostać? jak pochwalić
świat, który chwały dla siebie nie żąda?
jak przetrwać? i miłować? i nie umrzeć?
Nie wiesz; nie wiedział nikt; każdy próbował:
do progu z trudem docierał; dotarłszy,
stawał szczęśliwy.
I tam marł posągiem.

I spłyniemy po wieków wiek na falach niepamięci,

na niedokonanych nurtach Harmonji.
Romanowi Jasińskiemu




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.