Ziemia, siostra daleka/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Ziemia, siostra daleka
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1936
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
STEFAN NAPIERSKI
ZIEMIA,
SIOSTRA DALEKA
Wydawnictwo J. Mortkowicza - logo.jpg




WARSZAWA — MCMXXXVI — KRAKÓW
WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA
T-WO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Rynek Starego Miasta Nr. 11
«Oh, mon Dieu! Vous

m’avez blessé d’amour...»
(Verlaine)

«Il n’est rien de si beau
que ce qui n’existe pas».
(Valéry)


LIRYKA

I czegóż czekamy od gwiazd,
Czego na ziemi niema?
Łagodne majowe nieba
Pełne są znaków miłości.

Na widnokręgu wyblakłym
Znieruchomiały drzewa,
Wiosenne usnęły łabędzie
Pod łukiem Andromedy.

I tylko tłucze się serce,
Jakby ziemia gwiazdą nie była,
Tylko się wargi nie domkną,
Nigdy niesyte śmierci.

Ach, czemu w srebrzystych sznurach,
Co w czarnym opadną sierpniu,
Zapragnie nocy bezgwiezdnej
Daremnie wskrzeszone serce?



AKWEDUKTY WIOSENNE

Wspomnij, niechętna moja elegjo! — o jabłoni,
o drzewku raz jeszcze kwitnącem boleśnie
w żałobnej bieli.

I akwedukty przypomnij, — nie stromo-wyniosłe, srogie łuki pory burzliwej młodości, która pyszna i z zadufania uśmieszkiem roi o chwale,
o niej, co nadejdzie, nadchodzi zbyt późno: oczy zamknąć, mieczem z płomienia

rozedrzeć kurtynę ciemności, na mroku
triumfującym
wypisać, jak wyrok, gwiazdy;

lecz harmonijnie-smutne, jak pobłażanie; lecz śmiertelnie-żałosne, jak pojednanie; lecz łagodnie-rozczarowujące, jak rozłąka.
Jak: wysilony uśmiech matki, przed chwilą jeszcze brzemiennej, a teraz wydającej dziecię
(cząstkę jej samej, zawiązek jej soków, płód z pod serca)

na łup niewiadomego świata:
od ciemnych korzeni aż po nieruchome gwiazdy;

wyczerpanej szczęściem, opustoszałej, złupionej ofiarą, znużonej, postarzałej nagle o brzemię, jej zagrabione,

— zbytecznej; o, akwedukty w ruinie!

Jak: dziewczyna, której raz pierwszy wargi rozchyliła noc;
tedy: naprzód uśmiech, kryjący przed sobą obecność swą onieśmieloną, lękliwy, jak bazie wierzby popielate, spłoszony byle czem, niby szare obłoki kwietniowe na nieobjętym widnokręgu;
a potem uśmiech drugi: oczekiwania; jeszcze bezcielesnego, bez twarzy, a przecie na obliczu igrający, jak zmienny podmuch, wciąż inaczej marszczący taflę płytkich wód, pozostałych z wczesnej powodzi, mącący zalękłe tonie, co, parując powoli, pragną błogości nieistnienia, jedynego szczęścia: niebytu; niewybierający jeszcze, niedorzeczny, w nigdzie tęskniący, ociekający obietnicą — musi się spełnić! — jak sokiem cierpkim połowa zielonkawego jabłka, strąconego przez ptaki, a przedwcześnie wysilonego ku nieodzownej pełni, ku krągłej harmonji powrotu;
I trzeci uśmiech: niespodzianki, jak struga, w którą raz pierwszy rzuca odbicie niebo bezkształtnie-wiosenne i witka, ledwo rozwita, żółtym osypana puchem, zdmuchiwanym przez wietrzyk najlżejszy (a już się wysmukla ku przyszłej fujarce, przywabiającej ptaki, zawczasu przedrzeźniająca ich miłość piszczałka, zwodząca, dziurawa, nieodparcie ku zagubie szczęścia zawodząca ligawka, — a teraz witka wilgotna i goła);
więc: oczy — tak, one naprzód! — drwiące, obojętne, bezwiedne źrenice, a pewne zwycięstwa, jak motyl, przenoszący pył mokry ze słupka na słupek;
więc: brwi, jak cięciwy ze strzałą skrycie napiętą do lotu, znieruchomiałe chmury, kłujące, a podatne głaskaniu, pieszczocie niezapomnianej, przeszywające w dotknięciu (czekają milimetry skóry na łaskotanie skrzydełek!);
więc: usta (a już pierwsza ruń, kłosząca się nad niemi, czyni je bardziej jeszcze niedostępnemi) i zęby, o których niepodobna pomyśleć bez dygotu, zimna ześlizgującego się po plecach, oczu rozbieganych koso, rąk rozlatanych;
i za niemi: utajony język (nie wiesz, że się wbije w twe wargi i przeszyje cię żądłem nienasyconem do serca i pić je będzie do niewyczerpalnego dna);
więc: dłonie, wąskie i mocne w przegubie, zlekka pociemniałe od młodego słońca; palce, których rozkosz równa jest zabójstwu;
więc: nogi-stopy, łydki, uda, te wahadła rozpaczy i żądzy; nożyce zardzewiałe w uścisku krającym, nie do otwarcia, zacięte;
więc: głowa z czołem sklepionem; więc: piersi płaskie i silne; i plecy; i ramię; i barki; więc wszystko!!


I zaraz potem już: uśmiech olśnienia, jak chmurny dzionek, z widnokręgami walczący, nareszcie wyrywający się na wolność blask (lecz jeszcze szary, żalem po brzegach zabarwiony);
a teraz pała: ach, okropnie pała, niebiosa rozżagwia, pustą zagarnia kopulę, wsysa, i zanim stanie w zenicie, jak oko nieubłagane: budzą się rośliny; bladawe pędy prężą się, powstają

— znów zmartwychwstałe! —

dźwigając z najtajniejszej głębi straszną pełnię, w torturze szczęścia pęcznieją ku śmierci, co jest owocem czekanym, zabójczym dla kwiatu, który płateczki rozchyla i kamienieje w głaz:

w spękany strączek;
Och! tak nad siły jest szczęście, tak trudna
konieczna droga od grającej wody,
muskanej lśniącym lotem ważki, pomost
na kraniec samej zagłady; tak blade
i tak jest ciężkie piękno!
I jeden jeszcze uśmiech: zapóźniony.
Gdy ta, co skrawą ulewą pryskała
przed źrenicami, zwężonemi w szparki,
upalną skier ulewą pod chmurami,
w panicznym jęku fletów i piszczałek,
który zapiera oddech i krew smaga,
jak mroczny, z głębi wzbełtany ocean:
miotając smugi z otchłani w otchłanie
pożoga zimne rzucająca błyski, —
jak miecz, w ciemnościach łyskający nagle,
żałobny, z laurem zszarpanym:
gdy się opuszcza już wpół-wypalona
żagiew Hymenu i dotyka ziemi;
niedawno, płonąc, zataczała łuki; okapuje
smołą; żywicą ocieka; soplami
gęstych płomieni, dymiących i dusznych.
A wicher czarny dmie od gwiazd najdalszych
przez puste noce.

Więc: wstępny uśmiech: prawie pożegnania, jak załamanie rąk,
jak opuszczenie dłoni,
które pieściły, teraz ślepe krążą, kołują w wielkiem, obłędnem przestworzu,
jak za niklejszym wciąż, za blaskiem, który ciągle się oddala,
zguby pragnące,
ćmy;
jak wargi zawarte przemocą: jeszcze wilgotne, dyszące; już zimne,
już zagryzione, by nie klekotały
o brzasku zęby.

I ten ostatni uśmiech; a to płacz jest!
Już tylko płacz: niechętny, wstrzymywany,
który kąciki ust opuszcza: drga w nich;
i naprzód w gardle dławi, dusi w krtani,
i pojedyńcze, skąpe łzy wyciska;
a potem buchnie szlochem: widne źródło;
o, niewymierna, o, bezdenna strugo,
o, krystaliczna, dzwoniąca melodjo
labiryntowa!
Fontanno, w szumne wzrastająca drzewo,
w listki — co chciwie rosę piją — drobne;
kaskado! wodotrysku! o, spienione,
bezsilne, spływające zawodzenie,
gdy wszelkie tamy pękną, wątłe runą
śluzy: i płyną, płyną, płyną łzy...
A nad chluszczącą tonią drobna tęcza,
lękliwa, ledwo widzialna, ostatnia,
jak niemożliwy uśmiech pojednania.

Oto jest o was, strome akwedukty,
przypowieść. Nikła melodja jabłoni
w cieniu się śniadym nad zwaliska kłoni,
które skrzydłami zmierzch powolny muska
i gwiazdy miota i w pustkę je goni.



PRZEDWIOŚNIE

Struny deszczu łowią grzyby z gleby,
Pod księżycem dotykalnym, rozmiękłej.
Łuna blasku stoi, mroczna szyba,
Pośród pni, prostopadle-rumiana.
Ślady stworów śledząc na igliwiu,
Cień przechodzi, chyży, roześmiany.
Pod obłokiem palą się głownie,
Jak twarz jego, światłem olbrzymia.
Na polanie gruda zrudziała
Walczy z śniegiem, jak Kain z Ablem.
Gołe łozy futrem nabrzękły,
Wargi przytknąć, popielaty flecie!
Zatrzeszczały gałązki zroszone,
Dziwy ptaków na torfowisku.
Dwa włożywszy palce do gęby,
Gwiżdże podmuch w pieczarze zmierzchu.
Smuga płynie, czarne czółno płasko,
Nad wilgotnym, miłosiernym pierwiosnkiem.




ZARYS POEMATU

Sosny szemrzą z oddali: wzmaga się szum; już się brzozy kołyszą,
jak jasne Muzy, co zstępują z brzegu stromego — i próbujące
stopą nieśmiałą, w dreszczu zalotnym, koniuszczkiem stóp
wodę; ptaki przekrzykują się zrzadka.

W cieniach, kładących się pochyło na krzewy, jaśniejące nagle powiewem,
w smudze much rozzłoconej i już zagasłej!
(gdzie siwy motyl, zapowiadający zmierzch, jak pasmo, jak szara lilja, wplącze się i tak pozostanie: ruchoma kokarda przez podłużną sekundę, jak w strunach rozbrzęczanej triumfalną błahością liry);
malowniczości wzgardzona! przez którą kroczę, spokojny,
przez te kulisy zawsze powtarzającej się zieleni,
wszędzie jednakiej, małomówny z samym sobą,
jak przez płótna, powleczone farbą, pachnące ostrą żywicą,

lepkie od leśnych balsamów;
zapominając chętnie o nieprzekraczalnej linji, o minionej samotności,
wieczny młodzieniaszek, sfuszerowany romantyk w pasiastych portkach,
spragniony wypoczynku,
raz jeszcze oszukujący siebie (ach, gdybym mógł się oszukać!),
gorzką iskierką tytoniu podpalający las!

Niechby: serce buchnęło płomieniem,
liściem zwiniętym sycząc, w dymiącej aureoli,
jak bór trzeszczący, rozbuchany żarem,
strzelający czarnemi smolnemi racami
— o, czuby drzew, o pnie,
płonące, jak ruda harfa!
O lesie, którybyś wspłonął od rozdmuchanego wiatrem niepostrzegalnym
niebacznie porzuconego, światoburczego papierosa!
(Polano! o, polano,
gdzie spocznę, nawznak rozrzuciwszy ramiona, tak ukojony i zapatrzony w obłoki, zlekka wiatrem strzępione,
jakby sunęły nad Polską).

Gdyby uderzył kto teraz zza drzewa
skrytobójczo w pierś, uśmiechnąłbym się, nareszcie
pojednany ze szczęściem.


Lesie zwyczajny! przesycony ciepłą żywicą, trochę piasczysty, nakrapiany igliwiem, daremny lesie,
nie wskrzeszaj mej młodości, gorzkiej i palącej, jak piołun,
dławiącej w gardle ołowianą kulą miłosnego wyczerpania,
przed którą zacinam wargi, by słowa, rozwalające gwiazdy,
móc wyrzucić, jak ramiona,
ku ledwo wschodzącym gwiazdom.




SIELANKA

Pasikoniki w winnicach grają zielonym dyszkantem,
aż tutaj słychać z karczmy pohukiwania niedzielne
i bas przeciągle-zachrypły pijackiej harmonji,
a przepiórki we wczesnem zbożu krzyczą: tit-pi-lit, jak w powieściach Weyssenhoffa.
Przy szklanicach zgromadziła się młodzież, kolorowemi chustami ocierając pot z lśniących policzków,
a honoracje, gwarząc, poklepują się po brzuszkach wydatnych,
na których łańcuszek z tombaku zwisa lub srebrna podkowa.
Jegomość z szkarłatnym nosem kroczy powoli i godnie,
resztkę włosów siwawych oraz poważną łysinę chroniąc od pyłu szarym parasolem.
Za nim spokojnym truchcikiem biegnie brunatny stróż domu,
niczemu się nie dziwiący, nawet z blachy polerowanej wagonom,


żwawo biegnącym na horyzoncie z trzaskiem wesołym po szynach.
Pykaj z fajki, mój chłopcze! nim do złotej sięgniesz dewizki,
którą — spadkiem po ojcach — wkrótce pysznić się będziesz;
przyszły winnic dziedzicu, a dzisiaj koźlarku kosmaty,
z dzikiej wierzbiny o zmierzchu tony wydmuchujący,
tak ciemne, jak moszcz pęczniejący w nagrzanych winogronach,
tak cierpko-upajające, jak te samotne me słowa.




SUNT LACRIMAE RERUM

Pierwsze trzmiele huczą nad tłustym mleczokrzewem,
już słychać pohuk rytmiczny piłek z placu tenisa
(to węgrzy udają tytanów, a żydzi patrzą sceptycznie,
bardzo czarni na rzeźbie świetlistej zieleni).
Poeto! fajkę kurzący wśród mandolin Picassa,
dymisjonowany fantasto, chciwie w półcieniu płonący
dziwnym płomieniem smukłych i skąpych świeczników kasztana;
wpół-przedzielony szczupłą pełgającą włócznią,
co skaleczyła płaskie twe piersi, witką nacięła ostrą:
nie goń obłoków obłudnych, obiecujących ochłodę,
ni lotnych puchów dmuchawca, na wardze wiatru leżących!
Gołębie drzemią ukośnie na pochyłej dachówce,
w niszach szkarłatnych plują siwym strumieniem posągi,
a trznadle żółtodzióbe znów podrwiwają z siebie.

Spójrz na szybę szarawą! Deszczyk drobno-kroplisty
zabębni i ciurkiem spłynie, jak elegijne łzy.
To rzeczy mijanie swe płaczą, zapominając chętnie
o tobie, wreszcie szczęśliwym, o tobie, śmiertelnie spokojnym.




NIE MOŻESZ, NIE MOŻESZ ODEJŚĆ

Jeszcze lękliwie liście zwisają, ledwo
kołysane podmuchem, na powietrzu
świegoce wniebogłosy, a lila glicynje
mury pożółkłe przyozdabiają zakłopotanym uśmiechem, —
nie wspominaj! za kratą nie wystawaj! wypatrujący
dawnych jabłonek: i te bieleją minionemi laty,
bezpowrotnem szczęściem — jakże gorzkiej! — młodości,
która teraz przesuwa się zwolna na płaskiej płycie
słonecznego zegara (kolumnę zmurszałą oplata bluszcz)
i miodem aż nadto słodkim roztapia się na wargach wiedzących —
przymknij je! w pocałunkach wyziębły, ze studni
pijące chciwie, nienasycenie, a przecie
dotykały jeno własnego odbicia w mrocznej i zielonej głębi:
muśnięcie złudy w pół-żywy

zamieniło cię posąg, a w płasko-spękanych piersiach
klekoce pustka.
Przeto, jeżeliś dzisiaj patrzeć zmuszony, zbyt słaby,
by odwrócić źrenice od piękna zabójczego i uciszyć
palce chropowate, co nie śmią dotknąć fałszywych strun,
dłonie okropnie męskie, co już tylko zdołają
pieścić lub zabijać —
spójrz! tam nieczekane zakwitły z wieczora
zroszone gęste bzy.




DEKORACYJNOŚĆ ALEJ

Ach, jak poeta, zamkniony w cztery ściany nocy!
Znamy to niebo fiołkowe z czarnemi linjami gałęzi,
gdy szum dalekiego pociągu zwiastuje przejmujące możliwości.
Stenografjo uczucia! wyuczona w klasztorze.
Gonimy napróżno i znów, znów miłość,
gdy szafa wpółuchylona wzywa do pokuty.
Czemu tony obłąkanej muzyki zdzierają ostatnie złudzenia,
całun z gwiazd, i splatają wieniec różany jak usta?
Młodzieńcze! tam są inni ludzie, o sercu lżejszem, niż moje,
wpatrzeni w trójkąt światła, o sercu mniej siwiejącem.
A jeśli dłoń czyjaś martwa, rozumna ręka posągu
dotknie czoła wysoko, jak lampion przydrożny:
Dekoracyjność alej! Pusty plusk strzału na żwirze.




CHLEB ORAZ GWIAZDY

Niedotykalny trwasz; tak trzeba. Stokiem
Spływają ludzie na skrzydłach drewnianych;
Na obolałych barkach wiatr ich niesie,
Jak tytanidów, co sprostali chmurom.
Przemija dzień w tem uroczysku siwem
I mchem przestrzeni rozrasta się w dymach:
Strumień zagłady ponad lodozwałem!
Kula ciosana ze szkła, wiatru jękiem
Po brzegi wypełniona, niby wargi,
Pod które krew podpływa, otwór krągły,
Krztuszący się cierpieniem, ciepłym śpiewem:
Nad horyzonty gór ten jęk złocisty!
Pojmij, jak trudno jest z wełnistych puchów
Wyciągać ręce zgrabiałe ku wargom,
Przytykać palec do ócz zamrożonych,
Zwolna szczelinę rozwierać powieki,
Jak dziurę fletu, — i rzęzić westchnieniem.
To jak czeluście snu; mroczno-zielone
Konary świerków, bielą obciążone,
Gałęzie sztywne, wilgotne, jak chargot,
W spirale przełamują się, igliwie
Wyrasta w śruby niebios. Windo Ziemi,


Tłocząca nas ku gwiazdom, nieruchomych!
Zmierzch skrzydłem kraje zbocza, jak melodja
Szarpana wiatrem, wielkim czarnym żaglem
Na płótnie nocy wskos unosi w leje
Walczących z obłokami, postarzałych
O szron policzków. O, lawino zmroku,
Ze szczytów siwych waląca się w przestwór,
Jaki ci podać wtór? Jak złożyć wargi,
Aby czystością wibrującą głosu
To zrównoważyć? Zpoza szyb domkniętych
Na smudze cienia trójkątny klin blasku
Wzywa, jak echo; nad obrusem stołu
Jest spokój, żniwo śmierci, ostateczność.
Dyszące serce, jak szczęście agonji,
Paruje tamtym z ust, tu kłuje cisza.
Chleb oraz gwiazdy. Komu też wybierać?
Niedotykalny trwasz. Giną śmiertelni.

Józefowi Czechowiczowi




NO MAN’S LAND

Wpatrzony tępo w przestrzeń, jak wybucha
Lawiną ciszy, w przestwór, wybielony
Cierpieniem, widzisz pod ołowiem mglistym
I nieruchomym, jak źrenice zwierząt:
Naukos mury chropawe, dom gładki,
Zwyczajny kwadrat więzienia ludzkiego.
Któż tam zamieszkał prócz twych myśli? Wiatr,
Huczący głucho po nocach, stukotem
Dudniący w ramy okienne, w szczeliny,
Jak łobuz, który dwa palce do ust
Kładzie, by gwizdnąć przeciągłe, — uchylił
Szarpnięciem drzwi balkonu... Nikt nie wyszedł.
Na balustradę spójrz; berła zniewagi
Ku niebu sterczą stromo, przedrzeźniając
Owisłe smreków konary; sztachety
Nad poziom szyby wyłaniają pyski,
Płynnem futerkiem otulone sino,
Jak pieszczotliwe paznokcie Narcyzów:
Grożą melodji ziemi nienazwanej.
W tej alegorji snu rozpięte struny
— Gałązki gołe krzewu, gdy, bezbronny,
Dygoce za dnia, świtów włosy cienkie,

Wargi południa rozcięte na mrozie,
Tafla lodowa, trzeszcząca pod stopą
I wpółpęknięta, jak piersi posągu,
I wreszcie zmierzchy na kopułę siwą
Opadające, jak powieka ślepca, —
Z pustki skostniałej przywołują widma
I poją stwory szumami potoków,
Szuwarom każą drżeć nierzeczywistym,
I nawet śledzą psa ślady na śniegu,
By udowodnić sobie, że istnieją.
Jak bezcielesne jest szczęście! jak drętwe!
Ku rudym gontom kiedy wzrok odwrócisz,
Usłyszysz z rynny stukot bezustanny,
Jak czas, kapiący z wydrążonej dłoni;
Nie płatki róż, rozwiane wiatru wargą,
Siwawy popiół opada na czoło.
Ujmij tę strzałę, wyplątaną z pyłów,
I kruchą połóż na westchnienie, niechaj
Oddech ją chwieje lekko, — i tak płasko
Zrównasz się rzeczom, co przetrwały mękę.
Na oszronionych ustach, spójrz, kiełkuje
Wyraz, ciosany bezcielesnem dłutkiem,
Jak kwiat na lśnieniu szklistem i jak zarys,
Rzezany ostrym diamentem w powietrzu:
Nad lądem, który zatracił człowieka,
Nad krajem, kędy pióra są jak kroki,
Na prześcieradle usypiasz przestrzeni
Ku samotności ponad wszystkiem. — Zbudź się.




LAWINA HARMONJI

W szumie tak łatwo usnąć, — dziwne krople
z igieł podłużnych gdy spływają z trudem,
wahając się, jak z rzęs o zmierzchu skąpe
łzy; doganiają się i potoczyście
ciekną, jak z oczu, co wreszcie przystają
na wzbierający szloch. Lira napięta
pomiędzy chmurnem bezmiernem sklepieniem
a ziemią, którą czujesz pod stopami,
grząską i czarną, jak otwarta rana:
i w nią zapadasz się, jak w rozchylone
wargi wilgotny śpiew. Podłużne, śliskie,
jak skryte żmije, wytrwałe korzenie
pod głazy ryją się, jak pnącze piekieł,
jak wężowisko Meduzy, — a tarczą
płaską i gładką i znieruchomiałą:
gleby pierś, czujna i trwożna, jak serce —
podważą! Słyszysz: kamienie gruchocą,
jak wyłamane z cyklopowej gęby
zęby! A tam się płaczki wciąż kołyszą,
czerniejąc: świerki, nad brzegiem, co tonie
w zbełtanem morzu ciemności, tumanów
siwych, w pojęku głosów, w księżycowym

najprzeraźliwszym dysonansie nocy!
O, przepaściste jary, kędy bije
cieniutka żywa struga, jak krew srebrna:
ta rozedrgana żyła rozoranej
ziemi, w przepaści czasów, ta wypruta
jedna jedyna, na zawsze strzaskana,
ta metaliczna struna zgruchotanej
liry Orfeja, która, blednącego,
ciebie dziś kusi, abyś znów wypłynął
na oceany skłębione, dzwoniące,
jako dzwonnice, drgające zpod ziemi,
jak zatopione przed wiekiem wieżyce,
których zapomnieć pragniesz — nadaremno! —
bo w noc tę huczą, jako w noc zagłady,
kiedy się ziemia rozrywa i rzyga
stopioną rudą swoich wnętrz, płomieniem
złota i żółci, ogniem jadowitym,
a, jak miecz, chłodnym, który rozszerzone
źrenice ci oślepia i wypala,
abyś znów śpiewał — nareszcie widzący
zataczający się przed wielką harfą,
która bezmierne i chmurne sklepienia
z ogłuchłą ziemią spina! Byś się plątał
i dłonią wodził, napół martwiejącą,
po ostrych, szorstkich, metalicznych prętach,
które Ktoś trąca szumem, zamiast ciebie,
a ty podajesz wątły wtór: niechętnie,
jako spłakane usypiając dziecko.

Stefanowi Flukowskiemu




WIDOK

Nie święci to garnki lepią, — chmury kołują wokół kominów. Jedno spojrzenie wystarczy, a pamięć zawisa na lnianej linie wiatru; starcza ściana naprzeciw, sadzą nasiąkła. Patyna miasta! balkony pnące się wzdłuż murów, gniazda jaskółcze mieszczaństwa, brunatne skrzynie z odpadkami, tafle szklane zaciągnięte szczelnie. Wieżo kościoła zielonkawa, różowana zachodem, smukłość, siła i lot!
Tam, jak oko, rozchyla się okno, czemu dłonie szukają oparcia? Wyruszysz w pochód, w napowietrznych dzwonach, nad dziedzińcem, zamiecią i spokojem. Wielka twarz wynurza się ku ptakom i strunom, leży płasko, odgraniczona tułowiem, na studni przestworu. Wiatru wargi włosy muskają, grzebień grzęźnie w splotach drętwych, na gładziźnie przestrzeni głowa uśpiona. Łatwo stąpasz po stopniach, zachwycony.
Wieczornie mącą się oczy, garnki terkocą, poruszane wokrąg palcami, łupiny spękane z gliny: gwiżdże w nie mrok. Czarne dymy, posrebrzane blaskiem, obłocznie w kołowrocie na dachach osiadły. Blacha ukośnie zwilżona, płomyczek odbity nikło, na ołowianej szybie nicości pleni się żal.

Święci?.. Z gruzów pochyłych odbuduj całość, kształtną i okrutną, jak pięść. Niechaj uderzy zlekka w senny ośrodek metalów najcichszy dźwięk. Źrenica ku powrotowi sztywna, liche źdźbło wspięte ku widnokręgom, roślina o przeciętym korzeniu. Jeśli chmurę odgarniesz znad czoła, zachrzęści płacz wirujący.


KOŁYSANKA

Połóż źrenice ponad smugę blasku,
Tam, gdzie graniczy widnokrąg z niebytem,
A seledynu zieloność blaszana
Krwią się rozlewa w broczące jezioro.
Tam krystaliczny ton, jak przeraźliwe
Drewna pęknięcie na niebie rumianem
W chłodzie wieczoru. Drga gwiazda jedyna
Wprzód wysunięta, za nią pusta przestrzeń,
Uchwytna oczom. Czego więcej trzeba,
By pełgający zdmuchnąć wzrok? Czyż sączy
Warg chropowatych dotyk śmiertelniejszą
Słodycz? — Śpij, ma ziemio.




ODWIEDZINY

«Któż użyczy mi skrzydeł gołębich,
bym wzbił się i spokój odnalazł?»
(Psalm, 55)

Opancerzony anioł stanął w lśniących drzwiach
i mieczem, dobrze znanym, wpoprzek je zagrodził.
Nie rzekł nic, lecz słyszałeś jęk najdalszych gwiazd.
Liście szumieć poczęły i wabić szelestem,
strugi biły, jak serce ciemne, niestrudzenie,
w obłokach park zielony romantycznie mroczniał,
a za drzew koronami przebłyskiwał marmur.
W okręgu była ziemia, w chmury otulona,
sunące barankami po widnym błękicie
nad kolumną spękaną, nad miastem woddali,
które nad rzeką spławną, płynącą spokojnie,
rozsiadło się szeroko, ochrą farbowane.
Bliżej ku tobie, w skrócie pięknej perspektywy,
drobny świerczek ukośnie stał, bardzo samotny,
a u stóp pies zdziwiony przystanął: przyjaciel.


A tamten nieruchomo czekał. Swą prawicą
wpół wyciągniętą, w łokciu sztywno przełamaną,
i jakby wskazującą, złote puzdro dzierżył,
niewielkie, przecież cięższe od brzemienia ziemi.
Lewą płaszcz purpurowy ujął: bardzo suty,
nad opończą, leciutko w biodrach przepasaną,
aksamitno-zieloną, zwisał jak ocean.
Nad buremi skrzydłami krążek się kołysał,
koronujący kudły rude i posępną
głowę, wielce niechętną i oddawna znaną.

Wtedyś u nóg mu złożył: przełamane pióro,
i jeden kwiat z wazonu, stojący na biurku,
i wpół-rozdarte karty, przesypane piaskiem.
Wszystko, coś miał: niewiele. Aby przyjąć raczył.

On ujął cię za ręce i wiódł, jak Tobjasza.




KWIAT W WAZONIE

Blask huczy w dzwonie pustki. Ileż niebios!
Każdy się płatek rozwija, jak ucho
w melodję zasłuchane. Tutaj, w ramach,
z zaciętym patrzysz uśmieszkiem, włochaty.
Wzrok zasępiony wbijasz w tarczę płaską,
jakbyś przygrywał na wąskiej piszczałce,
— o, sobowtórze! — która w kwiat się zmienia,
wystrzela w gałąź wiotką i kolczastą,
a po niej rosa spływa, jak łzy lasu;
wokoło wielkie, oślepłe motyle
krążą. I sterczy w twojej szklanej dłoni,
i z ram wystaje, i chmury odpędza!

O, patrz! Tu stoi blisko. Chwyć ją w palce,
zanim się w struny przemienią dźwięczące,
i zanim oczy, gdzie szaleją gwiazdy,
wykłują, jak sztylety barbarzyńców!

W wazonie gnie się i płatki rozchyla
to, co cię zbawi: rudawa łodyga
z gniazdeczkiem puchu, ze światłem wieczoru,
z poszumem dzwonnym, z miodem rozpłynionym,
i z drobną na dnie kropelką goryczy.




MARTWA NATURA

I

Naturo, martwa zawsze! Ścierpłą wargą
Wymuszę purpurowy kwiat, jak mięsień
Odarty z skóry. Bezwstydną łodygą
Wystrzela w przestrzeń czystą, by ją zgładzić.
Rozwija listek drobny, co, jak ucho,
Drążone pustką, nasłuchuje blasku.
Rozkłada płaskość prostopadłą wukos
I, oślinione słońcem, trwa, wykrętne.
A za tem płachta zczerniała z boleści,
Szmata, sycona farbą niebiańskości,
Jak Weroniki chusta. Triumfalnie
Tkwi nieruchomy pęd w ramach ze zmroku.
Złóż ociemniałą dłoń, palcami szorstkość
Namacaj deski, heblowanej belce
Przywróć dotykiem widziadlaną sosnę;
I muśnij plamy kształt, widniejszy w czerni:
To jabłko krągłe, stwór, zlepiony ze snu.




II

Gdyby to wino w zielonkawem szkle
Nie było cieczą farb krwawych i słońca,
W refleksach więzionego, i naukos
Bulgotem grozy karminowej z rąbkiem
Cielistym cienia; wbok zastygła fajka
Smugą żałobną, pęczniejącą zimno
Mosiężną drwiną; talerz wybielony
— Ta wklęsła niecka niebieskości — modro
Krochmalem tynkowany, jak źrenica;
Gdyby nie pojąć palcem, jak się dręczy
Lichtarz fałdami wygiętemi stali
Czarnej i żółtej pod zwapniałym knotem;
Nie obrysować koperty zsiwiałej
Ochrą najczulszą, jak niedotykalnie
Warg sina wąskość zakreśla wyrazy;
I obok plamy z fiołkowego szronu
Postrzępionego nie położyć młotka,
By cierpliwością przemógł rudość liścia: —
To jak podźwignąć stołu deskę senną,
Co, heblowanem drewnem uwięziona,
Sekundę lotu utrwaliła w nicość,
I trwać w naturze obrazu, nie umrzeć?


O, Celestynie, wysłanniku chmurny,
Znam dłoń, co kształty wywabia z przestrzeni
Srebrnej i pustki przeraźliwej; inne
Ramię zgaszony rozblask kładzie za tło.




PARADA

Nic nie zastąpi szczęścia. — Ta piszczałka,
do której palce przykłada ziębnące,
razporaz, prędko, sinemi przebiera,
jakby światłocień narzucając zmierzchu
— słońce i potem mrok i znowu odblask: —
otwory tak rozwiera i przesłania,
jakgdyby tonął w naiwnej muzyce,
i, młody pływak, nad zieloną pianę
raptem wychynął, wskos kładł się na fali,
tam, u zenitu płynnego, — a nagle
padał w zwierciadło, w rozbryzgi nicości!
Nie ona! która wzywa ciżbę przedmieść,
na tamtym brzegu stłoczoną ciekawie,
jak nad topielcem, co nurkuje w lustrze;
nie wiatr z wieczora, rozszeptany w liściach,
melodja pusta przestworu, co szarpie
wydęte płachty wędrownego cyrku,
jakgdyby pragnąc wyrwać płótno z kołków
i unieść namiot ku planecie Venus;
nie gwiazdy, które spomiędzy gałęzi
wierzbowych ciekną przez szczeliny w oczy
i przyzywają dokąd? — Wreszcie usnąć!


Zwieszonym na trapezie twarzą z kredy
zawisać ponad otchłanią, zastygnąć
wargą otwartą krągło w niemym wrzasku!
Nic szczęścia nie zastąpi; śmierć nam kłamie,
kiedy na linie w cieniutkich ciżemkach
za nami stąpa drobnemi krokami,
niechętnie smyczkiem żonglująca skrzypiec
nieistniejących! — Wdole koń przebiega
uczony, stawia kroki, jakby tańczył:
a my płyniemy z uśmiechem uśpienia
pod jupiterów blask, w zenit harmonji,
na elizejskich polach asfodele
zrywać garściami, drzemać nad strumykiem,
palce zanurzać w wodę i wybierać
z przeźroczej kruche muszelki. — Tak runąć:
o! ty nam jedna poddasz ton, miłości,
szminkę łagodnie zetrzesz z warg i zrównasz
policzków biel niewinną z marmurowym
chłodem oblicza, co nas wskrzesza, Muzo.

Czesławowi Miłoszowi




CHŁOPIEC Z KWIATAMI GÓRSKIEMI

Jaka im sprosta dłoń? zwężone palce
sennie, jak smyczek, podtrzymują ciężar
łodygi, zlekka puszystej, i lśniącej
poranku rosą przeźroczą, w połowie
ugiętej blaskiem płatków ledwo lila;
któż modrość ich podźwignie? czyja ręka
dość czule ujmie kształt niedotykalny,
aby, jak pustą dłonią ślepnącego,
okrągłe zamknąć, wreszcie utrwalone?
Nie patrz! poniżej błękitnej gencjany
gorzkawe listki otulają szczelnie
sen rozchylony, by nie wzleciał w przestwór,
pijąc powietrzne obłoczne południa.
Jak na przestrzeni odgraniczyć zarys,
tak bezcielesny, roślinnego trwania
i nie roztopić okiem ich rysunku?
Prostotę ująć, co się nie naprasza,
żyjąca tem, że ginie popielato
zwieczora? z kwiatem dzień przetrwać? O, powiedz,
w co zapatrzyłeś się, chłopcze, z kosmykiem,
opadającym na niewinne czoło,


łodygę dzierżąc stromo, jak wiolinu
smyczek? Melodja jaka cię urzekła?
— Wyciągnij ramię sennie! Rozchyl palce,
by nie więziły nas obu, i kwiatu,
co sąd sprawuje nad istnieniem ludzkiem,
niegodnem nawet śmierci; niech milczenie
wykańcza tę harmonję, co się wzbrania,
gdy mordujemy w dłoniach niecierpliwych
wonie i płatki pochmurne krokusa,
i, jak ku strunom, z wielkiej odległości
próżno kościste wyciągamy palce.




ZENIT I NADIR

Jak narciarz, który zawisa nad stokiem
u szczytu, zanim spłynie długo, płasko,
w niedotykalny cel — przestwór go chłonie,
śniegu strunami sunący naprzeciw,
smagając ciszą, widną pustką blasków
(płótno rozpięte zbyt czujnie, by przetrwać};
poczem zerwane ramy: malowidło,
narysowane kredą i kobaltem,
smugami wukos krajane śniademi,
wypukle ku źrenicy kotłowiskiem
czarno-zielonem okapuje, złocąc
boleścią twarze, obrane ze skóry;
podobnie zenit snu, gdy padasz martwy.
Harmonjo! — budzisz się ku ślepej jawie,
niechętnie kontur wydzielając ciała,
kreśląca palcem, odłamanym szaro,
linje napozór ostre (których niema),
by runąć w lustro, w chlupot triumfalny;
okaleczałą wyłamujesz wargę,
rąbek posągu, a on gada obco.
Powracać dokąd? Nieswojemi dłońmi
jak kształt wyciosać, by trwał podobłoczny,


uchwytny jak melodja na krawędzi
czystości? Drapiąc paznokciami mury,
otynkowane tęczą, z piór i szczebli
wybudowano ciało, żłopiesz, jęcząc.
Niewiedzieć jaka twarz, to tylko Maska,
z tysięcy oblicz przemieszana w całość,
tak przeraźliwie ułamkową w stopie,
jak płocha woda. Ku czemu odrywasz
usta, napchane gładkością, po skórze
błądzące słono, po stromym marmurze?
Chrupiące kolan kolumny, ramiona
odrąbywane toporem zachwytu,
tułowia przygwożdżone, trące płasko
piersi o piersi, by zrodzić potwora.
Tak Venus wschodzi, ze śliny złączonej
w pianie i w locie, puginałem drwiącym
przeszywa. Oto zabójcza prostota,
muzyka, która plwa, niesfałszowana,
nareszcie z wzniosłych ciał zlepiona Muza,
pod bielą spazmu niezaspokajalna
doskonałości żądza, śmierć przeźrocza.
Jesienną słychać piszczałkę, Harmonjo,
wilgotne rzęsy, wywinięte z rtęci,
lustrzaną rosą skraplają murawę,
która rozpływa się obłocznie w zenit,
w oko, wyżarte ulewą pogodną.




PORTRET POETY

Czoło z zarysem brwi: wypukłe w bieli
nad ziemią niestworzoną; dym zieleni
podpływa ku źrenicy widnej ślepca;
skroń wydrążona pustką, smuga rdzawa,
łącząca plamę brwi z cielistym cieniem,
rysuje łuk muzyczny nosa, rzeźbiąc.
Pod okiem, które patrzy w mrok brunatny
i w gładką snu drabinę, między szczeble,
poniżej rzęsy, odchylonej siwo,
worek zadumy, ciemne pasmo kredki.
Wargi ściśnięte: srogość siniejąca,
bezbolesności linja, szpara westchnień,
z której odarto lak zgiętym paznokciem.
Z przestworu wielkie ucho wywinięte,
czarnawy owoc posłuszeństwa brzmieniom,
pomost ku lądom nad gałązką lichą,
szaro kroplącą osią horyzontu.
Tam w fałdach płaskich Muza na tle blasku:
wzrok bez powieki, odwrócony białkiem.



DO KARDYNAŁA

Inkwizytorze! dłonią wysmuklą, jak struna,
podtrzymuje niedbale, z tkliwością żałosną
Madonna zadumana Dzieciątko ciekawe.
Ono sięga do czary, łyskliwej i lśniącej,
stonowanej smugami owoców; jest chmurno,
a na tle tych obłoków, szumiących muzycznie,
i brunatnych w kolorze, jak draperja sukni,
co okala Jej członki, dziewczęce i szczupłe,
wybłyskuje koronka wokoło profilu
niematerjalną bielą. A w oczach znużenie,
wargi skrzywione lekko grymasem dobroci.
Tak trwają, opuszczeni. Zpoza okularów
patrzysz, samotnie widzisz, smutny kardynale;
bezradnie, jakbyś oślepł, nad purpurą płaszcza
źrenica zamyślona, całkiem nieruchoma,
zukosa wskrzesza Alfę, by zgładzić Omegę.
Tak zabija łagodnie, by mogli zmartwychwstać,
a czoło jest toczone pod szkarłatem piuski
torturą niewymowną: tego, który wybrał.

Nad aksamitem krwawym liljowość niewinna
zwęża gardło, jak płatki wysmuklą łodygę,
ogołoconą z blasku; a dłoni nie widać:
Inkwizytorze! dzierżysz złotą wagę śmierci.




KOSZ DO PAPIERÓW
Cierpliwy, w który sypią się okruchy lat, okrągły, brunatny, spokojny, — na dno jego opada czas, tam, raz jeszcze, nagromadza się wszystko, wszystko, co mogło być. Nie naprasza się, smagły i pokorny niewolnik, jakby klęczał, gotów do usług; rozdziawia wargi, niewidoczny w mroku, podobny psu, który kładzie łapy na kant stołu. On jeden, wpółprzegięty, u samego blatu, tem, że istnieje — czyżby istniał? — potwierdza ciebie, samotnego: ukazuje, żeś najwidoczniej przetrwał i ty, kiedy czuwa on, przysięgły świadek minionego, nieruchomy posąg przeszłości. Rzuca cień nikły, a uchwytny; nieodwołalny, kiedy płonie lampa, a w smugach masz uśpioną czuwaniem twarz, i każe wierzyć, że żyłeś. Molestuje, że jest coś pewniejszego od śmierci, trwalszego od szaleństw miłości, piękniejszego od głuchych i zdradliwych instrumentów, do których niewidzialnie przykładałeś palce, bardziej zielonego od skrytej winorośli, pnącej się ku okiennicom (uderza w nie wiatr, tedy są). Podszeptuje o srebrzystych pagórkach, mijających przed oczami wzdłuż szarej, roześmianej, szeroko rozlanej, szmerem pian obłąkanej rzeki, o przedpołudniach lata, których usypiająca muzyka w brzęku lęgnących się owadów odwodzi od myśli ostatecznych; sepleni o lwach i aniołach z porfiru na lśniąco-gładkich portalach, łamiących światło czernią wypukłych przegięć; o płaskie płyty rozbija się blask na tafle koloru blachy, pluszcze w nie bury nurt. Nuci o radosnej i olbrzymiej męce ucieleśniania, o posągach, stąpających sennie, gdy kości rozprostowują, że trzeszczą stawy, pękają marmurowe włókna, nad oczodołami z ołowiu opadaż kosmyk barwy i woni jodu lub złocony listek akantu? o metalicznej torturze, o mistrzostwie w sztuce: masce, odpowiednio uchylonej. O tem, iż zestawiając wyrazy, pocieszasz się jałowo, jak bezpotomny Teodoryk; wznosisz rękami, mocnemi w przegubie, słabnącemi w chrząstkach, piramidę, która rozwala horyzont ponad gniewnem morzem; stawiasz słowa, jakbyś oglądał sine smugi śniegu na czerwonej pochyłości dachówki i między latarniami, jak żółte słoneczniki o wczesnym zmierzchu z akwareli, nakrapiane bielą grudy czarnoziemu. To także przypomina natrętnie, jakeś to chodził po mieście Brugge, między gotyckim ratuszem a fontanną (znudziło się jej łkać pod księżycem i lepiej szlochać, niż carillony) — i oglądałeś dla kogo? Kogóż ci zastępuje? pewnie Boga; teraz już mu ufasz; nie potrafisz rozstać się z nim, ciemnym druhem z sztywnej, lśniącej, tłoczonej tektury, który zajął zabity kąt, twierdząc, twierdząc uporczywie, że jest to wszystko, — ani z sobą; zmusza cię, przypochlebny i obojętny, abyś utrzymywał to samo, byś za nim powtarzał, szarą eminencją. Nie cofnie się; stoi, głaz galaktyczny, kamień graniczny przeszłości, której jest jedynym gwarantem: strażnik przy moście zwodzonym, co opadł z hukiem, ledwo przepuściwszy w zmroku siwym szalem powiewający dyliżans, którym do Szafhuzy jechał głupio szczęśliwy Edward Odyniec. Choćbyś patrzał w bure i zielone fale, dojrzysz na dnie zawsze trochę białego prochu. Każdy gest twój powraca, jak kamień, wyrzucony na powierzchnię prądem mocniejszym od dłoni widma; od tchnienia warg rozchylonych, składających się do krzyku: «aa!» — który przetrwa stulecia — pielgrzyma na Czatyrdahu; od podmuchu na pustyni etjopskiej, wysmażonej upalnie, spieczonej, jak usta w bezsenną noc, jak język szczypany alkoholem, jak harfa Samumu pod żelaznym palcem Gabryjela; na pustyni, skąd wracał, by umrzeć, by może zmartwychwstać, któż-że to, któż? — nie, nie ty sam — lecz on, kuszony iluminant, który wybrał, z trzosem, obładowanym złotem, co opadał mu w pasie, wżerając się w lędźwia, jak kolczuga, jak włosiennica, jak nóż, gwałcący rzezańców dla chóru ostrzejszego od kryształu watykańskiej kaplicy, czystszego, niż wargi luny, odbite w studni, niż śmierć samobójcy; z trzosem, który, zwisając, ciążył ponad przemoc halucynacyj. Półspalone skrawki, to także ty, wierny jemu: nie zaprzedasz go nigdy, jak cienia, nie wyprzesz się, jak siebie, nie umrzesz. Na wielkie wody unoszonyś, topielcze mijającego; z twarzą płasko odwróconą od księżyca, zaczarowany przez przelotny śpiew. O, wiarołomny, wydrwiony przez powrotny wietrzyk, zelżony przez deszcze, zmywające szyby, przez dawny winograd, stukający w okno! Któż, jeśli nie on, ukaże, żeś istniał, dowiedzie, żeś był nietylko snem wydrążonych źrenic, inkrustowanych pustką, którym oderznięto powieki?


JESIEŃ W WENECJI

Jak fałdy mory lśniącej, tu poblask wypływa,
pluszcząc o cienie, smugą rzutowane mroku,
chłód ku wargom nachyla się kołysem czółna,
obwiedzionego kredką płaskiego kobaltu.
Liście rdzawe! chybocą się od suchych wolne,
ogołocone z światła, kraty, tęcza zgasła,
zastygła w zielonkawym bronzie, mchem obrosłym.
Patyno nurtu! Portal płytami gładkiemi
jamę lśniącą przesłania przed czarną źrenicą,
a tęczówka, zwężona w zachwycie matowym,
jak błogi agat koci, martwiejąc, usypia.
Pasma sypkie! o, pręty, jak złamane smyczki,
giętej liry próbują kształtu, by jej sprostać,
zbyt cielesne nad tonią, ku melodji wiosła
pogłębione, żałobie rozchwianej podobne.
Przemijanie! wy, gryfy zwięzłe! dotąd stopa
nie pokalała progu, co spada stopniami,
nad malachitem srebrnym zawisły, jak okrzyk;
aż szczupła dłoń bieleje nad różą balkonu,
smagły rąbek przestworu uchylając w oknie,
jako firanki fałdy nad skronią Madonny;
uśmiech w odblask się chyli: wskos wepchnięta szyba.



OBRACHUNEK W TĘ NOC

Tam, wdole,
po deszczu krzewy mroczno-zielone, ach! pachną,
szemrze zmierzch.
Widzisz, łyska się na horyzoncie razporaz
nad punktami, zagubionemi w obszarze widnej ciemności.
Ta panorama przed oczyma, pijącemi chciwie, czyż bywa jeszcze piękniejsza,
a przecie przypomina celę, z której zerwano dach i tem sroższy jest ból, że, samotnych, wzywają nas gwiazdy.
Już ponad siły jest w poszum rozwarte okno
i czasu aż nadto do rozmyślań, Boże miłosierny!

W tę noc buro-przejrzystą, chwiejącą widnokręgami,
jak magik oszlifowanemi płasko, lśniąco-czarnemi płytami
(zataczasz się, o, hańbo, w trójkącie przestrzeni bez wyjścia);
w tę noc lustrzaną, chwiejącą horyzontami,

jak pokładem okrętu, po którym stąpasz nieufnie, pielgrzym, szczelnie w płaszcz otulony,
z kapturem na głowę nasuniętym, o skroniach zapadłych,
wypatrujący brzegu;
w tę noc, krzyżującą ostrzone, ciche, zdradliwe pioruny,
jak szpady, mierzące w pierś;
w tę wzniosłą noc, zstępującą z piedestału, z sutych fałd wyplątaną, przemawiającą skąpemi gestami
(jak Norwid, wzywający do wielkości);
w tę skrytą noc, na której pocałunek wystawiasz nagą pierś, że boleśnie
językiem rozdwojonym sięga dna serca;
w tę mozartowsko-płynną noc, gdy zdala nad basenami szlochają nieutulone fontanny;
w tę noc, pełgającą świecznikami kasztanów, które stoją wyprostowane na straży, jak Anioły z obnażonemi mieczami wokół lochu;
w tę noc, płonącą żółtemi gromnicami nade mną, szczęśliwym umarłym;
i cóż i cóż w tę noc
czynisz tam, przyjacielu, szorstki i prosty, w miasteczku, rozrzuconem nad Narwią,
czy i ku tobie przechyla się gałąź bzu?

Ach! bo w tę noc
wycieka ze mnie poezja,
jak z rozdartych żył,
zielona elegijna krew,

a serce me kruche się zwija,
jak wiór,
dotknięty płomieniem!
W tę noc i cóż zostaje? — prócz
tej rady nieodwołalnej:
«Ofeljo, idź do klasztoru!»




JEDNA NOC

Melodja nocy: wczesny wyje wiatr,
Akompanjament twojej samotności
Niezwyciężonej. Tam, w śniegu kurzawie
Dachy i w blasku blaszanym księżyca;
Tu okiennice, nieudolną dłonią
Wprawione, ślepną, jak martwe źrenice.
Ach, zły doradco! o, poszepcie mroczny,
Huczący basem przesadnym w tych szybach;
Wystarczy wargę przytknąć, ledwo chuchnąć,
By taflę czarną tchnieniem przepołowić,
Jak diament kraje szkło, — tak bezboleśnie.
A przestrzeń, która wzrasta, czyliż nie jest
Echem tłukącem serca? śladem jawy,
Cieniem muzyki, którą tak jest trudno
Wyplątać z żył tętniących, z szumu krwi,
Jakby zabójstwem było jej wcielenie?
Rozpaczy widna w ciemności! Rozblasku
Na wysokości oczu: jak rozszerzyć
Wzrok nieruchomy, aby sprostać rzeczom?
I w jaką trąbkę u warg zwinąć dłonie,
By głos przekrzyczeć wichury, co spada,
Wodogrzmot głuchy, po stopniach kamiennych

I gładzi tafle z głazu i z tarasu
Na taras zwisa, jako struga czasu?
Trzeba nam trombit anielskich, nie warg;
Nie palców, które ryją się w wyrazach,
By bezcielesne drążyć, wyłupywać
Źrenice szkliste, łupiny kryształów
Wieszać na strunach, by zabrzmiały we śnie.
O, dźwięków dość! Rylca, by ciosać mrok.
Może skrzypnęły drzwi? Lub rdzawe kurki
Na pochyłości dachów przywtórzyły
Ironją? Illion nie płonie, to lustro
Odblask rzuciło na mury i stół.
O, wiem. Milczenia nocy wielogłosa
Drabina sięga nad pochyłe dachy,
Kominy prostopadłe w czerni, ponad
Westchnienia stworów, meble czuwające
I tak bezbronne, w napowietrzne kręgi,
W spirale nieme, w obrót wiru, w wiatr.
Nie pukaj do drzwi, cieniu. Jak nam wrócić?
Kołatasz. Palce sztywno wyprężone,
Jak struny szorstkie, a paznokcie zdarte
O mury. Czyż nam obu liter trzeba?
Szczelnie powieki zawarłszy, nie stąpaj,
Ust nie zaciskaj gorzkich, jakbyś wzywał.
Potkniesz się. Gdy się spotkamy u progu,
Już nie zaszlocha nikt.



ELEGJA

Wieczory długie nie są. Zmierzch przemija,
Niby westchnienie warg, ledwie domkniętych,
Niebawem sennych, mokrych jeszcze; rosa
W niechętną wilgoć skrapla się, zawisa
Na wpół-pochyłej łodydze; kolanku
Kropla ta ciąży, jako piersiom ziemia.
Ta ziemia, z którą zaledwo w pół-zmroku
Sąsiadujemy, mrąc. I gdzie ojczyzna?
Nad łąką, kędy się opar, widzialny
Źrenicy, klucz wiolinu nad nicością,
Wzbija aluzją do milczenia? Gwiazdy
Są jak odpowiedź na niepostawione
Nigdy pytanie, błaha i przedwczesna!
Źrenicy, w siebie zapatrzonej, oku
Posągów, złupionemu przez stulecia,
Podobnej, które szczelnie piasek czasu
Szoruje, aby ujrzały swą pustkę.
Czy łęgi w mrokach srebrne, jak zdmuchnięte
Świece przestrzeni, których knot zwapniały
Kładzie się płasko, by przedrzeźniać? Chmury
Od-dołu naświetlone, jakby przetrwać

Na scenie świata, tam na wysokości
To było wszystkiem? Nieznana melodjo!
Rzeźbisz nas rylcem w kontur czysty; słuchaj:
Ptak kwili nocny. Jak trudno umierać.




POEMAT KLASYCZNY

Szuflady zawrę szczelnie; wszystko mnie opuści.
Kosem spojrzeniem ujrzę: świecy jęzor pełga,
Płomyk, skośnie wygięty, zaledwo rozchwiany,
Jako na skroni stromej twój kosmyk, Apollo!
Szary podmuch od morza tak go złożył płasko,
Że trwa jak nieruchomy, wymierzony w przestwór,
Pół-wygięciem tęskniący za oknem otwartem,
U dna którego nurty płaskie jednostajnym
Pluskiem liżą pobrzeże i ukośne skały.
Sosna, zboku czerniejąc, jak żałobna struna,
Cykaniem szarem świerszczów ocieka, jak wróżba,
I, chmury przebijając tym psalmem żałosnym,
Bladą opaską spina twe wargi, Apollo!
Masz strome barki, chłopcze, a usta stalowe,
Krajane pocałunkiem, szorstkie od słoności,
I język z nich wystrzela, jako płomień świecy,
Bym, rozdwojonem żądłem muskany przez piersi,
Wił się w jęku rozkoszy — rozłupany posąg.



ANTEROS

Strome barki masz, chłopcze, i uśmiech żałosny,
Tedy od warg srebrzonych nie odwracam wzroku.
Pragnę kąsać, jak struny, twoje piersi płaskie,
Po szczupłej harfie żeber błądzić poomacku.
Paznokciami rozjuszyć pieszczotliwe serce,
Że będzie tłuc przez gardło, jak bisior zsupłany,
Aż w wąskiej krtani utknie bełkotem i śliną.
Poprzez oddech świszczący na szyi nieziemskiej
Zacisnę zwięzłe palce, dręczyć długo będę,
By pomścić miłość, którą wszczepiłeś w posągi,
Mniej oślepłe ode mnie, o oczach wydartych
Szumiącemi gromami, sypkim piachem wiatrów,
I błyskawic białością szorowane szczelnie.
Ach! o brzasku się ockniesz, ujrzysz mnie umarłym,
Zpod powiek przymrużonych spojrzysz nieruchomo,
I w mroźnym fiolecie, co szronem osiada
(Oczodoły tak drążąc, jako rylec złoty)
Na skronie srogo wklęsłe — lekkiem tchnieniem chuchniesz.

Znów ptaki kwilić poczną, jako chór tragiczny,
A ty odejdziesz, młody, pacholęcą stopą
Muskając nurt, co złoży w śpiewny otwór wargi.




DO PIOTRA

Lubisz pływać nawznak, Piotrze! płasko leżąc na fali,
unoszącej równo, jak Antinousa, ukołysanego łagodnie,
na przegubie z bronzu masz kotwicę napuszczoną błękitem,
a w oczach blask stalowy niedbałych pogromców świata.

Stoję na brzegu wytrwale z rękami wbitemi w kieszenie,
Srogo ściskając je w kułak, paznokcie grzęzną w mięso,
I chmurę odganiam z czoła, aby być z tobą zrównany,
O, czelny, bezmyślny, młody, nie znający natchnienia!

Słoność nas jedna owiewa, metalem cierpnie na wargach,
Przepaską lutuje milczenia wpółrozchylone śpiewnie

Tobie — rozwiera do śmiechu, despotycznego, jak fala,
Mnie — zęby szczelnie zawarte przeszywa jękiem czułości.




DO GRACJANA

Napięta skóra żeber wzdyma się, Gracjanie,
Jak płomyk złoty, wzdęty przez miechy w pieczarze;
Smukła, sklepiona kością, drga klatka, gdzie oddech,
Jak mosiądz struny, świszcze łagodną boleścią;
Dłonie, szczupłe w przegubie, opadły z cięciwy
I podmuch się trzepota na wargach, jak strzała.
Kolumny żądzy czystej, przełamane nurtem
Snu, tej siostrzyczki śmierci, skamieniały uda,
Toczone w kształt, jak fala zastygła, bez skazy.
— Nadejdźcie panny! Wznieś się na paluszki drobne,
Kalliope, zataczając łuk śpiewnego mroku,
Erato melodyjna, żałosna Euterpe:
Z uwagą baczcie okiem, niewinnem i sępiem,
Jak was ogląda — srogo domkniętą źrenicą.



ARKONA

Pierwszy pokłon: palcami wyciągniętej dłoni
dotykasz gleby, strugi, konaru i głazu;
drugi: rzucasz ramiona, jak na wiatr gałęzie,
ku drzewcowi chorągwi, przebitej przez włócznię,
i ku tarczy rozchwianej, jak twarda kopuła.
Poczem w chmury spoglądasz twarzą biało-ślepą
ku przejasnemu źródłu, widnemu gromowi,
i w żałobie ją chylisz: tam, gdzie noc spoczywa.
Wreszcie dźwigasz się cały. W dumnym, wielkim dreszczu
(pochwaliwszy zaświaty, świat i elementy)
W trzy twarze oko wlepiasz, srebrem powleczone
— ponad wichry i burze i ziemie i morza —
ku przepasce złoconej na wzroku i wargach.
Poczem słuchasz, napięty, jak łuk i jak harfa
mosiężna: zapadają się grody z bursztynu,
fale zielone płóczą ruiny i kości,
a z ust twych uśmiechniętych, wpółrozwartych, śpiewnych,
jak krew, cienkim strumieniem murawy rosząca,
sokół trzepoce siwy i płoszy puszczyki.



POEMAT O SPINOZIE

W patrycjuszowskiej republice nie byłem burmistrzem.
Nie kroczył przede mną po głucho dudniących płytach
halabardnik, gdy zbliżałem się rozważnie, nie przyśpieszając kroku,
do portu, witać odchodzące galary:
ładowne cienkim jedwabiem, skórą wyprawną,
winem dostałem na zboczach dostojnego Renu,
i bursztynem szacownym, równym złotu, przez morze
wytapianym, jak wosk, który z tajemnic Wschodu
wonne, jak róża, przywabiał olejki. Anim wśród straży przejeżdżał,
grodzony od tłocznej gawiedzi, od hardego pospólstwa,
gdy obok kluczy grodu ciężkich jak kiesa, wpół mostu
podawano na klęczkach, na tacy, srebrzyście kowanej,
wespół z solą i chlebem, puhar, pieniący się żwawo

perlistym Bachusem. Anim do lochu zstępował,
sądy sprawować, wpatrzony w szalki ślepej
Sprawiedliwości, z mieczem obnażonym w dłoni,
gdy na podwórcu, winem dzikiem obrosłem,
przeraźliwie dźwięczały trombity zwolna wznoszone
do warg nieletnich młodzianków. Anim ciężkich rękawic
z furją nie rzucał na traktat złamany z cesarzem,
gdy blady niepokój oblicza obecnych przemieniał w posągi,
a pieczęć zwisająca wśród świec rozbłysła, jak krew.

Moi przodkowie po nocach, czarniejszych od chust śmiertelnych,
czuwali. Kościstemi palcami, zgarbieni, ze skórą wyschłą na skroniach,
zwolna przekładali karty pergaminów, przejrzyste od starości;
oczami zapadłemi w głębokie oczodoły śledzili znaki Kabały,
koła i straszne trójkąty zodjaku. Rytuałem pradawnym
ze zmarszczką wyniosłej mądrości na wargach bezkrwistych składali dłoń nad czołem,
szepcąc słowa tajemne, szeleszczące jak piachy pustyń,
palonych słońcem bezpłodnem. Obrzucani
kamieniami na rynku, odgrodzonym łańcuchem,

pośród gontów gotyckich, opadających stromo,
dachów pochyłych i czarnych, dalekim morskim powiewem
chłodzonych, — przetrwali.
I trwa, która rzeką stuleci szarpie me żyły osłabłe,
niepojednana ze światem, wroga, w okropnym triumfie
krew.

Xaweremu Pruszyńskiemu


ELEGJA O SCHUBERCIE
I

Za firankami blask ciepły. Znów wzywa
od ciszy, która kłamie, że szczęśliwa,
w przestwór bezdomny, struchlałych gałęzi
trzask melodyjny, trzepot, który więzi:
muzyka sroga w więzieniu ożywa,
ach, tak bezdenna! tak czuła i tkliwa!
jak gwiazda, która niebiosa rozrywa.

Nie, nie wystarczy dać się zwieść tonami,
gdy widzisz róże gęste, jak krew skrzepła,
gdy czujesz podmuch letni pod księżycem,
i kroki cieni słyszysz tajemnicze
w altanie, którą luna światłem plami
srebrnem i czarnem, gdy błądzisz aleją,
serce się ściska, jak pięść.

Przemocy straszliwa!
życie bogów niedokończone, jak
jedyna rozstrzygająca
symfonja,

jak ponad siły, nie do zniesienia, zabójcza, ostateczna
harmonja.

...Podsłuchiwać piosenki i aniołów,
smreki i liście,
szmery trzmieli,
pohuki bąków,
stąpania gnomów,
i jak waży się motyl
niedosłyszalnie,
knieje huczące
organowo i zielono,
mroczne —
podsłuchiwać kogo?

Ach! krew własną, jeszcze ciemniejszą,
bardziej cierpiącą w śpiewie,
co zatrząść miał gwiazdami,
a zbudził
ludzkie łzy, łatwe łzy,
bladość i rumieniec
na dziewcząt białych i gładkich jagodach
(pukle złote w cieniu, kunsztownie upięte,
przebite zalotnie strzałą srebrną
jednej z dzierlatek zapatrzonych).

Poprzestawałeś na tem, ty, ludzki; to był triumf,
a nie obłoki samotne, rosą bolesną darzące
i obolałą muzyką.



II

O, wołające ptactwo nad wodami,
nad rozlewiskiem wód, nad moczarami
pradziejów, które zgniłą febrą karmią,
jęku piszczałki, wabiący nas w bagno,
że żółkniejemy, śmiertelni, jak czerep
posągów, którym wichry i ulewy
jesienne oczodoły zżarły: świecą
bezwstydną pustką nicości — nęcącą!

Nauka o harmonji, skąpa wiedza
o niej, nieosiągalnej raz na zawsze,
o kompozycji, która nas zabija!
Ale jak życie ciemnie-nieobjęte,
jak głucho-melodyjną skomponować
śmierć? i z miłością jak pogodzić gwiazdy?
ze szczęściem znów samotność? z winem gorycz?
z przyjaźnią zdradę? z sobą samym wszechświat?
milczenie, które dopełnia, z melodją?
jak z żądzą czułość? i jak rozpacz z sercem?

Te tony nałożone zawsze będą
kłócić się, zrywać i w chrapliwym jęku,

jak ptaki, wzbijać się nad mroczne knieje,
dziobiąc się: wielkim i otwartym krzykiem.

Wśród niezabudek śpimy, nad strumykiem.




III

I ulitował się nad śpiącymi i dłońmi przebitemi
dźwignął na pola elizejskie, między srogie niebiosa,
jak skrzydłami.

I ulitował się Siebie i wstąpił na gwiazdy
królować po wieków wiek.

Ale my? cóż my? — którzyśmy przetrwali
na tej ziemi?

O, któż spróbuje, jak On? o, wrzeciądze,
dźwięki, co biją w wrota niewidzialne,
jak w tarcz miedzianą! o, rygle, o, kraty!
kwiaty z innego świata, dźwięk nieziemski,
zbyt słodki; czysty zbyt; tak rzeczywisty,
że wszystko w cień się mieni bezcielesny,
co w długim trudzie pragnęliśmy kochać, —
dziś nas odtrąca i ton ten zabija.
Bo, jak na drewnie był ukrzyżowany,
tak my na każdem drzewie. Ach, rozpięci,
o, jak ciążący, jak niedoskonali!
Nie zezwalamy, by się podźwignęło
bez nas: już poza wzrokiem naszym, lotne.

By zaistniało, gdy my tylko żyjem,
i zawadzamy mu w istnieniu czystem,
słuchając szmeru liści, co liść szepce?
Wysłuchujący czegóż? Mroku serca!
Brzmienia, co nie jest jego: my go tworzym,
jak wosk lepiony ciepłem wnętrzem dłoni,
i kształtujemy próżnię, co w nas mieszka,
cierpliwie kształt tej pustki urabiamy
i udajemy, że jest rzeczywista!
Ach, kogóż zwieść nam? kto też nam uwierzy,
niedokończonym i w połowie drogi
pozostawionym sobie, tylko sobie?
Jeszcze mocujem się z sobą. Dźwigamy
aż ponad głowę tę kopułę dźwięków,
która ma przetrwać, wtedy się nie zwalić,
kiedy oddawna odpoczniemy prochem;
która ma wzbić się w zenit, jako płomień,
ów, co z otchłani niesie potępieńca
w gwiazdy, w ich uśmiech błogo-obojętny.
O, żalu, jak im sprostać? jak pochwalić
świat, który chwały dla siebie nie żąda?
jak przetrwać? i miłować? i nie umrzeć?
Nie wiesz; nie wiedział nikt; każdy próbował:
do progu z trudem docierał; dotarłszy,
stawał szczęśliwy.
I tam marł posągiem.

I spłyniemy po wieków wiek na falach niepamięci,

na niedokonanych nurtach Harmonji.
Romanowi Jasińskiemu


MŁODY HEINE

U pani rektorowej przed bramą Albani,
gdy bardzo boli głowa i brak jest pieniędzy,
pośród krzaków różanych, budzon przez słowiki,
nie przez stuk pucybuta, przechadzasz się, smętny.
Ach, święty Justynjanie! jak ciążą pandekta,
gorączka tłucze w skroniach, trzeba znów pożyczać,
czekając nie przelotu Muzy, lecz jak puka
królewsko-hanowerski listonosz do okna.
Tuby spocząć w altanie, śmiać się dorozpuku,
do łez, które mglą oczy, jak tuman nad Brocken,
z ekscelencji Goethego, który przyjąć raczył
w uroczystym szlafroku, wielki egoista!
Z tych wszystkich miłych bliźnich, głupców nad głupcami,
i z przyjaciół zawistnych, i z własnej rozpaczy,
nad tym światem wiosennym śmiać się aż do szlochu:
sfuszerowanym wicem czelnego aktora!
Nie, lepiej wargi zagryźć, marę wyobraźni,
która w usta całuje, śmiertelnie wyziębłe,

za rude kudły chwycić, szarpać ladacznicę,
cudzołożyć, jak z dziewką, która gacie pierze!
A może się zapomni o własnej małości,
o samotności, która rośnie jasnym rankiem,
i o gwieździe straszliwej każdego wieczora,
co wzywa do powrotu na ziemię zbyt piękną.
Móc wtedy oczy przymknąć, obolałą głowę
w obie dłonie ująwszy, szeptać coś bezgłośnie,
chłodne palce wyciągnąć i na strunach nocy,
wdychając gorycz pustki, przedrzeźniać milczenie.



MITOLOGJA

Na srebrnym rydwanie, Luno! wstrzymaj się... Czyli nie widzisz,
jak Amor przystanął na dyszlu i cugle hamuje zaprzęgu?
Piąstką, z przejrzystym uśmiechem, dotyka piersi ze stali,
przegląda się w nich! Już za chwilę rozbłyśnie sztylet, jak promień!

W tę noc wpatruję się w zieleń, umierającą z miłości,
oceanem rozlaną pradawno-mlecznego blasku;
głową wstecz odrzuconą ku wargom z fosforu zwisam
Muz, których twarze są z gipsu, źrenice drążone czarno.



ŁYK KAWY

A kiedy wzmożesz czujność i już ślepniesz:
oglądasz czarne ptaki nad dachami
z cegły, jak lecą naukos w trzepocie,
podmuchem porywane i znów płasko
na dymie siwym leżące: na fali —
to jest muzyka! świeże kwiaty ślisko
opadające jak kopuła z woni,
duszące: bo to zioła wystrzyżone
z szeleszczącego sinego papieru:
sztuczne!... I żadna miłość nie ratuje.
A wtedy przyjdzie noc, jak zawierucha,
szumiąca w głowie; jako płyta z głazu,
co w huku pada na puste grobowce,
na sarkofagi, z których zmartwychwstano;
jak morze, które zwala się i pieni
nad Atlantydą, wreszcie zatopioną,
czarne i gęste, nad białą i jasną;
jako kurtyna z żelaza w teatrum
(a chór tragiczny w złotych błądzi maskach);
jak piorun sądu, jak blask reflektorów:
i nie zapomnisz! zbyt zmęczony sobą,
księżycem sennym, niebem, przełamanem

błyskawicami, nocą kryształową,
jak mroczna misa ponad srebrne gwiazdy
wzniesioną, myślą o wielkiej otchłani:
znów dłoń wyciągniesz, zlęknioną i nagą,
tę z zielonego szlamu dłoń samotną
— i zamiast palców, których nic nie wróci
(bo i cóż bywa na ziemi powrotne,
prócz jej jedynej, blado-widziadlanej,
która muzyce kładzie kres, jak posąg,
co z widnokręgiem zlał się, wniebowstąpił?) —
głaszczą cię wielkie i nietoperzowe
włochate skrzydła: podmuchy przestrzeni!

O, przytknij usta i zęby dzwoniące
do filiżanki spękanej, o, zbudź się:
już mocny wywar ścięte parzy wargi.



PROMETEUSZ

Wzwyż unoszony... Pływak, kiedy przestwór niesie,
Płasko, a on w uśpieniu dygoce na fali;
Dłonie rozchwiane ponad chmury, liry
Porozstrzelane pęki, błyskawice
Palców, łowiących blask.

Szczupły w locie... W przestrzeń czystą się wynurza,
W powietrzu nasłuchując ucha muszlą drobną:
Zdołu bełkotliwego Oceanu
Spieniony głos.

Prostopadle, miotany przez podmuchy sporne,
Wzbija się w zenit, złoczyńca niepokalany!
Zanim nie przystanie na łące elizejskiej,
Bóstwo w udręce.

Ramię pochyło, jak pióro, zwężone,
W źrenicy pusta szczelina widzenia,
Nad łęgiem, jak kolumna podpalona,
Struga gołębi.


W świetlanym wzroku, w toczonej z szkła kuli,
W patrzeniu widnem więziony, nie mogąc,
Między plejadą a sobą zawisły,
Zbawić śmiertelnych.




DO ZENOBJUSZA

O, szarlatanie wątły! bóstwo malowane
ceglastą plamą szminki, wiszący na blasku
palącym jupiterów, jak w szkliwie źrenicy;
blady wzrok się rozszerza, by ciebie uwięzić
wygiętego w torturze, z uśmieszkiem triumfu!
Na sznurze igrający, wdół zwieszony twarzą
uśpioną, jako róża kredowa w księżycu,
trwasz, o, smyczku cielesny na linie melodji.
Powieko, nie drgnij! szklane nieruchome oko,
nie budź się z zapatrzenia, gdzie pała udręka,
jak pod popiołem płomyk, żużel wypalony,
dno kruche, poprzez palce sypiąca się gruda:
nie budź jeńca! W pieczarze zawartej tęczówki
skoczek, który chyboce, jak podmuch na fali,
runie raptem z okrągłą w srebrnym krzyku wargą!
O, spadający! wznieś się, nim padniesz w niebiosa,
na stóp koniuszczki, wiolin nad skrajem nicości,
w ciżemkach, pokalanych blaskami areny,
w tumanie, który bielą wyżera ci oczy!
Posągu roztańczony, szczupłe dłonie płasko
złóż na sercu, bym dotknął twej piersi, jak liry,

i ze struny zamarłej dobył jęk harmonji.
Wtedy, lotny! ustawię hermę, dłutkiem bitą,
skronie wydrążę palcem, by wiatr ich nie muskał,
i na czoło nasunę złotą maskę szczelnie:
niechaj tłum cię pomija; zmartwychwstajesz, bóstwo.




WALKA

Tam drwal skrzydlaty siłuje Jakóba,
Pod bielą ugiętego, jak namiotem.
Kudłata czaszka sterczy zpod ramienia
Czarno, a stopy bose wbite w piasek.
(Tak się łobuzy pasują pod mostem).
Wlepiony nadół wzrok, jakby nie było
Murawy: trzeba ją wymóc źrenicą.
Niech nie popuszcza tamten: pochylony
Chmurą sękatą i cielskiem z majaków;
Podrywa łeb od rzeki, której niema
(A będzie), drgają brzegi wykręcone.
Na wspartych nogach, rozwiany jest kadłub,
Nad drzewa wychylony (te są snami),
Dłonią tak ciężką, jak muzyka, chwyta
Za kark, a drugą, w garść zebrawszy, tłoczy,
Słuchając z zadziwieniem trzasku kości
Kruszonych, jak się w żarnach miele ziarna.
I pluszcze woda piosenką prostacką
O nieistnieniu, o pokusie błogiej.
Zieleń zwierciadła! Stąpa nieruchoma
Muza, jak pasterz, wielkiemi stopami.
Patrzy: zaledwie rozkwitły badyle

I śpi rozwartą powieką nad kwiatem.
Ruchem niedosłyszalnym ramię wspiera
I przytrzymuje luźne peplum, ślepa.
W jej wyłupanych oczodołach wreszcie
Na ziemi płasko legł, niepokonany.



DZIEŃ STWORZENIA

Rezygnacja pod niebios potężnych kopułą
Rozchyla ścięte wargi, nawykłe do jęku;
Popłynąć w bitwie blasków na rzekach spłaszczonych,
Złożywszy zboku dłonie, jak żagle zwinięte.
Tak niewiele potrzeba, by usnąć spokojnie
Na jeziorze wieczoru, pod mgłami i lodem.
Rozwiera się kurtyna zaświata, przerębel
Wpycha w płuca powietrze, tłoczone przez widma.
Zasznurowana krtani w ozonie głębiny,
W niecce obłoków pęka źrenica, jak rybia!
Przestrzeni prostopadła w szklistych oczach zwierząt,
Jak huragan, wyrastasz nad głową śmiertelnych!
Boleść ścięgna rozpina na drewnie, rzezanem
Przez palce dotykalne, jak uśmiech cyklopów;
To cierpienie cierpliwe w pieczarze natury
Wytapia z żył zwiotczałych krew ostrą, jak złoto.
Metale przebudzone w tym słonym oddechu

Leją strugę stężałą przez nozdrza rozwarte.
Chrapliwa jest melodja, jak warkot ptaszęcy,
Zanim opadnie chmurą na szrony chropawe.
O, wysokości stoku! Na zenit wybladły
Pnie się sroga posoka i kurniawa blasku.
Różowość zielonkawa w mgły sypie widzialne
Płaskie pasma na strunach, zrudziałych od srebra.
Z parującej czeluści dźwigają się cienie
I widma strącasz palcem, jak mieczem korony.
Ziemio, siostro daleka. Na trawach opiłych
Wiatrową wilgotnością, szczebioce i pryska.
Podejdź brzegiem ku źródłom, w szumie nieruchomym
Jest lira umęczona, jak gałąź wierzbiny.
Rozszczepioną odnaleźć pod niedotykalnym
Mostem, wyciągnąć ręce, jak ku burzom świtu.
Ach! potrącić paznokciem, jak się kraje szybę
Westchnieniem, bezcielesną linją szczęśliwości.
Spójrz na pastuchów, pasy ściągają rzemieniem,
Owce brodzą po grudzie, pióra przez obłoki.
Trzeba się piosnki prostej uczyć, aż wystruga
Sztachetę u zagrody, w którą zmierzch łomoce.
O, stwórz na nowo jodły i belki wyciosaj,
Aby się nie rozchwiały, zanim sen uderzy.
Odpoczniesz wreszcie. W siódmym wielkim dniu nieróbstwa
Uśmiechniesz się nieludzko, zapłaczesz inaczej.



ZSTĄPIENIE DO PIEKIEŁ

Po głazach stąpa, pod liściem akantu,
W czeluść, gdzie lęgnie się jęk, dotykając
Piszczeli przechylonych, zlekka. Tam są ludzie żywe!
Melodji warkot, organów echowy
Huk, jak skłębionych oceanów, legnie
U stóp, jak jagnię. Wyciąga prawicę
Skręconą, jakby ciosał dom i ściany,
Pod belkowaniem plejad i w otoku
Cierpień. Róża pełgających blasków
Blachami złoconemi ku rozpękłej
Podługowatej pnie się bliźnie żeber.
Szponami palców, jakby w niewidoczne
Struny dudniąca, płaska dłoń nad gwarem
Łagodnie szarpiąc. Patrzące źrenice!
Wzrok dokąd z wydrążonych oczodołów?
Ach, czyż łowiący kwiat, jak się rozścieła
Płatkami kosmatemi z rąbkiem woni
I kroplą tęczującej rosy, która zwisa
Naukos w niebyt? gdy łodyga śliska,
Jak zbity z berwion sosnowych płot, jeszcze
Lepki żywicą, jak droga naprzełaj,

Kamienną grudą spychająca stopy,
Jak polot ptaka poprzez lęk gałęzi
Wierzbowych, popielaty ślad nicości, —
Zanim w źrenicy rozwartej powstanie,
By przetrwać: w nikły zarys się rozpływa
Obłoku, w kontur czysty. Ziemio stara,
Nazawsze niedostępna! Gdzie patrzenie,
Które ci sprosta bezsennie, z powieką
Nareszcie oderzniętą? A języki
Kłębią się w jamach ust i lgną do siebie,
Splecione śliną, jak się pożerają
Węże. Zamiast muzyki, co zwęzi,
Jak się rozciska śnieg w garści, te jodły
Aluzją niebotyczną, jako pastuch
Słucha terkania owiec i zwołuje:
Oto chrapliwy chargot, zwykła miłość.
Tedy jak ucha nachylić, by owoc
Krągły umieścić w pustym środku muszli
I tam go stworzyć brzmieniem? Jak dźwięk toczyć
Palcami, które w proch sypią się? Kośćmi,
Wystającemi z palców, narysować
Widne jedwabie niebios? Ująć trawę,
By melodyjną nie drgała ironją,
Bezcielesności echo?
Ponad uśpionymi
Po szczeblach stąpa drabiny milczenia
Z prawicą wyciągniętą, jakby trącał
Struny, nie budząc. Przemija.




DO PIÓRA

Nim dłonią cię okolić, pomiędzy palcami
Okrągłość drętwą musnąć, jak wypukłość skrzypiec,
Już wymykasz się zgłoskom i trwasz, półcielesne,
Wystarczające sobie, jak źrenica ślepca,
Zapatrzona w ognisko szklistej pustki: w siebie.
O, pióro cienia! dotknij moich warg uśpionych,
Niech się rozchylą zlekka uśmiechem nad siły
I tak przetrwają młodo, jak usta umarłych.
A wtedy na arkusza białość nasuń chmurę,
Nuty czyste przestrzeni, fermatę zaśnienia,
Interwał blasku, ziemię wyzwoloną z życia:
Czytelne, gdy przeciągać się na prześcieradle
Poczniesz, niewinny, dłonie rozplótłszy jak wawrzyn,
Palcem szukając serca — czyli jeszcze bije? —
Jak liścia, co opada w zenicie harmonji.

Tymonowi Terleckiemu



Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.