Elegia księżyca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sándor Petőfi
Tytuł Elegia księżyca
Pochodzenie Wybór poezyj
Data wydania 1880
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Sabowski
Tytuł orygin. A hold elégiája
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ELEGIA KSIĘŻYCA.

O mój Stwórco! za cóż dłoń mnie twoja karze?
Czemum nieszczęśliwy bardziej nad nędzarze?
Wolałbym być sługą na razowym chlebie,
Niżli królem nocy na wysokiem niebie,
Wolałbym na ziemi torbę, kij, łachmany,
Niż tu siedzieć płaszczem srebrnym przyodziany,

Wolałbym w szynkowni od zaduchu kichać,
Niż tu cudną wonią kwieci-gwiazd oddychać!...
Wieczny Sędzio! kiedyż lepszy los mnie czeka?
Na mnie i pies każdy i wieszcz każdy szczeka,
Wszyscy co niekiedy rym przypadkiem złapią,
Co chcąc wzruszać serce, uszy tylko drapią,
Myślą, że im wtóry do ich skomleń nucę,
Lub że dobrodusznie wraz z nimi się smucę.
Bladym, prawda, ale nie z bólu lecz z złości
Na tych wszystkich beksów wszystkich tych ichmości,
Co mnie, ile razy noc rozjaśnię ciemną,
Nudzą jakby zjedli beczkę soli ze mną.
Czasem przyjdzie taki na którego czole
Dostrzedz mogę z góry boską aureolę,
Pieśniarz namaszczony! Taki gdy zaśpiewa
Blask mój czyściej, żywiej na świat się rozlewa.
Ale nim się kiedy taki piewca zjawi,
Tysiące miłych krzykaczów dni me truje, krwawi,
Bo niezmiernie mnożny jest ten ród próżniaczy,
Lat nieurodzajnych nie ma na bazgraczy.
Drżę co noc, gdy śpieszę przez niebiańskie krzaki,
By mnie nie napotkał gdzie krzykała taki.
Ah!... znów jeden... patrzcie!... jak skrzydła wiatraka
Tak bujają małpie ręce nieboraka,
Zda się, że je cisnąć chce za dziesięć płotów,
Biedny! nie ma kogo objąć w nie — a gotów!
Wzdycha jako cygan kiedy dostał kije,
Żyły mu nabrzmiały, serce strasznie bije,
Błaga mnie, bym zajrzał do jego jedynej,
Jak tam ona pędzi wieczorne godziny...
Ha, cóż?... zajrzę!... Bratku! twa gołąbka miła
Właśnie chwilę temu głowę w piec włożyła,

Chcąc ukradkiem dobyć kartofel pieczony,
I na węgiel spiekła swą twarz z prawej strony,
Teraz płacze głośno i grymasy stroi,
Gęba jej skrzywiona bardzo — godna twojej...
No! wiesz coś chciał wiedzieć, a więc ruszaj dalej,
Niech cię djabli porwą albo piorun spali!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sándor Petőfi i tłumacza: Władysław Sabowski.