Dworek przy cmentarzu/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dworek przy cmentarzu
Podtytuł Z niewydanego rękopisu
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1900
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

Co się stało w dworku przy cmentarzu, w jakiej przygodzie rotmistrzowa rady prawników potrzebowała — opowiem słowami dziadka.
Dowiedziałem się od niego wszystkich szczegółów dopiero w kilka lat później, kiedy już mnie, jako starszego trochę, dziadek do pewnej konfidencyi przypuszczał i o różnych przedmiotach ze mną gawędził.
Zdarzyła się okazya, żeśmy o dworku rozmawiali, dziadek westchnął i rzekł:
— Może ty tego nie wiesz, mój kochany, że raz wzywany byłem do pani rotmistrzowej na konsultacyę prawną.
— Pamiętam — odrzekłem — bo tego dnia był u nas brat Serwacy i dziadzio pozwolił mi pojechać z nim na ryby.
— Prawda i ja pamiętam! Owoż poszedłem. Zastałem rotmistrzową bardzo zmienioną i bladą, po twarzy jej spływały łzy duże, jak ziarnka grochu. Płakała cicho, bez jęku, bez skargi.
Panna Antonina wyglądała tak, jak gdyby ją do trumny włożyć miano, chwiała się na nogach biedaczka, zastałem już tam dwóch panów: rejenta Kolasińskiego i podsędka Medekszę. Siedzieli przy dużym stole, na którym nie było ani akt, ani papierów, tylko jeden list, bardzo krótki, w kilkunastu wyrazach. Rejent i podsędek mieli twarze zasępione, miny zakłopotane; gdy wszedłem, ledwie głowami kiwnęli. Ucałowałem rękę rotmistrzowej i spojrzałem na nią pytająco. Wtenczas ona chciała się podnieść z fotelu, ale nie mogła... sił brakło. Wskazała mi krzesło, abym usiadł i dopiero po dłuższej chwili milczenia, z trudnością wstrzymując łzy, rzekła:
— Ot, panie dobrodzieju, list z Paryża, chciej go pan odczytać i zakomunikować obecnym tym panom, co w sobie zawiera.

Włożyłem okulary, spojrzałem na list. Pisany on był po francusku, widocznie przez osobę zupełnie rotmistrzowej obcą, bo donosiła matce o śmierci syna tak ozięble i sucho, jak o najpospolitszym wypadku.
„Mam honor szanowną panią zawiadomić — brzmiał list — że syn jej Henryk, który pracował od lat kilku w naszym domu handlowym, po krótkiej chorobie żyć przestał. Pochowaliśmy go na cmentarzu... tym a tym... i oczekujemy dyspozycyi, w jaki sposób postąpić z niewielkim funduszem, jaki po nim, po opłaceniu kosztów kuracyi i pogrzebu pozostał. Rachunek funduszu i kosztów załączamy. Przyjmij pani wyrazy współubolewania naszego i szacunku...”

— Więc pani rotmistrzowa miała syna? — zapytałem zdziwiony.
— Pokazuje się, że tak, ja także nie wiedziałem o tem i pierwsze pytanie, jakie jej zadałem, było:
— Pani dobrodziejko, do kogo pisany jest ten list?...
— Do mnie — odrzekła sucho. — Jak panowie widzicie, pękło ostatnie ogniwo łączące mnie ze światem, zniknął ostatni promień nadziei. Proszę Boga o śmierć, nie mam już żyć po co, ani dla kogo. Dwie istoty zostały dotknięte tym ciosem: ja i panna Antonina. Antosiu — dodała — zamknij drzwi i powiedz, żeby tu nie wpuszczano nikogo.
Panna Antonina wypełniła polecenie, a zamknąwszy drzwi, usiadła nie obok nas przy stole, lecz, jak zwykle, na ulubionem swem miejscu, koło okna. Nawet wzięła do rąk robótkę, lecz kłębek wypadł jej z rąk i potoczył się na podłogę. Rotmistrzowa westchnęła, otarła łzy i zupełnie spokojnie, z rezygnacyą mówiła tak:
— Zaprosiłam was, moi panowie, ażeby zasięgnąć waszej rady i mam nadzieję, że mi jej nie odmówicie. Chodzi tu nie o mnie, bom stara, ze światem nic już mnie nie wiąże, modlę się tylko o to, ażeby Bóg conajrychlej mnie ztąd zabrał. Idzie mi głównie o nią.
To mówiąc, wskazała pannę Antoninę, która, pogrążona w smutnych myślach, nie słyszała zapewne, że o niej mowa.
— Cóż pani dobrodziejka rozkaże? — zapytałem — co mamy robić?
Odrzekła na to:
— Zanim do tego przystąpię, muszę panów przedtem w moje stosunki rodzinne wtajemniczyć. Nie wiecie wszystkiego, bo ja o sobie mówić nie lubię i nie zwierzałam się nigdy przed nikim; jeden doktór Głowacki zna dzieje życia mego bliżej, lecz on dyskretny jest i małomówny.
Tu rotmistrzowa opowiedziała nam w krótkości, że pożycie jej z mężem nie było szczęśliwe, że nieboszczyk rotmistrz obraził ją ciężko, wdawszy się w romans z kobietą płochą, że omało z tej przyczyny do rozwodu nie przyszło.
Rotmistrz drogo zapłacił za swe motylkowate usposobienie. Wyzwany na pojedynek, padł, ugodzony kulą w samo serce.
Sekundanci utrzymywali, że to był ślepy traf. Rotmistrzowa, dowiedziawszy się o szczegółach, widziała w nich zasłużoną karę Bożą. Faktem jest, że przeciwnik rotmistrza, zawołanego rębacza i strzelca, jakich mało, poraz pierwszy w życiu trzymał w ręce pistolet.
— Tak — dodał dziadek z westchnieniem — słusznie mówi przysłowie, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi; któż wie, czyja wola kierowała tym kawałkiem ołowiu; wszak w dawnych czasach pojedynki zwano sądami Bożemi.
Rotmistrzowa po śmierci męża wyłącznie zajęła się wychowaniem syna, w nim widząc jedyny cel życia, przyszłe szczęście i pociechę na stare lata. Zawiedziona w marzeniach, jej własnej dotyczących osoby, pokrzywdzona przez los, zapragnęła pocieszyć się szczęściem dziecka, marzyła o wnukach... ale tego doczekać jej nie dano.
Syn wyrósł na pięknego młodzieńca, zdobył już sobie pewne stanowisko i miał się żenić z osobą, którą rotmistrzowa jak własną ukochała córkę, już dzień ślubu był naznaczony, ale wszystkie te plany rozchwiały się i upadły.
Czasy były burzliwe, los rzucił młodego człowieka na obczyznę, daleko, a matka i narzeczona czekały jego powrotu, z cierpliwością anielską, z rezygnacyą chrześciańską.
Pani rotmistrzowa wszystkie prawie dochody swe oddawała na cele dobroczynne, była prawdziwą matką ubogich w miasteczku i w okolicy, a panna Antonina dopomagała jej w tem, wyszukując biedaków, szyjąc bieliznę i ubranie dla sierot, śpiesząc z datkiem i pociechą do tych siedzib, w których nędzarze zmiłowania Bożego czekali. Obie te kobiety czekały, czekały na swe szczęście i nie doczekały się go. Starsza zgrzybiała, młodsza zwiędła, a szczęście nie przyszło. Wreszcie ów list fatalny wszelkim nadziejom koniec położył.
I ten ostateczny cios zniosły.
Rotmistrzowa, wezwawszy prawników do siebie i opowiedziawszy im w krótkości całą życia swego historyę, oświadczyła, że nic ją już do życia nie wiąże i że pozostaje jej tylko porobić rozporządzenia majątkowe i czekać, aż ją Bóg do siebie powoła.
Podsędek Medeksza, dziadek mój, burmistrz i dawny wojskowy, Turobojski, z uwagą słuchali rozporządzeń rotmistrzowej, które rejent Kolasiński pilnie notował, aby je we właściwą formę prawną ubrać.
Dziadek mój, prawnik doświadczony i lubiący się znajomością kodeksów popisać, opowiadał mi nieraz o tym testamencie.
— Bo ty wyobrażenia nie masz, co to jest testament, zwłaszcza, gdy w nim znajdują się na ogólne cele zapisy, a dalecy krewni ostrzą sobie zęby na majątek. Lada najmniejsza niezgodność z prawem, uchylenie drobnej formalności może stać się powodem niewykonania woli testatora i przejścia jego mienia w chciwe ręce. Mogło stać się podobnie z legatami rotmistrzowej, ale ja tam byłem, dopilnowałem Kolasińskiego, nie dałem mu strzelić bąka i sporządziliśmy testament murowany, że go ani ugryźć. Wiedzieć też trzeba, że majątek był znaczny i było czem rozporządzać.
Dworek przy cmentarzu i kapitał dość znaczny przeznaczyła rotmistrzowa dla panny Antoniny, pozostałą zaś część fortuny zapisała na kościół, na ubogich, na sieroty... pamiątkę po sobie zostawiła prześliczną, wiecznotrwałą, powiedziałbym, że tym zapisem zasadziła niejako drzewo, z którego owoc po wieczne czasy, rokrocznie będzie strapionych i opuszczonych posilał. Gdy rejent testament czytał, panna Antonina słuchała obojętnie, cóż jej było po majątku!...
Skończyła się nasza czynność; rotmistrzowa podziękowała nam serdecznie i dała do zrozumienia, że chce sama z myślami i żalem swoim pozostać.
— Wyszliśmy — mówił dalej dziadek — smutni i przygnębieni. Od tego pamiętnego dnia staruszka w oczach prawie niknęła. Siedziała w fotelu nieruchoma i milcząca, aż jednego dnia posłała do klasztoru po gwardyana, ażeby z wiatykiem przyszedł.
Spowiedź trwała długo, potem staruszka zwołała domowników i kazała pannie Antoninie modlitwy za konających czytać. Pożegnała się ze wszystkimi, rozporządziła w którem miejscu na cmentarzu, pod jakiem drzewem ma być pochowana, modliła się, wreszcie usnęła bez cierpień snem wiecznym, nieprzerwanym.
Utuliła ją śmierć w swych objęciach cicho i łagodnie, jak sen.
Pamiętam pogrzeb zacnej matrony. Cała okolica się zjechała, całe miasteczko wyległo, ubodzy opłakiwali śmierć swej opiekunki. Długim sznurem ciągnęła się pogrzebowa procesya, którą krzyż, godło miłości, cierpienia i rezygnacyi poprzedzał.
Wiatr powiewał czarną chorągwią żałobną, setki świec migały płomykami, za bractwem postępował szereg zakonników, zakapturzonych, brodatych.
Na barkach przyjaciół spoczywała czarna trumna, a za nią tłoczyli się ludzie bogaci i biedni, starzy i dzieci, chrześcianie, a nawet i żydzi, bo i tych dobroczynność zmarłej nie mijała w potrzebie.
Na trzeci dzień po pogrzebie rotmistrzowej, panna Antonina przyszła do mego dziadka. Była załzawiona, blada, ubrana w grubej żałobie.
— Panie dobrodzieju — rzekła złamanym głosem, przychodzę cię prosić o jedną jedynę łaskę.
— Rozkazuj pani — odpowiedział staruszek — w czem ci pomocnym być mogę?
— Sprzedałam już dworek.
— Słyszałem i co prawda nie mogę zrozumieć przyczyny pośpiechu.
— O, panie, ja się bardzo spieszę, dziś odjeżdżam.
— Dokąd? po co? Zostań pani z nami.
— Postanowienie moje jest stanowcze. Proszę pana, oto pieniądze za sprzedany dworek, oto suma z zapisu mej drogiej opiekunki. Uczyń mi pan tę łaskę, weź i rozporządź niemi na cel ogólny, wedle swego uznania, na przytułek dla sierot, na co chcesz.
— A pani? cóż dla pani? z czego żyć będziesz?
— Ja znajdę sobie schronienie.
— Do klasztoru wstąpisz?
— Nie, panie. Nie czuję powołania, nie mogłabym zamknąć się w murach klasztornych, żyć zdala od ludzi, którzy cierpią, a może więcej niż ja. Postanowiłam zostać siostrą miłosierdzia.
Usiłował dziadek perswadować, namawiał, żeby poczekała — zastanowiła się — nic nie pomogło. Wtedy staruszek pocałował ją w czoło i rzekł:
— Idź więc i niech Bóg przyjmie twą ofiarę.
Od tej pory nie widziano już jej nigdy w miasteczku, a natomiast w ogromnym szpitalu w stolicy, tysiące chorych błogosławiło siostrę Antoninę.
Dziadek wiele miał kłopotów z powodu polecenia, jakiem go panna Antonina obarczyła. Pieniądze odwiózł do banku, pisał podania, składał je osobiście do władz i spełnił najdokładniej polecenie szarytki.

. . . . . . . . . . . . . . . . .

Niema cię już, niema zaciszny dworku przy cmentarzu, ani tych ludzi, którzy się gromadzili w twych ścianach. Już i groby ich pozapadały się dawno.
Tyle grobów!... Dziadek, gwardyan, brat Serwacy, pan Piotr, doktór, rejent Kolasiński, burmistrz, podsędek... tyle!... Kajetan, stara kucharka, co jej się głowa trzęsła, siwobrody rybak z Dębianki. Jedna tylko panna Felicya podobno jeszcze żyje i może czyta te wspomnienia dawnego swego pazia.
Ostatni raz widziałem pannę Felicyę w rok po śmierci rotmistrzowej.
W białej sukni, w przejrzystym długim welonie, w mirtowym wianku na głowie wyglądała jak zaklęta królewna z bajki, jak jakie nadzwyczajne zjawisko; nic podobnego nie widziały dziecinne oczy moje.
Obok niej na stopniach ołtarza oświetlonego wspaniale stał pan Stanisław, ten sam, którego niegdyś o kradzież w ogrodzie rotmistrzowej posądziłem, a dalej mnóstwo pań w atłasowych sukniach, panów w granatowych frakach, w białych chustkach na szyi. Ja, wierny zawsze paź miałem u boku bukiecik, własną rączką panny Felicyi przypięty, i znajdowałem się do samego rana na weselu.
Zakonnik słowa dotrzymał, pogodził pana Piotra z doktorem i dawna przyjaźń pomiędzy nimi odżyła.
W wiele lat później, w Warszawie ujrzałem na ulicy handlarza, niosącego stary obraz na sprzedaż. Był to portret w czarnych ramach, przedstawiający mężczyznę z brwiami wyrazistemi, z wąsami zakręconemi do góry — tego samego, którego widziałem nieraz we śnie, jak szedł do mnie po księżycowym promieniu, niby po srebrnej ścieżce, zawieszonej w powietrzu, jak się prześlizgiwał pomiędzy konarami wielkiej, w połowie uschniętej topoli i groził ciekawemu malcowi.
Był to portret rotmistrza, zniszczony już strasznie.
Chciałem go wykupić z niewoli i dać mu miejsce spokojne w mem mieszkaniu, lecz zanim myśl ta mi przyszła, handlarz z portretem zniknął w tłumie, jak kropla deszczu w jeziorze i już nie spotkałem go nigdy.


KONIEC.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.