Do Stefana Witwickiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Do Stefana Witwickiego
Pochodzenie Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DO STEFANA WITWICKIEGO.

(Podziękowanie za exemplarz „Wieczorów.”)



O! jako w sobie dusza czuje słodkość nową,
Gdy mądrą, a z ust miłych napoi się mową,
Co jako deszcz majowy bujnemi kroplami,
Przesiąknie w nię aż do dna żywemi słowami,
A myśli w niéj, jak kwiaty więdnące, z rozkoszą
Piją ożywczą rosę, a główki podnoszą:
Lub jak owe ptaszęta, co skwarem spragnione,
Siedząc niemo, a dziobki trzymając ściśnione,
Uczuwszy chłód rzeźwiący, zaraz się trzepocą
Skrzydełkami, a głosu próbując, świegocą;
A człek się, jak ogrodnik, uśmiecha radośnie,
Marząc, co może w jesień z tych kwiatów wyrośnie!

Oto masz wierne mojéj duszy malowanie,
Gdy twój duch, z kart twéj księgi, mój luby Stefanie!
Owionął mię i porwał, podniósł i ukorzył;
Gdym przezeń zamarł sobie, a ku Prawdzie ożył,
I w sercu poczuł zapał natchnionéj ochoty,
Do podobnéj dla miłych współziomków roboty.


Tak leniwy myśliwiec, gdy się darmo znuży,
Odstawi strzelbę, siądzie, i oczu zamruży,
Gotów nawet zapomnieć strzeleckiego sromu,
Gdy w wieczór przyjdzie z niczém powracać do domu:
Wtém mu nagle nad uchem wystrzał zagrzmi w lesie,
I towarzysz jelenia albo sarnę niesie.
Więc się zrywa zbudzony, i znów ima broni,
I chłodząc wstyd na twarzy — wiatry w polu goni.

Lecz mnież to rość ku tobie zuchwałą nadzieją,
Serdeczny narodowéj prawdy kaznodziejo!
Co i sam jéj zbadaniem głębszą myśl zdumiewasz,
I do serc z pełni serca miłość jéj przelewasz? —

O! jak snać, jako woda czysta a spokojna,
Rozlała się w twéj duszy mądrość bogobojna!
Jak jasno z dna jéj głębi błękit Niebios bije!
Jak wykwitają myśli, jak wodne lilije!

Biada mu! kto ją widząc nie będzie się kwapić,
Przejrzeć się w niéj, oczyścić, a wewnątrz się napić;
Kto na pamięć ku służbie ojczystéj i Bożéj,
Kwiatów onych ku swojéj piersi nie przyłoży! —

Przyszła bowiem godzina skruszenia bałwanów!
Sam Duch Czasu, Duch Boży, jak brzmienie organów,
Z tysiąca ust, tysiącem różnych głosów woła:
Starą Cnotę do domu, Wiarę do kościoła,
Grzeszników do pokuty; wszystkich samych w siebie,
I z wszystkiemi o litość do Ojca na Niebie!


O! jakoż nie ma wnętrzném tchnąć rozradowaniem,
Czyj głos, jako wódz chóru przed wspólném wołaniem,
I w ojczyźnie najszerzej Bożą Prawdę głosi,
I ku Niebu najwyżéj bratnią myśl podnosi!
1835 w Dreznie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.