Dekabryści/Część pierwsza/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Książę Eugeniusz Piotrowicz Oboleński, porucznik finlandzkiego pułku lejbgwardyi, starszy adjutant komendanta gwardyjskiej piechoty, jenerał adjntanta Bystroma, był jednym z głównych założycieli tajnego związku północnego. W Moskwie, w dzielnicy Nowińskiej, parafii Pokrowy, stał duży, jakby wiejski dwór, z ganeczkami, otoczony dużym cienistym ogrodem, gdzie żyła rodzina Oboleńskich bez świetności i zbytków, lecz prosto i wesoło. Stary książę, Piotr Mikołajewicz, który wcześnie owdowiał, wiódł życie samotne, oddane postom i modlitwie. Z pozoru był niby posępny i surowy, lecz nie darmo małe jego wnuczęta, kochały go bez pamięci i dla siwych, lekkich, jak puch włosów, przezwały go Puszkiem, bo też był takim w samej rzeczy, biały, lekki, miękki, z dziećmi sam jak dziecko. Eugeniusz był najstarszym synem księcia z drugiego małżeństwa z Anną Kaszkina, córką naczelnego wodza, a później namiestnika Tulskiego z czasów Katarzyny II jenerała Kaszkina. Po śmierci tej drugiej żony, siostra jej Aleksandra, frejlina cesarzowej Maryi Federównej, opiekowała się dziećmi, zastępując im matkę.
Gdy Eugeniusz, wstąpiwszy do gwardyjskiego pułku pojechał na mieszkanie do Petersburga, ciotka jego Aleksandra oddała mu w opiekę jedynego syna swego szaławiłę i wisusa, młodziutkiego Sierożę, całkiem jeszcze dzieciaka. Chłopak język miał ostry, jak brzytwa, obraził więc kiedyś drwinami swemi kolegę pułkowego porucznika Swinina i ten wyzwał go na pojedynek.
Oboleński, dowiedziawszy się o tem, pojechał do obrażonego i oświadczył mu, że pojedynek zbyteczny, bo Sieroża jest dzieciak, na którego obrażać się nie warto, a jeśli Swinin koniecznie chce się bić to niech się bije z nim, Oboleńskim. Swinin przyjął wyzwanie, pojedynkował się i został zabity przez Oboleńskiego. Eugeniusz człowiek dobry, niezdolny muchy zabić, podobny z miękości do ojca, tak wstrząśnięty został tym wypadkiem, że się aż rozchorował, lecz nie miał się za winnego i nie doznawał żadnych wyrzutów sumienia. Nie uważał za przestępstwo zabójstwo w pojedynku, a raczej za nieszczęście. Bił się przecie nie za siebie, a za krewniaka, jedynego syna u matki, którego nie mógł inaczej uratować.
Rozumowania te tak go uspokoiły, że gdy wyzdrowiał i powrócił do dawnego rozprószonego życia, zapomniał o wszystkiem; lecz potem niekiedy przypominał; znów zapominał i znów mu to na pamięć wracało. Powtarzało się to wiele razy, aż wreszcie przekonał się, że nigdy nie zapomni i że im dalej, tem wspomnienie to staje się cięższe i nieznośniejsze. A najgorsze było, że i nadal nie miał się za winnego, a mimo to czuł się nieszczęśliwym i chwilami myślał, że rozum utraci lub targnie się na własne życie.
W jednej z takich chwil począł się modlić, powtarzając prawie nieświadomie słowa pacierza, Ojcze nasz, Zdrowaś Marya! i to mu ulżyło. Odtąd często się modlił i odżywał pomału, jak człowiek napół uduszony, któremu oddech częściowo powraca. Wreszcie zrozumiał, że wtedy dopiero robi mu się lżej, gdy przestaje się usprawiedliwiać, a uważa się owszem za zwyczajnego przestępcę, nie lepszego wcale, a może i gorszego, od tych, co mordują po gościńcach. Zrozumiał, także, że winy nie można usprawiedliwić, a można ją tylko odkupić, lecz nie wiedział jak — zamierzał chwilami rzucić wszystko i wstąpić do klasztoru, lecz czuł, że to za mało, łatwiej uciec od świata niż żyć w nim.
Musiał coś z sobą zrobić; wstąpił więc najpierw do loży masońskiej, a stamtąd do tajnego stowarzyszenia północnego i przekonał się wprędce, że tu znajdzie to, czego szukał — odkupienie i poryw. Duchowo zmienił się nie do poznania, choć na zewnątrz był nieraz jeszcze tym samym, co wpierw, błyszczącym porucznikiem gwardyi, z dość miłą choć pospolitą twarzą, krągłą, rumianą bez zarostu, przez co wyglądał na młodszego jeszcze niż był, a liczył lat 29. Po przyjeździe Golicyna z Wasylkowa Oboleński widywał się z nim często i słuchał z ciekawością opowiadań jego o południowym związku, o Słowianach, Sergiuszu Murawiewie i katechiźmie jego. Ideę Murawiewa o wolności z Bogiem odrazu pojął.
Rankiem 13 grudnia Oboleński i Golicyn poszli od Rylejewa do Trubeckiego. Na Angielskim bulwarze, gdzie mieszkał Trubecki, można było iść prosto od błękitnego mostu, lecz po zaduchu w mieszkaniu Rylejewa obaj przyjaciele woleli odetchnąć świeższem powietrzem i postanowili obejść naokoło po Mojce, by zawróciwszy na prawo, za rogiem Morskich koszar, wyjść na ulicę Galerną. Na głównych ulicach miasta mało jeszcze było śniegu, lecz tu, na pustej Mojce, biało już było, cicho, sennie i miękko. Między białą puchówką ziemi a szarą alkową nieba zasypiały niskie, żółte domki, snem, zda się, nieprzespanym, a w tej szarocie, ciszy, senności, w tym prawie że wiejskim spokoju niemożliwym zdawał się bunt jutrzejszy, jak błyskawica z zimnego nieba. Ani ducha żywego na ulicy, można było rozmawiać, jak u siebie w pokoju.
— Czy Trubecki wie, że już jutro — pytał Golicyn.
— Nie! my dopiero powiemy mu.
— Ach prawda! on zda się ochłódł już trochę dla naszej sprawy.
— Może być.
— Tchórzy, czy co?
— Nie sądzę. Na Szewardyńskiej reducie pod ogniem przestał czternaście godzin tak spokojnie, jakby grał w szachy, lecz męstwo żołnierza, to nie odwaga spiskowca. Pod Lützen, gdy Francuzi gromili naszą gwardyę z czterdziestu dział, Trubeckiemu zachciało się zażartować z porucznika von Bocka, zaszedł go z tyłu i rzucił mu w plecy grudkę ziemi, na co ten runął bez przytomności, tak samo i on może jutro runie. Trudno o mniej odpowiedniego człowieka dla takiej, jak nasza sprawy. Chwiejny, subtelny aż do obłędu. Gotów zgubić drogich i siebie, byle nie popełnić jakiej niedelikatności. I rewolucyę chciałby zrobić delikatną na wodzie różanej. To jedno. A drugie. Za dobrze mu jest, młody, bogaty, znany, ożeniony z prześliczną kobietą; ewangieliczny młodzieniec, który choć z żalem odszedł od pana, bo majętności miał za wielkie.
— Odejść w takiej chwili, to podłość — zawołał Golicyn.
Oboleński popatrzył na niego trochę z podełba, głębszem spojrzeniem dobrych, rozumnych oczu, z pozoru uśmiechniętych, w których jednak w gruncie nie było wcale uśmiechu a raczej żałość.
— Nie! — rzekł — to nie podłość.
— A cóż innego?
— To! właśnie, o czem mówił Rylejew.
— My nie ludzie czynu, a projektotwórcy, doktrynerzy i lunatycy. Chodzimy po dachu, na samej krawędzi, lecz niech kto zawoła po imieniu, spadniemy i rozbijemy się o siemię. Całe to nasze powstanie to Marya bez Marty, dusza bez ciała. I nie my jedni, wszyscy rosyjscy ludzie tacy są; przedziwni w myślach, a w czynach, mazgaje rozmazani, całkiem bez kości miazga; zapewne jest to skutek niewoli, za długo byliśmy niewolnikami.
— Posłuchajcie Oboleński! Ależ to marna sprawa; jutro powstanie, a dyktator nasz rozmyśla, jakby to delikatnie zdradzić. I pocoście takiego wybrali, gdzie miał głowę Rylejew?
— Co chcesz! Rylejew całkiem się na ludziach nie zna. On i siebie nie zna, widzieliście jak się sam męczy, a niewie czego.
— A wy wiecie?
— Zdaje się wiem.
— O cóż to?
— O krew — odparł Oboleński cicho, trochę zmienionym głosem.
— O jaką krew?
— Krew, którą trzeba przelać zabijając — mówił Oboleński ciszej jeszcze. Wszystko obmyślił, rozstrzygnął, obliczył na palcach. Pamiętacie obliczenie Pestla, ile trzeba będzie ofiar. Wtedy Rylejew nie chciał, zląkł się, a teraz sam obliczył, że nie dość zabić samego cesarza, lecz trzeba i wszystkich członków carskiej familii. Zabójstwo jednego nie tylko nie byłoby zbawienne, lecz raczej zgubne dla celów naszego stowarzyszenia. Zabójstwo takie sprowadziłoby rozdział w umysłach, stworzyłoby partye. Zwolennicy rodziny carskiej wzburzyliby się i powstałaby tylko wojna domowa. Po wytępieniu wszystkich, wszyscy się zwolna pogodzą z nowym porządkiem i nowe rządy utrwalą się. Tak sobie to wszystko obmyślił, postanowił, obliczył na palcach, a teraz coś mu zawadza i choć nie wie czemu, tem się właśnie męczy.
— Więc wy i to wiecie?
— Wiem — odparł Oboleński i zamilkł.
Golicyn także. Coś ciężkiego zwaliło się na obu i było im nieswojo, jakby jeden drugiemu wstydził się spojrzeć w oczy. Zmora ta ciążyła im coraz więcej, im dłużej milczeli.
Zawrócili z Mojki na Krukowski kanał; tu było ciszej i puściej jeszcze, tylko śnieg skrzypiał pod nogami; widzieli dobrze, że niema nikogo, a jednak zdawało się im, że ktoś chodzi za nimi i podsłuchuje.
— Ja wiem, że nie można zabijać — przemówił Oboleński tak dziwnie nagle, że Golicyn spojrzał na niego zdziwiony.
— Dlaczego nie można, grzech?
— Nie grzech, a poprostu nie wolno i nie można.
— Jakto nie można, kiedy ludzie zabijają wciąż jedni drogich.
— Zabijają w szale, w bezpamięci nie zdając sobie sprawy, ale na zimno z rozmysłem, powiedzieć sobie z góry »zabiję« a potem zabić, tego człowiek nie potrafi.
— Owszem, potrafi!
— Daj przykład!
— Naprzykład wojna, kara śmierci.
— To całkiem co innego. Śmiercią karze prawo, a prawo ślepe jest i nie widzi twarzy człowieka, a przytem równe jest dla wszystkich. Na wojnie tak samo, wszyscy zabijają wszystkich, a nikt nie wie, kto kogo, twarzy się nie widzi. Ale tu, twarz, ta twarz ludzka, to jest najgorsze; spojrzeć człowiekowi w twarz i zabić go, oto czego nie wolno, czy pojmujecie to?
— Nie pojmuję — odrzekł z nagłem rozdrażnieniem Golicyn, bo przypomniał sobie, jak się był zgodził na wniosek Pestla, aby wytępić wszystkich, wytrzebić do korzenia. I było mu wówczas lekko, w porównaniu z tą zmorą, co ich teraz przytłaczała.
— Jak wy to dziwnie mówicie Oboleński, całkiem jakbyście coś wiedzieli, przemówił zaglądając mu w twarz, na co tamten poczerwieniał mocno, mocno, po uszy do nasady włosów; tak czerwienieją małe dzieci, kiedy są bliskie płaczu.
— Tak, wiem — przemówił z wysiłkiem Oboleński i począł znów teraz blednąć, blednąć tak, aż zbielał prawie jak płótno.
— A wy może nie wiecie, że ja człowieka zabiłem, Golicyn, — wyszeptał bezdźwięcznie Oboleński, uśmiechając się pobielałemi wargami tak, że u Golicyna serce zastygło.
— Darujcie! na miłość Boga Eugeniuszu Piotrowiczu, wyście mnie źle pojęli. Jakież to zabójstwo, pojedynek.
— Wszystko jedno jakie, zabiłem i wiem o tem.
Znowu zamilkli obaj i znów ciężko im było i nieznośnie.
— A wiecie, że ja wciąż o Trubeckim myślę, przemówił Golicyn, chcąc na gwałt zmienić przedmiot, to przecie gorsze od Rostowcewa.
Wybieg to byłby odsunąć tłoczący ciężar, wybieg nieudany, Golicyn sam to poczuł. I znów się rozsierdził, żal mu było Oboleńskiego, lecz im bardziej go żałował, tem się więcej gniewał.
— A wiecie Oboleński — przemówił sucho, prawie grubiańsko — kto się wilków boi, niech nie chodzi do lasu, jeśli zabijać nie wolno, to nie wolno i buntować i nie trzeba.
— Owszem, trzeba! — odrzekł Oboleński, zawsze równie cicho, bo w miarę jak się tamten zapalał, stawał się zda się, coraz cichszy.
— Co to za bunt bez krwi? na różanej wodzie jak chce Trubecki.
— Nie bójcie się Golicyn! będzie krew i bez rozmyślnych zabójstw, bywało zawsze dużo, ile dusza zapragnie nieumyślnych mordów, więc i u nas będą.
— A! już teraz zaczynam rozumieć; durnie będą zabijać, a rozumni ludzie staną na stronie, żeby się nie ubabrać.
— Dlaczego tak mówicie — spojrzał na niego z wyrzutem Oboleński. — Wiecie przecie dobrze, że idziemy na krzyżową mękę wszyscy, razem, gorszej męki od naszej niema na ziemi.
— Co za męka! o jakiej męce? Mówcie prosto, trzeba czy nie trzeba zabijać.
— Trzeba.
— I można?
— Nie, nie można.
— Nie wolno przecież, a trzeba?
— Tak!
— A wiecie, że to można rozum stracić — zatrzymał się Golicyn, topiąc z wściekłością nogami. — Co my robimy? co my wyrabiamy? Rylejew męczy się, Trubecki zdradza, Rostowcew donosi, a my rozum tracimy. Mazgaje rozmazani, bez kości, miazga, ot ruscy ludzie! Podli! podli! święta sprawa w podłych rękach.
— To i cóż Golicyn! choćby i tak — uśmiechnął się Oboleński, a od tego uśmiechu twarz jego zmieniła się i rozświeciła do niepoznania. — Niech i mazgaje, a przecież skrzepniemy; niech nawet podli, oczyścić się możemy, choćbyśmy nawet niczego nie zdziałali, przyjdą po nas drudzy a będzie wtedy jeden król na ziemi i niebie, Jezus Chrystus. To kiedyś cała Rosya powie i zrobi. Bóg nie opuści Rosyi i tylko z Nim trzeba, tylko z Nim, a taka będzie rewolucya, jakiej świat nie widział.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.