Dekabryści/Część pierwsza/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Dnia 13 grudnia, zrana Golicyn i Oboleński pojechali do Rylejewa. Podjeżdżając do domu amerykańsko-rosyjskiej kompanii u błękitnego mostu, poznali już zdaleka parterowe okna, z wypukłą żelazną kratą. Znajomy kozaczek, Filka, otworzył im drzwi i wpuścił bez zapowiadania; jak zapewne wszystkich. W ostatnich dniach u Rylejewa tłoczyli się goście od rana do nocy, wchodzili i wychodzili bez wszelkiej ostrożności. Tu był zborny punkt, jak gdyby główna kwatera spiskowców. W maleńkiej jadalni wszystko było po dawnemu, a jednak inaczej. Białe tiulowe firanki w oknach pociemniały od kurzu i kopcia, balsaminy i nagietki w doniczkach poschły. Ścieżka dywanowa wytarła się, podłoga dawno nie zapuszczona woskiem, opustoszała, lampki przed obrazami pogasły. Drzwi do saloniku i sypialni, gdzie tuliła się w ciasnocie żona Rylejewa z córką, zamknięte były na głucho. I jakby od tego wszystkiego odleciały pogoda, niewinność, coś świątecznego i weselnego, co tu wpierw gościło.
Gospodarza nie było w pokoju. Nieznajomi Golicynowi ludzie, cywilni i wojskowi, siedzieli przy samowarze, rozmawiając półgłosem.
— Czy jest w domu Rylejew? — spytał Oboleński, witając się.
— Jest u siebie w gabinecie; zdaje się, śpi, ale to nic nie znaczy, polecił obudzić się, jak przyjdziecie.
Oboleński zastukał do drzwi, a gdy mu nikt nie odpowiedział, otworzył i wszedł razem z Golicynem do wąskiego pokoiku, gdzie trudno się było poruszać między wielką skórzaną sofą, biurkiem do pisania, szafą z książkami i storami paczek Polarnej gwiazdy, zwalonymi na podłodze almanachu, wydawanego przez Aleksandra Bestużewa i Rylejewa.
Okna wychodziły na tylny dziedziniec, zamknięty brudno-żółtą ścianą sąsiedniego domu. Piec był mocno napalony, pachło w pokoju lekarstwami, na nowym stoliku przy sofie stało mnóstwo flaszek z receptami. Na sofie spał Rylejew, odziany w stary szlafrok i w chustce wełnianej, okręconej dokoła szyi, z twarzą nieruchomą, jak umarłą. Schudł i posunął się tak, że Golicyn z trudnością go poznał. Przeziębił się raz, błąkając się przez dwie noce po ulicach i agitując wśród żołnierzy. Zachorował ciężko na gardło, podniósł się nieco potem, lecz wciąż jeszcze nie był zdrów. Golicyn zatrzymał się u drzwi, Oboleński zbliżył się do sofy, podłoga zaskrzypiała, a śpiący otworzył oczy i usiadłszy na wpół, patrzył przed siebie wzrokiem zmęczonym, nie poznającym, nie widzącym.
— Co to? Co to jest? — zawołał cicho i obu rękami szarpać począł konwulsyjnie halsztuk, zrywając go z szyi, lecz od niezręcznych ruchów, węzeł zaciskał się bardziej jeszcze.
— Poczekaj, ja ci rozwiążę — skłonił się ku niemu Oboleński, i rozplątał sam węzeł chustki, zdejmując mu ją z szyi.
— Zbudziliśmy cię nagle i przestraszyli, biedny Rylejeszka — rzekł Oboleński, przysiadając na sofie i gładząc go pieszczotliwie ręką po głowie. — Zły jakiś sen przyśnił ci się?
— Tak! Znowu ta ohyda, i to który już raz śni mi się!
— Cóż takiego?
— Nie wiem, nie pamiętam. — Czemu nie siadacie Golicyn? Proszę was... Coś o tym powrozie.
— Jakim powrozie?
Rylejew nic nie odrzekł, tylko uśmiechnął się dziwnym uśmieszkiem, w którym widniały resztki majaczeń. I Oboleński zamilkł, bo przypomniał sobie, że w czasie, gdy Rylejew chorował na anginę, postawiono mu synapizma ns szyi i raz przy zmianie opatrouku urażono mu boleśnie ranę. Rylejew krzyknął wtedy z bólu, na co Bastużew rozśmiał się, mówiąc:
— Jak ci nie wstyd krzyczeć o taki drobiazg; czyś zapomniał już, do czego sposobimy szyje?
— A ty znów masz gorączkę, głowa rozpalona — mówił Oboleński, kładąc mu rękę na czole — nie należałoby ci dziś wychodzić.
— Nie dziś to jutro; jutro już na dobre wyjdę — uśmiechnął się Rylejew tym samym dziwnym uśmiechem.
— Cóż to będzie jutro?
— Ot! o głupstwach gadamy, a o najważniejszej rzeczy nie wiecie — zaczął Rylejew innym już głosem, teraz dopiero na dobre rozbudzony. — Przyjechał kusyer z Warszawy, z ostatecznem zrzeczeniem się Konstantego, jutro o 7 zrana zbiera się senat a wojsko złoży przysięgę Mikołajowi Pawłowiczowi.
Z dnia na dzień czekali tej wiadomości, a jednak spadła na nich niespodzianie, umilkli wszyscy i zamyślili się, zrozumieli bowiem, że to znaczy: jutro powstanie.
— Ale czyśmy gotowi? — wyrzekł Oboleński.
— Głupia sprawa! — wzruszył ramionami Rylejew, nigdy nie będziemy gotowi.
— Jutro to jutro! Ano z Bogiem, zgodził się Oboleński; a co będzie z Rostowcewem?
Rostowcew, choć nie był członkiem tajnego stowarzyszenia, przyjaźnił się wszakże z jego uczestnikami i stąd wiedział cokolwiek o sprawach spiskowych, spotkanie swe z wielkim księciem Mikołajem opisał i złożył je wczoraj w rękopiśmie Oboleńskiemu i Rylejewowi z nadpisem: »Najpiękniejszy dzień mego życia«.
— Róbcie ze mną, co chcecie — rzekł im — nie mogłem inaczej postąpić!
— Znasz moje zdanie — rzekł Rylejew.
— Znam, ale cóż, zabić nikczemnika, to ściągnąć na siebie uwagę i czy warto ręce tem brudzić?
— Warto — odrzekł cicho Rylejew. — A wy co powiecie Golicyn?
— Powiem, że Rostowcew stawia świeczkę Bogu i dyabłu; zdradza spisek przed Mikołajem, a przed nami umywa ręce. W takim zresztą raporcie mógł odsłonić lub utaić, co mu się podobało.
— Więc myślisz, żeśmy już odkryci? — spytał Rylejew.
— Bez wątpienia! i będziemy wzięci, jeśli nie zaraz, to natychmiast po przysiędze — rzekł Golicyn.
— Cóż więc robić?
— Nikomu nie mówić o istnieniu donosu Rostowcewa i działać. Lepiej przecie, by nas wzięto na placu, a nie w łóżku. Jeśli mamy ginąć, niech przynajmniej wiadomem będzie, za co giniemy.
— A wy co myślicie Oboleński? — zakończył Rylejew.
— No, oczywiście, to samo.
Rylejew wziął za rękę Oboleńskiego i Golicyna.
— Dziękuję przyjaciele; wiedziałem, że mi to powiecie. A więc z Bogiem zaczynajmy... Gińmy! A sama śmierć nasza, rozbudzi uczucia w uśpionych synach ojczyzny.
Mówił jak zwykle książkowym stylem, nie prosto, lecz prostem było spojrzenie oczu jego olbrzymich, ciemno-jasnych, gorejących takim ogniem, że robiło się straszno. Prostą również była twarz jego, na której źwierciedliło się wszystko, co czuł, zanim się wypowiedział słowami. Tak występują rzeźby na przejrzystych ścianach alabastrowej wazy, gdy wewnątrz zaświeci płomień, przypomniał sobie Golicyn słowa Moora o Byronie. Przypomniał także wiersze Rylejewa.

Wiem, że mi zguba przeznaczona,
Zginę, jak ten, co pierwszy kona,
Bo pierwszy wstał w obronie ludu.
I jaż zły los mój o mnie pyta,
Lecz byłaż wolność gdzie zdobyta
Bez ofiar, bolesnego trądu?

— Więc wreszcie możemy powiedzieć: »jutro zaczynamy« — ciągnął dalej Rylejew. — Jakże czekałem niegdyś takiej godziny, jak się na nią radowałem. Czemuż teraz, gdy nadeszła, nie ma we mnie radości, czemu dusza moja osmucona jest prawie do śmierci.
Oparł się łokciem o kolana i głowę złożył na rękach, i skurczył się, zgarbił, jakby zmalał, pod nadmiernem brzemieniem; w głosie jego zadrżały łzy.
— Wybaczcie przyjaciele, nie trzeba o tem.
— Owszem, trzeba Rylejew, mów wszystko, to ci będzie lżej — rzekł Oboleński.
— Nazywał mnie Puszczyn, nie poetą, a projektodawcą. Jam doktryner swobody, a nie jej twórca; plany rysuję, budować nie potrafię.
— Nie ty jeden Rylejew, my wszyscy tacy — potwierdził Oboleński.
— Tak wszyscy! Onegdaj w nocy, gdym chodził po ulicach, gdzieś w głuchym zaułku między koszarami, zebrała się garstka żołnierzy. Słuchają o nowej przysiędze i zrozumieli wszyscy. Za cara Konstantego mówią, wszyscy piersią staniemy, nie opuścimy go. Wtedy ja rozgadałem się i mówić im zacząłem o konstytucyi, o wolności, o prawach człowieka, aż za sobą usłyszałem śmiech pijanego żołnierzyny. Śmiał się, ale tak pobłażliwie i niby z litością. »Ej panie« mówił, »dobry ty pan, ale trochę pomylony. Zdaje się po rusku mówi, a człowiek nie zrozumie«. Tyle tylko powiedział, lecz ja odrazu pojąłem. My w Rosyi a nie ruscy, bezdomni, bezrodzinni, przybłędy, koczownicy, wygnańcy wieczni. Nawet przyznać się nie śmiemy, że wstajemy za wolność, a mówimy, że za cara Konstantego. Łżemy! A gdy pozna prawdę lud, to przeklnie nas i wyda na męki katowi. Wierzcie przyjaciele, nigdy nie spodziewałem się, żeby można było uzyskać coś inaczej jak przez naszą zgubę, lecz w każdym razie myślałem, że obaczymy choć zdaleka ziemię obiecaną. Nie! nie ujrzą wolnej Rosyi oczy nasze, ani oczy wnuków naszych, ani prawnuków. Zginiemy niesławnie, bezcelowo, bez śladu. Rozbijemy głowy o mur, a z ciemnicy się nie dobędziemy. Ciężko to bracia! ciężko nad siły.
— Znużonyś ty bardzo, zamęczony biedny Koniek.
Tak nazywał w chwilach rozczulenia Oboleński Rylejewa, zdrobniając jego imię Konrad.
— Znużony! Och, jaki znużony Oboleński. Mówią o drugiem życiu, a mnie pierwszego za wiele, tak znużony, że zda się za mało śmierci, za mało wieczności, by odpocząć. A wiecie, o czem myślę — ciągnął dalej po chwili milczenia. — Co to znaczy? »Niech odejdzie ten kielich odemnie«. Jak on mógł to powiedzieć? Po to przyszedł na świat, by wychylić kielich i odsuwał go, nie chciał, osłabł, zląkł się. I to On, Bóg, całkiem jak człowiek. Powiedz Golicyn, czy jest Bóg? Tylko tak prosto mów, czy jest?
— Jest! — odparł Golicyn i uśmiechnął się.
— Ot, jak to prosto powiedział — uśmiechnął się także Rylejew. — Tylko poco on wam, skoro chcecie tylko wolności.
— Czyż nie może być wolności z Bogiem?
— Nie! Z Bogiem niewola.
— Była niewola, a teraz będzie wolność!
— Czy będzie? I to jaszcze kiedy? Ale teraz. Nie. Zimne! Golicyn, och, jak zimne!
— Co zimne? Rylejew.
— Wasze niebo. Kto kocha niebo, nie kocha ziemi.
— A czyż nie można razem.
— Nauczcie jak?
— On już nauczył. Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi.
— Projektodawca.
— Cóż chcesz! Za taki plan umierać warto.
Rylejew nic nie odrzekł, zasłonił tylko oczy i spuścił głowę, a po twarzy jego potoczyły mu się łzy takie ciche, że sam ich nie czuł. Oboleński pochylił się nad nim, objął, całował z pieszczotą, jak chore dziecko!
— Nic to! nic, nie bój się Koniek, wszystko będzie dobrze. Bóg z tobą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.