Dekabryści/Część druga/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.

— Stojąca rewolucya — powtórzył Golicyn słowa Kachowskiego. — Stoją oto i nic nie robią. Żołnierze w mundurach tylko, ziębną po dawnemu, przestępując z nogi na nogę, lub też biją dłonią o dłoń, aby się rozgrzać, czekając, sami nie wiedząc, na co. Przeczekali tak przeszło cztery godziny, nie podejmując żadnego ruchu, a tymczasem przeciwnik zdążył pozbierać wszystkie pułki, aby ich zdławić. Stoją, jak urzeczeni czarem, zastygli, i póki stoją, póty trzymają się twardo, krzepko, wyczuwa się w nich siłę, lecz przy najmniejszej próbie zmiany niemoc ogarnia, że i kroku stąpić nie potrafią. Niby w strasznym śnie, podnoszą stopy, chcą biegnąć, a wciąż stoją w miejscu. A przeciwnik również się nie rusza, jakby prześcigali się z sobą wzajemnie, kto kogo przestoi.
— Czy by Kachowski miał słuszność — zapytywał siebie Golicyn — czy cała ta nasza rewolucya stoi? Zwycięstwo samo nam idzie w ręce, a my go nie bierzemy i wypuszczamy jakby umyślnie, sposobność za sposobnością, lub popełniamy co chwilę jakąś niedorzeczność. Skoro moskiewski pułk się zbuntował, powinien był iść do innych pułków, by je z sobą pociągnąć, lecz pułk zamiast to uczynić, pomaszerował prosto na plac, gdzie nie zastał nikogo. Skoro morska załoga przystąpiła do powstania, mogła wziąć z sobą artyleryę; działa przeciw działom rozstrzygnęłyby sprawę na rzecz powstańców; lecz armat nie było, bo ich nie zabrano. Lejb-grenadyerzy mogli zająć twierdzę, która górowała nad miastem i nad zimowym dworcem, mogli zagarnąć pałac, gdzie znajdował się senat, rada, obie cesarzowe i następca tronu. Mogli to zrobić i nie zrobili. Lecz nawet pomimo tych wszystkich błędów siły powstańców były znaczne; trzy tysiące wojska i dziesięćkroć tyle ludu, gotowego iść za nimi na pierwsze skinienie wodza, ale wodza nie było.
— Dajcie nam tylko broń, a wpół godziny zrobimy przewrót w całem mieście — wołano w tłumie.
— Strzelać będą, poco idziecie na śmierć — odganiali żołnierze cywilnych.
— Niech strzelają! Ginąć chcemy z wami — odpowiadali ludzie.
Gotowość działania, była u ludu, u wojska i u młodszych członków związku, lecz nie u starszych, bo ci nie chcieli działać, a tylko pragnęli cierpieć i umierać.
— Czy umiecie grać w poddawkę? — spytał Kachowski Golicyna.
— W jaką poddawkę?
— A no! Taka gra w warcaby, gdzie ten wygrywa, kto więcej daje sobie zabrać. To właśnie my robimy; poddajemy się my im, a oni nam, współubiegając się, kto kogo w głupocie prześcignie.
— Nie! To nie głupota!
— A cóż innego?
— Nie wiem, może to, że pasujemy się nietylko z nimi, ale i w nas samych. Nie umiem jasno powiedzieć.
— Nie umiecie? Ech! Golicyn, więc i wy, jak drudzy. A cóż to innego, jeśli nie głupota. Widzieliście, jak niedawno nasi pojmali szpiega, adiutanta Bibikowa, wyszturchali go, zbili, zdarli płaszcz, a wtedy Michał Küchelbeker, ujął się za nim, wyrwał z rąk tłumu, przeprowadził sam przez placówki, z największą uprzejmością i jeszcze własny szynel na niego włożył, żeby się biedaczek nie zaziębił. Ćwiczymy się w chrześcijańskiej cnocie, gdy nas biją w prawy policzek, podstawiamy lewy. Samiście urzeczeni i wojskoście urzekli, tak, że strzela przes głowy, oszczędzając wroga. Rewolucya z miłością bliźniego filantropijny bunt. Duszę chcemy zbawić i krwi się boimy, ale krew będzie na próżno przelana i ta spadnie na nasze głowy. Wystrzelają, jak durniów i to się nam należy. Służalcy my! Służalcy wieczni. Podły kraj, podły naród! Nigdy w Rosyi nie będzie rewolucyi.
Umilkł nagle, odwrócił się i chwyciwszy się obu rękami za żelazne pręty ogradzające pomnik Piotra, począł bić głową o kratę.
— No! Przestań Kachowski; sprawa jeszcze nie przegrana, powodzenie możliwe.
— Możliwe? W tem właśnie podłość, że całkiem możliwe, lecz nie wolno zmarnować ani sekundy. Pomóżcie, Golicyn na miłość Boga! Powiedźcie im, co oni wyrabiają, co oni wyrabiają. Chociaż nie! bo i wy... wy także z nimi. Wy wszyscy razem, tylko ja.
Usta jego zadrgały, twarz skrzywiła się jak u małego dziecka, któremu się na płacz zbiera; opadł na kamienny stopień ogrodzenia, zgiął się, skulił, a oparłszy łokieć na kolanach, przycisnął ręce do skroni, łkając głucho:
— Zawsze sam... sam... sam jeden.
Patrząc na niego Golicyn, zrozumiał, że jeśli jest wśród nich człowiek gotowy duszę nawet własną zgubić dla sprawy ogólnej, to właśnie Kachowski, zrozumiał także, że niczem ukrzepić go, ani pocieszyć nie można; pochylił się tylko ku niemu i pocałował go w milczeniu.
— Panowie! chodźcie zaraz! Oboleński wybrany dyktatorem, złożymy radę wojenną — objaśnił, zbliżywszy się do nich Puszczyn, tak spokojnie, jak gdyby nie byli na placu rewolucyjnym, lecz w jadalnym pokoju Rylejewa przy herbacie.
Narzucono Oboleńskiemu dyktatorstwo prawie przemocą. Jako jeden z trzech członków zarządu tajnego związku, starszy rangą adjutant gwardyjskiej piechoty, miał on prawo do dyktatury bardziej, niż kto inny, lecz zato najbardziej ze wszystkich, nie chciał brać na siebie władzy. Długo się wzbraniał, lecz widząc, że stanowcza odmowa z jego strony, może zgubić sprawę, przyjął wreszcie i nakazał zwołanie rady wojennej. Zwoływali tą radę i zebrać jej nie mogli; członkowie wezwani szli i zatrzymywali się w drodze, jakby zamyśleni, wciąż jakby pod wpływem urzeczenia bezczynu.
— Czego my stoimy Oboleński? Na co czekamy — Pytał Golicyn, znalazłszy się przy stole ustawionym pod sztandarem, w środku czworoboku.
— A cóż mamy robić? — odparł Oboleński, opieszale i jakby niechętnie, jak gdyby myślał o czem innem.
— Jakto co!? Iść do ataku.
— Nie! Jak wasza wola Golicyn, lecz ja do ataku nie pójdę. Popsulibyśmy sprawę, zmuszając przyjazne nam pułki, do wystąpienia przeciw nam. Proszą tylko o to, by przeczekać do nocy, a wszystkie do nas przejdą. Przetrzymajcie, mówią, a przejdziemy na waszą stronę, skoro noc nastanie, zresztą wojska mamy mało, siły nierówne.
— A lud! cały lud z nami, dajcie mu tylko broń.
— Niechże Bóg uchowa! Dać im broń? Samibyście żałowali. Byłby to tylko zamęt, grabież, rzecz zwykła, przelew niewinnej krwi.
— Unikać należy wszelkiego przelewu krwi i działać ile możności legalnymi środkami — przypomniał ktoś, słowa Trubeckiego.
— No! a jeśli nas wystrzelają do nocy — rzekł Golicyn.
— Nie wystrzelają. Nie wzięli nawet jaszczyków z kartaczami.
— Te przecież łatwo przywieźć.
— Nie ośmielą się strzelać, zabraknie im odwagi.
— A jeśli nie zabraknie?
Oboleński nic nie odrzekł, a Golicyn zrozumiał, że wszelkie namowy są tu bezskuteczne.
— Patrzcie! patrzcie! — zawołał Michał Bestuzew — baterya się ruszyła.
Batalion lejb gwardyi Preobrażeńskiego pułku, wystawiony przed ostatnimi pułkami, rozstąpił się na dwie strony. W pustą przestrzeń wytoczone zostały trzy armaty, które obrócono wylotami na buntowników.
Bestużew wskoczył na stół, aby lepiej widzieć.
— A oto i kartacze, zaraz je będą ładować — zawołał.
A potem zeskoczył ze stołu, wymachując szablą.
— Teraz właśnie trzeba iść do ataku i zabrać im armaty.
Wszyscy zwrócili się do Oboleńskiego, czekając komendy, lecz on milczał, nieruchomy, ze spuszczonemi oczyma, jakby nic nie wiedział i nic nie słyszał. Golicyn chwycił go za rękę.
— Oboleński, co tobie?
— O co chodzi?
— Jakto! Czy nie widzisz, że armaty pod nosem i zaraz strzelać będą.
— Nie będą! Mówię ci, nie odważą się.
Armaty stały mniej jak o sto kroków od powstańców, pod komendą podpułkownika Anienkowa, który był członkiem tajnego związku. Łatwo było dopaść ich i zagarnąć, to też Golicyna chwycił gniew.
— Ależ to waryacya! czysta waryacya! Co ty wyprawiasz?
— Uspokój się Golicyn, ja już wiem, co robię. Niech oni zaczną pierwsi, a my potem, tak trzeba.
— Dlaczego trzeba? Mów przecie, przestań bredzić — wołał Golicyn coraz bardziej rozwścieczony.
— Posłuchaj Golicyn — przemówił Oboleński, wciąż jeszcze nie podnosząc oczu. — Za chwilę przecie umrzemy razem; nie gniewaj się gołąbku, że nie umiem wyrazić, co czuję. Nie potrafię powiedzieć, a tylko wiem, że tylko tak trzeba, nie inaczej, jeśli my z nim.
— Z kim?
— O nim zapomniałeś? — przemówił Oboleński, podnosząc oczy z cichym uśmiechem, a wtedy z kolei Golicyn opuścił wzrok.
Ból ostry, jak od pchnięcia nożem, przeszył mu nagle serce, ten sam ból, to samo pytanie, które już słyszał. Z nim czy przeciw niemu? Wszak przez życie całe o tem tylko myślał, żeby w takiej chwili być z nim, a oto chwila nadeszła, a on zapomniał.
— Nic to! Golicyn, nic! Wszystko będzie dobrze, wszytko będzie dobrze — przemówił Oboleński. — Chrystus z tobą, Chrystus z nami wszystkimi. Może być zresztą, że my nie z nim, za to on to już napewno z nami. A co się tyczy ataku — dodał po chwili — to się nie bój. Pójdziemy na bagnety i napewno nie stchórzymy, a zobaczymy już co będzie. No, a teraz czas nam na front. Już jaki jestem, to jestem, a zawszeć dyktator — rozśmiał się wesoło i podniósłszy szablę ruszał na front, a za nim wszyscy.
Dobiegłszy do linii, obaczyli kłusującego do nich od strony armat, jenerała Suchozaneta. Zatrzymał się przed placówką strzelców, do których przemawiał coś, wskazując ręką w stronę cesarza. Żołnierze przepuścili go.
— Dzieci! — przemówił Suchozanet, stanąwszy przed linią moskiewskiego pułku. — Działa na was obrócone, lecz monarcha łaskawy lituje się nad wami i daruje wszystko, jeśli natychmiast złożycie broń.
— Suchozanet! a gdzież konstytucya? — wołano do niego z czworoboku.
— Przysłany jestem tu z łaską cesarską, a nie dla układów.
— To ruszaj do dyabła z powrotem.
— I przyślij kogoś zacniejszego od siebie.
— Sztychem na niego dzieci. Bij! zabij!
— Nie tykajcie podleca! Szkoda na niego kuli.
— Ostatni raz mówię wam złóżcie broń, bo każę strzelać!
— Strzelaj! — krzyknęli wszyscy, dodając nieprzystojne wymyślania.
Suchozanet spiął konia ostrogą i zawrócił go, poczem puścił się galopem. Tłum rozstąpił się i udało mu się dopaść bateryi. Dano za nim salwę, lecz umknął już był i tylko posypały się białe pióra z kity jego kapelusza.
Golicyn zauważył z zachwytem, że Oboleński także strzelił. Wtedy około bateryi ukazał się nagle jeździec na białym koniu; był to cesarz. Powstańcy widzieli, jak podjechał do Suchozaneta i pochyliwszy się, powiedział mu coś na ucho. Nastąpiła cisza, a potem słychać było dokładnie komendę Sochozaneta.
— Ładuj bateryę! zakładaj lont!
— Ura Konstanty — ryknęli z zapamiętaniem powstańcy.
W półświetle mrocznego wieczora, błysnęły równocześnie spiżowe paszcze dział i gwiazdki zapalonych lontów. Golicyn patrzył w te światełka prosto w oczy śmierci, i znane słowa zabrzmiały w uszach, nabierając nowego znaczenia.
— Z nami Bóg! Z nami Bóg! Kachowski nie miał racyi! Będzie rewolucya w Rosyi i to taka, jakiej świat nie widział.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.