Dekabryści/Część druga/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

Z Grochowej zawrócili na lewo, obok domu Łobanowa i parkanu Izaaka i wpadli na plac Senacki; tu zatrzymali się przy pomniku Piotra i ustawili się w bojową kolumnę frontem do admiralicyi, a tyłem do Senatu. Wystawili placówkę strzelców wywiadowczych, a w środku kolumny ustawili rozwinięty sztandar, dokoła którego skupili się wszyscy obecni tu członkowie tajnego związku. Podobne to było do igraszek olbrzymów, ogromne i straszne jak śmierć, a śmieszne przytem i niewinne jak chłopięca swawola.
Aleksander Bestuzew, wszedł za kratę pomnika i pochyliwszy się do postumentu, pisać coś zaczął ostrzem swej szpady.
— Co ty robisz! — spytał go Odojewski.

Na skały Piotrowej granicie
Wolności ostrzę oręże.

Zadeklamował patetycznie Bestuzew.
— I czego chmurzysz się Golicyn, zauważył Odojewski — Bestuzew chciał cały pułk zbuntować; a że lubi trochę pozować, to i cóż? my to wszyscy lubimy, a mimo to jesteśmy zuchy.
Kniaź Szczepin, ochłonąwszy z poprzedniego szaleństwa, osłabł, ociężał i przysiadłszy na kamieniu, oglądał uważnie swoje ręce w rękawiczkach, splamionych krwią. Próbował je zdjąć, lecz przylepły od krwi — więc podarł je zrzucił z rąk i tarł dłonie śniegiem, aby zmyć krew.
— Wszystko będzie dobrze, powtarzał Odojewski słowa Oboleńskiego, o i to jest dobrze, rzekł do Golicyna, ukazując na Szczepina.
— Tak jest, bez tego nie można, odparł ten, a rzekłszy te słowa obejrzał się mimo woli na Kachowskiego.
W prostym kożuchu, obwiązanym czerwonym pasem, za który zatknięty był sztylet i dwa pistolety, Kachowski wyglądał jak zawsze, z twarzą chudą, o rysach dziwnie ciężkich, prawie że kamiennych i żałosnych oczach chorego dziecka. Poczuł on na sobie wzrok Golicyna i coś jakby drgnęło w tej kamiennej twarzy, jakby się chciało odsłonić, lecz natychmiast odwrócił się posępny. »Nie z wami, ja nie z wami. Nie byłem z wami nigdy i nie będę« przypomniały się Golicynowi wczorajsze słowa Kachowskiego i zrobiło mu się naraz nieskończenie żal samotnika, nad którym uczuł litość do nie zniesienia bolesną.
— A ot i Rylejuszka; zmęczył się biedak, zmordował, ściskał go Golicyn z osobliwą czułością, bo czuł się wobec niego winnym z powodu podejrzenia, że prześpi sprawę, a on tymczasem od wczesnego ranka miotał się po koszarach i werkach, chcąc nazbierać żołnierzy, nic nie wskórał i wrócił z pustemi rękami.
— Mało nas! Golicyn, och, jak mało.
— To nic, w każdym rasie trzeba było zacząć, przypomniał Rylejewowi, właśnie jego słowa.
— Tak! Trzeba było choć na minutkę, jesteśmy wolni, zawołał Rylejew.
— A gdzieś Trubecki? Przypomnieli sobie nagle.
— Czort jego wie, przepadł, jak pod ziemię skrył się.
— Zląkł się widocznie i przepadł.
— Jakże tak można panowie, czyż możemy zaczynać bez dyktatora, zafrasował się Rylejew.
Tu za stalowym murem bagnetów bezpiecznie było jak w fortecy, a przytem zacisznie i ciepło od mnogich oddechów ludzkich. Od żołnierzy szedł zapach koszarowy razowego chleba, tytoniu i siermieżnego sukna; paniczyk Odojewski woniał przednią perfumą z parmeńskich fiołków, a mieszanina tych dwóch zapachów wydała się Golicynowi symbolem zjednoczenia.
Członkowie tajnego związku ściskali się, całowali po trzykroć, jak na Wielkanoc. Twarze ich były tak zmienione, że patrzyli na siebie, jakby oglądając się po raz pierwszy. Mówili pospiesznie, porywczo, przerywając sobie wzajemnie, często bez związku, jak w malignie, lub pijanem odurzeniu.
— No cóż, Saszka! Dobrze idzie, nieprawda? — pytał Golicyn Odojewskiego, który nie zdążył dojść do domu z kawiarni, gdyż po drodze dowiedział się o buncie i natychmiast przybiegł na plac.
— Doskonale, Golicyn! Wspaniale! Nigdy się nie spodziewałem, że tak świetnie pójdzie — odparł Odojewski, poprawiając szynel, przyczem wypadła mu z kieszeni paczka, obwiązana różową wstążeczką.
— No cóż! Może będziesz teraz podły! na kanapie leżał i karmelki smoktał — rozśmiał się Golicyn, a w duszy pomyślał: »Ożenię się z Marynką, stanowczo się ożenię«. Co ja bredzę? — próbował się opamiętać — zginę zapewne za chwilę; no tak, ale jeśli nie zginę, to się ożenię.
Zbliżył się także Puszczyn, z którym pocałowali się trzykrotnie, jak na Wielkanoc.
— A jednak zaczęło się, Puszczyn, a tyś mówił, że przed dziesięciu laty ani pomyślić.
— No, byśmy zaczęli bez pomyślenia.
— I może źle wyszło?
— Owszem, dobrze.
— Wszystko będzie dobrze! Wszystko będzie dobrze! — powtarzał Oboleński, także trochę odurzony, lecz z tak jasnym uśmiechem na twarzy, że patrząc na niego, wszystkim się robiło w duszy jasno.
A Wilhelm Küchelbeker, dłngi, niezgrabny, podobny do postrzelonej czapli, opowiadał wszystkim, jak go po drodze na plac dorożkarz przewrócił z saniami.
— Potłukłeś się?
— Nie! Prosto w śnieg, miękko, byle pistolet nie zamókł.
— Niby ty umiesz strzelać?
— Mierzył do wrony, a trafił w krowę.
— Jakie ty miewasz dziwne przygody, Kuchla!
— Śmieją się, żeby nie płakać z radości — pomyślał Golicyn i pobiegł rozgorączkowany, by miotać się po całem mieście, szukając Trubeckiego.
— Nie wydali żadnych rozporządzeń, spędzili jak baranów na plac, a sami się kryją, warknął Kachowski.
Wszyscy zamilkli nagle zbudzeni z upojenia i wszystkim przebiegł po sercu, chłodny dreszcz. Nie wiedzieli co począć. Zebrali się tu o jedenastej; na admiralskiej wieży wybiła dwunasta, a nie było jeszcze widać żadnego przeciwnika, jak gdyby wszystkie władze wymarły. Zamierzali zaskoczyć senatorów, lecz okazało się, że ci już o ósmej z rana złożyli przysięgę i przejechali się do zimowego pałacu na nabożeństwo. Żołnierze w mundurach tylko bez płaszczy, ziębli i rozgrzewali się winem zaprawnym korzeniami, przestępowali z nogi na nogę, lub bili się rękami po ramionach; po za tem stali tak spokojnie, że przechodnie myśleli, że to wojskowa parada. Golicyn chodził wzdłuż frontu, przysłuchując się rozmowom żołnierzy.
— Konstantyn Pawłowicz, sam tu jedzie z Warszawy.
— Na czwartej stacyi od Narwi, stoi z korpusem polskim, dla wytępienia tych, co przysięgać będą Mikołajowi Pawłowiczowi.
— Inne pułki, także odmówią przysięgi.
— A jeśli on tu nie przyjdzie, to my do niego pójdziemy i na rękach przyniesiem.
— Ura! Konstanty. Tem kończyło się wszystko, a gdy pytano ich dlaczego nie przysięgają, odpowiadali:
— My podług sumienia.
Między prawym frontem czworoboku, a parkanem cerkwi Izaaka, tłoczył się tłum cywilnych; Golicyn wszedł między nich i także nasłuchiwał.
W tłumie byli chłopi, rzemieślnicy, mieszczanie, kupcy, służba, urzędnicy i ludzie niewiadomego zawodu, dziwnie odziani, jakby się umyślnie przebrali. Mieli więc na sobie płaszcze pańskie, a chłopskie czapki, albo też półkożuszki chłopskie, a do tego wysokie kapelusze, czarne fraki i zgrzebne koszule z czerwonemi szarfami zamiast pasów. Jeden z nich miał twarz całą umazaną sadzą jak kominiarz.
— Taki kmotr, figurą jest w policyi, to sobie pysk osmolił, aby go nie poznali. Objaśnił ktoś Golicyna.
— Czarny pysk ale sumienie białe. Nie sztuka polubić białego, pokochaj mnie i czarnym bo być białym każdy potrafi; odcinał się czarno gęby, szczerząc zęby białe jak u Negra. Wielu miało broń, stare zardzewiałe szable, noże, siekiery, rydle i żelazne drągi, takie jakich używają stróże do rąbania lodu, a także i zwykłe dębczaki, jak w czasach Puhaczewszczyzny. A ci co przyszli z gołemi rękami, wyrywali koły z Isakowskiego parkanu, albo kamienie z bruku, zbrojąc się czem kto mógł.
— Widząc to bezładne barbarzyństwo i ucisk prostego narodu, cesarz Konstanty Pawłowicz, postanowił to wszystko uporządkować; przemówił chudy rzemieślnik, z wynędzniałą, złą i mądrą twarzą — ubrany w zatłuszczony kaszkiet i drelichowy paskowany kubrak przepasany rzemiennym pasem.
— Po dwie skóry z nas zdzierają, przeklęci — syczał gniewnie bezzębny sługa dworski, staruszek w bajowej dworskiej katanie z kilku pelerynkami.
— Ciężko żyć ludziom, w całem ruskiem carstwie, oj tak! tak! biadała baba czerwona jak burak, z grubym ręcznikiem pod pachą, widocznie wyszła co tylko z łaźni, a przy niej dziewczynka z wyłupiastemi oczyma, w długim matczynym kaftanie, otwierała szeroko buzię i słuchała chciwie, jakby coś rozumiejąc.
— Panowie szlachta, najgorsi w świecie padlecy! — zawołał ktoś w tłumie.
— Przeżyli już oni swoje piękne czasy, to też on ich teraz wytrzebi.
— Nie długie im już panowanie, nie dziś to jutro, krew z nich strumieniem pociecze.
— Wolność! dzieci wolności! — zakrzyknął ktoś, a wszyscy w tłumie, jak jeden mąż, odkryli głowy i przeżegnali się.
— Sam on już idzie rozprawić się z nimi, już niedaleko.
— Ale gdzie tam! wzięli go pod straż, w kajdany zakuli i wywieźli.
— Ach ty nasz biedaku serdeczny!
— Nie bójcie się, już my go odbijemy.
— Idą już! idą! posłyszał Golicyn i obejrzawszy się, zobaczył od strony admiralskiego bulwaru, nadjeżdżającą gwardyę konną. Jeźdźcy w stalowych hełmach i pancerzach, postępowali zwolna, ostrożnie jakby skradając się, jadąc po trzech w szeregu.
— Widzicie! Lezą jak senne muchy, nie do smaku biedaczkom, śmiano się w tłumie.
— No! Bogu chwała, zaczyna się.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.