Czarny miesiąc/Tom II/Część druga/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Czarny miesiąc
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Thérèse Dunoyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
WYZNANIE..

Wprowadzimy teraz czytelnika z powrotem do skromnego numeru hotelowego, zajmowanego przez pana de Ker-Elliot w dniu, w którym miał być uroczyście przedstawiony przyszłej swej żonie. Rozmowa Teresy z rodzicami, jaką właśnie przytoczyliśmy, odbyła się wieczorem na dwa dni przed tą prezentacją.
Wielkie wybuchy radości, jad< i wybuchy głębokiej rozpaczy, zostawiają po sobie gorączkowy niepokój, jakby strach i nieustanne wyruszenie.
Ewin miał ujrzeć Teresę o ósmej wieczorem. W ciągu całego dnia wielokrotnie wychodził z domu bez celu; powracał i znowu wychodził. Rysy jego, zmienione gwałtownem wyruszeniem, jaśniały radością; to chodził szybkim krokiem, to nagle się zatrzymywał. Dla służby hotelowej, jak wogóle dla ludzi niższego stanu, zawsze był hojny i łaskawy, dziś jednak tak rozrzucał pieniądze, że w końcu portjerzy zaczęli między sobą szeptać, że jaśnie wielmożny pan baron musi chyba się żenić.
— Ach, jakże czas się wlecze... dopiero czwarta! — gorączkowo mówił Ewin. — Och... jakże nawet oczekiwanie szczęścia może być męczące! To prawie graniczy z boleścią... tak... czasami godziny smutku prędzej przebiegają! Teresa zwróciła na mnie uwagę... przyjmie oświadczyny!... Widocznie przeczuła moje cierpienia i te cierpienia wzruszyły ją....a ojciec zezwala na wszystko... ledwo mnie ujrzał, już sam uplanował to małżeństwo... i ona będzie moją! Ach, teraz poczciwy ksiądz de Keronëllen nie będzie wyrzucał mi niedorzecznych marzeń, ani prawił o mym braku równowagi umysłowej. Gdybym nie marzył... gdybym nie wywoływał tego uroczego widziadła, byłbym zapewne ożenił się z jakąś pospolitą dziedziczką, a teraz... mam zaślubić ją... tak piękną... tyloma przymiotami obdarzoną!... Doprawdy, to chyba cud jakiś! Czyż nie można uwierzyć, że jakaś dobroczynna wieszczka znajduje przyjemność w urzeczywistnieniu marzeń ludzi!
— Więc Teresa będzie moją! Wprowadzę ją do zaimku mych ojcowi, będę, z nią przebiegał nasze pola, lasy, łąki i skały! Ach, będę siedział z nią tam, gdzie nieraz płakałem samotny, gdzie przyzywałem ją i kochałem, nigdy jej nie widząc... Ona... mój sen prawdziwy... ona pojmie niesamowitość tej namiętności, skoro jej pokażę ten portret, który mnie natchnął miłością... kiedy moi wierni, służący będą z płaczem całowali jej ręce... jakie szczęście., ileż szczęścia!...
— Och, tak... wiem, że Teresa.głęboko odczuwa piękno natury... jej ojciec mówił mi przecież o tem... a więc moje przeczucia w niczem mnie nie omyliły!... Och, jakież to szczęście... siedzieć zimę przy kominie, gdy wiatr będzie huczał na dworze, a burza srożyła się nad skałami wybrzeża... jakże przyjemnie, będzie brzmiał jej głos melodyjny, który już teraz wciąż dźwięczy w mem sercu... Och, jakże ona pokocha to życie szczęśliwe i samotne!... Przecież ojciec jej mówił mi, że ona zawsze marzyła o Bretanji.
Znowu gorączkowo spojrzał na zegarek — pomyślał, że się spóźnia, więc wyszedł sprawdzić na zegarze hotelowym; ponieważ i tam było jeszcze zawcześnie, poszedł sprawdzić na ulicę, wreszcie powrócił do swego pokoju i dalej chodził z kąta w kąt.
— Nie wiem,(dlaczego... ale ma jej melancholijnej twarzy wyryta jest namiętność... choć spokojna... Zdaje się, że, jak i ja zrodzona jest do samotności. A ileż ona będzie robiła dobrego! Jakże nasi rybacy, nasi czynszownicy, słudzy, ubodzy, będą ją błogosławili!... Ale — uśmiechnął się baron — co za głupią minę będzie miał ten prorok od siedmiu boleści... Mon-Nader! Zaklinał się, że mnie w listopadzie djabli wezmą, a okazało się, że w listopadzie pojąłem anioła za żonę... nie mnie, ale całą jego wieszczą sławę djabli wezmą... Ale... szczególniejsza rzecz: wydaje mi się, że po raz pierwszy spotkawszy się z nią, nie będę wcale zmieszamy, że, rozmawiając z nią, będę jakby kontynuował rozmowę, którą z nią miałem przed kilku miesiącami! Nie chciałem mówić ojcu o wszystkich romantycznych okolicznościach, jakie obudziły we mnie tę miłość — bo człowiek mądry i dobry, ale możeby tego nie zrozumiał — lecz ona, ona je pojmie odrazu!... Jakże wtedy łatwo się wytłumaczy sympatja, jaką w niej odrazu wzbudziłem!... Niekiedy wydaje mi się, że ona stale była ze mną w jakimś tajemnym związku, że kiedy mówiłem do niej w Bretonji, to ona mnie słyszała... No, to już warjacki pomysł! — uśmiechnął się znowu, wzruszając ramionami — bredzę jak szaleniec!... Ach... jakże czas się wlecze... no, już wieczór zapada...
Znowu wybiegł, zobaczyć godzinę i znowu wrócił bez rezultatu.
— Och, godziny, godziny!... Możebym już wyszedł... nie, na co to by się przydało? Znowu bym wrócił... niepotrzebnie bym chodził i denerwował się jeszcze więcej... Wola Boga wyraźnie się przejawiła w tem małżeństwie... och, dobroci nieskończona! Nieprzeniknione zamiary, dzieło, tajemnie dokonane!... Początkowo myśli moje płyną błędnie, niepewnie... następnie znajduję ten portret który mym myślom nadaje postać... potem ksiądz de Keronëllen podsuwa mi myśl wyjazdu do Paryża, po to właśnie, abym o tym portrecie zapomniał... aż tu natrafiam na uroczą dzieweczkę... tak do tego portretu podobną... a wkońcu zaślubiam anioła! Ach, jakże cudowny zbieg wypadków!... Kobieta, z twarzy podobna do Teresy, wniosła w dom mej rodziny przed wiekiem nieszczęście... Teresa, przeciwnie, otrze łzy tylu nieszczęśliwym, a ja będę ją błogosławił!... Być może, że nasz dziad, z góry za nas odpokutował... może szczęście, jakie mnie czeka, to nagroda za jakiś szlachetny czyn przed wiekami, to wynagrodzenie za jakieś cierpienia bez winy mych przodków!... Chyba tak, bo ja sam czemże na podobne szczęście zasłużyłem?... A może Teresa przychodzi, aby się odpłacić, zadośćuczynić, zmazać krzywdy, uczynione naszej rodzinie przez jakąś kobietę, do innej podobną.
Wreszcie zaszło słońce.
Nagle zapukano do drzwi. Wszedł jeden z garsonów hotelowych i rzekł do pana Ewina.
— Jaśnie wielmożny panie baronie, jakaś kobieta chce pana widzieć!
— Mnie? — zdziwił się Ewin.
— Tak, jaśnie wielmożny panie. Pyta wyraźnie o pana barona de Ker-Elliot. Wygląda na jakąś pokojówkę wielkiej damy.
— Proś, niech wejdzie.
Garson wybiegł i po chwili weszła kobieta w czarnym kapeluszu i czarnej salopie; głęboko skłoniła się przed Ewinem; z wyglądu była to rzeczywiście typowa subretka.
— Czego pani sobie życzy? — spytał Ewin; zdawało mu się, że już ją gdzieś widział.

— Przychodzę do pana z bardzo ważnem poleceniem... bardzo ważnem... — szepnęła cicho i podała baronowi następujący bilecik:
Panie Baronie de Ker-Elliot!
W imię honoru i uczciwości Pana, w których pokładam ufność najpewniejszą, racz pan udać się za osobą, która odda ci ten bilecik; nie pytaj o nic i podążaj tam, gdzie ona cię poprowadzą.
Teresa Dunoyer.

Baron spojrzał z osłupieniem na kobietę i rzekł z żywością.
— Prowadź minie, pani, idę za tobą.
Była to panna Rozalja, pokojówka Teresy — pisaliśmy już, że dziewczyna ta była przekupiona przez de Montal‘a.
Ewin wyszedł z tajemniczą przewodniczką; przed bramą hotelową dziewczyna kazała mu iść za sobą; na rogu ulicy czekał już na nich fiakier.
Ewin siadł do powozu obok panny Rozalji. Tknęło go jakieś nieokreślone przeczucie... ten szczególny krok panny Teresy zmieszał go i zaniepokoił; pogrążył się w smutnej zadumie i znowu począł konać w nieznośnych cierpieniach.
Nie zdawał sobie sprawy, jak długo jadą i przez jakie ulice; wreszcie powóz zatrzymał się; baron poznał dom pana Dunoyer. Było już zupełnie ciemno; panna Rozalja kazała zatrzymać powóz i szepnęła baronowi:
— Niech jaśnie pan nie wchodzi na wielkie schody, a podąża za mną...
Portjer stał właśnie przed bramą, lecz widząc pokojówkę panny Dunoyer, nie zwrócił żadnej uwagi na towarzyszącego jej mężczyznę; wiedział zresztą, że panna Rozalja ma dużo wielbicieli. Ewin spokojnie obszedł fasadę domu.
Idąc wciąż za dziewczyną, dostał się przez schody, przeznaczone dla służby, do apartamentu, na którego drzwiach widniał bilet wizytowy jakiegoś Bernard‘a — był to apartament, wynajęty przez pana de Montal. Było około szóstej. Panna Rozalja ostrożnie otworzyła drzwi i szepnęła:
— Jaśnie wielmożny panie baronie — panienka czeka tam na pana.
Gdy Ewin wszedł do ciemnej komnaty, zamknęła za nijm drzwi i zniknęła.
Pan de Ker-Elliot spostrzegł odrazu, że w sąsiednim pokoju pali się światło; uchylił jego drzwi i ujrzał... pannę de Dunoyer.
Teresa była blada; oczy jej płonęły gorączkowym ogniem, stała oparta o komin; wyraz jej twarzy ściął Ewinowi krew w żyłach.
W czasie pierwszego zetknięcia się z Teresą, gdy dostrzegł jej podobieństwo z damą z portretu, z Treff-Hartlog, penkun-ger‘owi podobieństwo to wydało się raczej, że tak powiemy, materjalnem, niż moralnem; fizjonomja Teresy wydała mu się łagodną i melancholijną. Teraz tymczasem, groźny, dumny wyraz jej twarzy, odrazu przypomniał mu rysy złego ducha jego dziada, o równie mroźnem, srogiem i złośliwem spojrzeniu; zabobonne jego obawy zbudziły się nagle na mowo, połączone z innemi uczuciami, poprostu sparaliżowały mu umysł.
Wpatrywał się w Teresę wzrokiem obłąkanym, trwożnym.
Po kilku minutach przygnębiającego milczenia, Teresa pierwsza przerwała ciszę gniewnym głosem:
— Czy pan wiesz, gdzie jesteś?
— Sądzę, że w mieszkaniu, które pani wraz z siostrą zajmuje...
Teresa uśmiechnęła się gorzko.
— Jesteś pan u pana de Montal.
— Co?... U pana de Montal?... Doprawdy, nie rozumiem.
Twarz Teresy stała się bardziej jeszcze ponurą, pogardliwą.
— Powtarzam panu... panu, który chciał... kupić mnie od mego ojca... że jesteś teraz u pana de Montal.
— Pani... — Może pan zrozumie wreszcie, że z tego targu nic nie wyjdzie. I pan de Montal tu był... przed niecałą godziną.
— Ależ pan de Montal tutaj nie mieszka! — wykrzyknął Ewin.
— Och, jakże trudno coś panu wytłumaczyć... co za głowa!... Przecież pan de Montal oddawna wynajął te trzy pokoje i przepędza tu dni — całe... i ja, kiedy mogę, podzielam jego samotność... krótko mówiąc, pan de Montal jest moim kochankiem... czy jeszcze masz pan zamiar dobijać się o maję rękę?...
Ewin wydał długi jęk i zakrył twarz rękoma.
— Teraz — mówiła Teresa <ze wzgardą —odsłoniłam ci, mój panie moją tajemnicę... skoro moi rodzice powrócą za godzinę... możesz im powiedzieć, szanowny panie, o wszystkiem....zezwalam ci.
— Och, Boże, Boże!... — szepnął Ewin w niewysłowionej rozpaczy.
— Żeby pana zmusić do wyrzeczenia się bezsensownego zamiaru poślubienia mnie, nie miałam odwagi odwoływać się do twego charakteru... Powiem tylko, że, jeśli, mimo tego wyznania, będziesz mnie prześladował, przysięgam przed Bogiem... i już przysięgłam, że sto razy umrę, zanim zgodzę się ma to małżeństwo... powinieneś pan już zorjentować się w moim charakterze i wiedzieć, do czego jestem zdolna.
— I pani pisała?...
— Napisałam do pana, aby panu powiedzieć, że nie będę niczyją... poza panem de Montal; lękam się tylko, Czy to będzie dostateczne do skłonienia ciebie do wyrzeczenia się myśli o mnie... Mój ojciec jest bogaty... i to zapewne leży u podstaw tej nagłej miłości...
— Więc pani tak o mnie sądzi?... Och, Boże, Boże! — rozpaczał Ewin.
— Czy ja tak sądzę? — zawołała Teresa z obrzydzeniem. — Alboż postępowałeś pan choć chwilę, jak człowiekowi uczciwemu i szczeremu przystało? Nie dbając zgoła o moją zgodę, nie znając mnie, nie kochając, boś mnie przecież zaledwie w przelocie widział, podbechtałeś pan chciwość mojego ojca i skłoniłeś go aby mnie zmusił do tego małżeństwa — ze strony bowiem ojca była to nie propozycja, ale wyraźny, kategoryczny rozkaz, połączony z groźbami i obelgami. I pan jesteś sprawcą, albo conajmniej współwinowajcą moich cierpień, i dlatego pana nienawidzę!
— Jak ją zwiedziono... mój Boże... jak ją zwiedziono?..
— Zadziwia pana, że panu daję odkosza? Czyż nie powinnam być w siódmem niebie, że podzielę pański majątek, zdwojony jeszcze mojem wianem?... Bo zapewne spodziewasz się, że zaślubiając bankierównę i oddając cały swój kapitał w administrację jej ojca, będziesz pławił się w złocie? Rachuby twoje są słuszne... tylko o jednem zapomniałeś!
— Biada mi, biada... nieszczęście mnie ściga! — mówił Ewin, bliski obłąkania. — Opatrzność jeszcze nie jest nasycona losem mego dziada... i moje przeznaczenie spełnić się musi... Och, jakże się zawiodłem!
— Przykro ci, panie, żem twe zamiary przejrzała?... Ale czuć przykrość, to nie dosyć... to wstyd i hańbę ci przynosi! Podły wobec kobiety, którą potraktowałeś, jak towar... przeniewierstwo popełniłeś wobec przyjaciela... nie dotrzymałeś mu wiary!... Tak, to zamiast, jak przyrzekałeś, czekać na wynik starań pana de Montal, podstępnie poszedłeś dobijać targu o moją rękę!
— Ja?... ja?... — zawołał Ewin, zdumiony tem oskarżeniem.
Teresa roześmiała się pogardliwie.
— A czy pan wiesz, jakiego człowieka zdradziłeś? — zawołała z uniesieniem. — Gzy wiesz, do jakiego stoipnia posunął pan de Monital swą uczciwość! On mnie kocha, kocha namiętnie... i wie o mojej wzajemności... i chociaż wieleby go kosztowało, aby nie zdradzić wiary przyjaciela, poszedł do mego ojca, w chwili, gdyś pan łamał swoje słowo. I czy pan możesz liczyć na serce, które bije dla takiego człowieka? Mój panie, jesteś albo. fenomenalnie próżny, albo fenomenalnym głupcem.
Gniew i uniesienie Teresy dadzą się w pewnej mierze usprawiedliwić. Złudzona przez pana de Montal, lękała się wciąż, aby nie popełnił samobójstwa, następnie, miłość jej była zagrożona; wreszcie zaś, pan de Montal usposobił ją niekorzystnie dla swego rywala, gorące zaś pochwały ojca przedstawiły jej młodego barona w jaknajgorszem świetle. Teresa nigdy zbytnio nie szanowała rodziców, teraz zaś każdy człowiek, cieszący się sympatją tego lichwiarza, stawał się dla innej pogardy godnym.
Ewin spadł z takich wyżyn uniesienia i zachwytu, że nie miał siły bronić się i usprawiedliwiać; zresztą z gorzkich wyrzutów Teresy część tylko dosięgała jego świadomości. Pogrzebany w gruzach swych nadziei i marzeń, stracił prawie przytomność i zaledwie widział i słyszał, co się dokoła niego dzieje. Jedyną myślą jaka nasuwała się jego skołatanemu umysłowi, było: być posłusznym woli Teresy i zerwać wszelkie stosunki z panem Dunoyer.
W udręczeniu usiadł, oparł czoło na dłoni i siedział, niezdolny do wymówienia słowa choćby.
Teresa spoglądała nań pogardliwie, ale zarazem w spojrzeniu jej malował się rosnący niepokój. Osłupienie barona przypisywała wstydowi, albo wyrzutom sumienia.
Powoli młoda dziewica poczynała u czuwać, że energja jej słabnie... zaniepokoiło ją, że tak się szczyciła ze swej niesławy wobec człowieka, nieznajomego przecież. Po gorączkowem wysileniu przeżywała pewien rodzaj upokorzenia poprostu.
Przewlekające się milczenie Ewina poczęło trwożyć Teresę. Pomyślała, że przecież człowieka tego obraziła i nagle zlękła się — wychowana wśród ludzi mściwych i przewrotnych, drżała przed zemstą człowieka, którego najlepiej charakteryzowało to, że się cieszył takiem zaufaniem pana Achillesa Duuoyer! Cóż on mógł uczynić?
Wreszcie pen-kan-ger podniósł głowę; męska, wyrazista jego twarz sprawiała wrażenie przygnębiające: na tle czarnej brody i włosów, bladość jego bardziej jeszcze rzuciła się w oczy; podniósł się z załzawionemi oczyma, zbliżył się do Teresy, delikatnie ujął ją za rękę i, patrząc przez chwilę w milczeniu w twarz młodej dziewczyny, począł mówić głosem stłumionym:
— Tak, teraz poznaję ten sam wzgardliwy uśmiech... to groźne spojrzenie... Mor-Nader ma słuszność, kwiat grobowy kwitnie w czarnym miesiącu... I ja zobaczyłem ją w czarnym miesiącu... Nieszczęście... nieszczęście!.. Moje przeznaczenie się spełni... ale i twoje także, młoda dziewica... jak los tamtej się spełnił, choć mego dziada zgubiło... jakże to smutne, bardzo smutne...
Na te wyrazy, które Ewin wymówił łagodnie i z boleścią, gniew i pogarda Teresy ustąpiły miejsca osobliwemu uczuciu. Było to zjawisko psychologiczne, trudne do wytłumaczenia: przez chwilę zdawało się jej, że to właśnie ten mężczyzna, który stał przy niej i tak słodko na nią spoglądał, był ową istotą idealną, którą kochała, o której marzyła, a której pan de Montal był tylko potworną imitacją, Straszydłem w masce Renego.
Jakieś niebiańskie światło rozjaśniło na chwilę umysł Teresy i dało jej poznać prawdę. W czasie tego uroczego zachwycenia, szybkiego jak błyskawica; przez chwilę mignęły jej w świadomości obrazy jej samej i Ewina, jaśniejące szczęściem i pogodą; trzymała rękę Ewina, czuła, jak drży i mimowoli ściskała ją równie dłużącą ręką.
Lecz po chwili uczuła, jak stacza się w jakiś mrok...
Potem wydało się jej, że wstaje z jakiegoś dziwacznego snu...
Znowu ujrzała przed sobą jakiegoś pospolitego jegomościa, chciwego i prostackiego bretońskiego szlagona, którego wprowadziła w kłopot jej duma, i pogarda i który bełkocze jakieś nędzne i bezmyślne usprawiedliwienie.
Cóż mamy sądzić o tym dziwnym, przelotnym stanie Teresy?
Cóż nie było to jednem z tych natchnień przelotnych, które budzą się pod wpływem nieświadomej sympatji wzajemnej, jedno z tych świateł niebiańskich, które rozjaśniają ciemności, w których ukryte są oba serca, dla siebie stworzone, ten okrzyk, rozdzierający duszę na widok prawdziwego szczęścia, które się pokaże na chwilę i znika na zawsze, bo tak chce przeznaczenie...
I jeszcze jedna rzecz szczególna: w pamięci Teresy nic się nie zachowało z tej błogiej chwili — ocknąwszy się i uczuwszy rękę Ewina w swojej, odepchnęła ją gwałtownie i zarumieniła się ze zdwojonego gniewu.
I pen-kan-ger w tejże chwili przeżywał zachwycenie wzrok jego nie opuszczał wzroku Teresy... i on doznał uczucia niebiańskiego szczęścia, nie dlatego, że sam widok Teresy sprawiał mu rozkosz niewysłowioną, ale że i ona darzyła jego uczucia wzajemnością.
Lecz wszystko przeminęło.
I Ewin obudził się jak ze snu, na poruszenie Teresy, odpychającej z brutalną wzgardą jego rękę.
Powróciwszy do przytomności, z podwójną siłą uświadomił sobie, w jak nieznośnej sytuacji się znalazł. Postanowił jaknajśpieszniej skończyć męczącą scenę.
Cichym, łagodnym i spokojnym głosem do panny Dunoyer:
— Czy zastanę ojca pani?
— Nie, mój panie — powróci razem, z moją matką dopiero na wpół do siódmej — pan zaś jest proszony na ósmą. — Zapewne chcesz im donieść, że kocham pana de Montal, że już jestem jego kochanką i że tylko do niego chcę należeć. Pozostawiam panu wolną rękę — ja jestem gotowa na wszystko.
Oburzenie i wzgarda Teresy zdawały się wzmódz jeszcze po chwili, w której uległa jakiemuś mimowolnemu rozczuleniu.
— Idź pan, idź, ja się niczego nie lękam — mówiła. Żadne nieszczęście mnie dosięgnąć nie zdoła. Skoro pan de Montal mnie kocha, żadna siła nie zdoła mnie zmusić, abym za kogoś innego... za ciebie... ciebie, sprawcę mych cierpień.... Gdyby nie twoje żądanie, mój panie, gdyby nie targi z mym ojcem, ojciec nie odmówiłby hrabiemu mojej ręki — przecież jemu chodzi tylko o pozbycie się mnie z domu — ale tyś olśnił go perspektywą zostania wspólnikiem bogatego szlachcica. Biada, biada tobie — bo nigdy mnie nie kochałeś i unieszczęśliwiłeś mnie tylko dla nasycenia twej podlej chciwości! Ale już nie licz...
I Teresa rozpłakała się.
Pan de Ker-Elliot odczuwał wprost dziką rozkosz na widok jak Teresa straszliwie się pomyliła. Niekiedy boleść dochodziła do takiego natężenia, że człowiek poczyna się nią delektować i nie chce przed nią uchodzić.
Kilkakrotnie pan de Ker-Elliot chciał zapytać Teresy, czy pan de Montal mówił jej o tajemniczym portrecie i o romantycznych okolicznościach, jakie obudziły w nim tę miłość; jednakże, na widok stanu młodej dziewicy, nie zdobył się na zadanie tego pytania... Pocóż wogóle miał jeszcze co mówić — panna Dunoyer urągałaby jedynie na widok jego cierpień i, jeżeli nawet nie parsknęłaby mu na tę historję śmiechem w oczy, to zapewne uczucia jej do pana de Montal nie osłabłyby ani na chwilę.
Ewin zanadto przytem był dumny, aby otwierać swe serce w podobnych okolicznościach. Przytem, siły jego były już wyczerpane.
Wyszedł, zataczając się, jak pijany.
Wolnym krokiem powrócił do siebie; opanował go jakiś dziwny, przerażający spokój; wydawało się, że straszliwa katastrofa nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
Zaraz po przyjściu, napisał do pana Dunoyer, że nieprzewidziane okoliczności zmuszają go do natychmiastowego wyjazdu i do wyrzeczenia się ręki Teresy.
Chciał ten list posłać przez garsona, lecz, po chwili namysłu, wrzucił go do skrzynki pocztowej; pomyślał, że możeby bankier, odczytawszy tę wiadomość, przybiegłby pośpiesznie do hotelu.
Po wyekspedjowaniu tego listu, pan de Ker-Elliot zapadł w głęboką, przygniatającą zadumę. Jak przez cały ten dzień zapowiadający się tak słonecznie, a zakończony potwornem zdruzgotaniem wszystkich jego marzeń, mówił sam do siebie:
— Ach... niedawno omal mię nie doprowadziła do obłędu miłość do idealnej istoty... o której sam byłem przekonany, że istnieje tylko w mojej wyobraźni... Teraz wiem, że ta istota żyje, widziałem ją i mogła do mnie należeć, ale będzie cudzą... Tak, Teresa kocha jego, a mnie tak nienawidzi, że z dumą mi wyznała, że już nie jest dziewicą... Niepodobna, by miłość i nienawiść osiągnęły takie natężenie.... A przecież kochałem ją... i kocham jeszcze... i, gdyby jutro umarła, kochałbym dalej... Teraz wszystkie moje urojenia, zabobonne trwogi, obstąpią mnie ze zdwojoną siłą... Tak, przeczucie mnie nie myli... w przyszłym czarnym miesiącu chyba oszaleję, albo pozbawię się życia... Nie, Mor-Nader niezawsze bredzi od rzeczy...
Nazajutrz Ewin de Ker-Elliot wyruszył do dalekiej Bretonji.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.