Czarny miesiąc/Tom II/Część druga/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Czarny miesiąc
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Thérèse Dunoyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
KATASTROFA.

W chwili, gdy zrozpaczona Teresa zdecydowała się wezwać tajemnie Ewina de Ker-Elliot i wyznać mu swą miłość do pana de Montal los tej nieszczęśliwej był już przesądzony... już trzeci dzień była kochanką hrabiego..
Wieczorem po owej okropnej rozmowie z rodzicami, zamknęła się w swem mieszkaniu. Dnia tego, państwo Dunoyer, aby ukarać ją jeszcze surowiej, swoim zwyczajem wybrali się z Klementyną i miss Hubert do jakiegoś teatrzyku. Teresa na to tylko czekała: nie zwlekając, pobiegła do apartamentu hrabiego, który tego dnia oczekiwał na nią wyjątkowo długo.
Łatwo domyśleć się, co nastąpiło: nadużywając zaufania, bojaźni, rozpaczy, uniesienia i zaślepionej miłości nieszczęśliwej dziewicy... uwiódł ją z całą łatwością.
Gdyby źródłem postępowania tego nikczemnika nie była najpodlejsza chciwość, możnaby je usprawiedliwić, zwłaszcza, że przecież szczerze dążył do poślubienia Teresy, lecz z tak niskich ¡i interesownych pobudek mogły płynąć jedynie podłości. Zobaczymy zaraz jak uwiedzenie Teresy miało mu posłużyć za gwarancję, że ją poślubi.
Teresa przybywała doń codziennie, jedynie w dniu, w którym wezwała Ewina, hrabia wieczorem już przyszedł, albowiem... poszedł do Julji. Nazajutrz, pan Dunoyer listu Ewina jeszcze nie otrzymał; przez cały wieczór oczekiwał go z niecierpliwością; następnego dnia już się wybierał na Montmartre, lecz nawał zajęć zmusił go do odłożenia tej wizyty na wieczór. O trzeciej po południu, Teresa udała się do kochanka, jak zawsze.
Hrabia przyjął ją na kolanach, wśród nieskończonych zapewnień o swej dozgonnej wierności i najgorętszej najżywszej miłości.
— Edwardzie!.. — jesteśmy ocaleni. Dużo minie to kosztowało... ale teraz ojciec napewno zezwoli na nasze połączenie! — zawołała, rzucając się w objęcia kochanka i zalewając się łzami.
— O czem mówisz, Tereso droga?
— Wczoraj pożegnawszy się z tobą, napisałam do pana de Ker-Elliot, aby tu przyszedł; Rozalja odniosła mu list i przyprowadziła go tu...
— Tutaj... Tereso, jakto, tutaj?...
— No tak, do ciebie.
— A to poco?
— Aby mu powiedzieć, że jestem twoja — czy sądzisz teraz, aby pan de Ker-Elliot miał jeszcze czelność starać się o mnie?
— Więc tyś aż na to się zdobyła, szlachetna i odważna kobieto! — wołał de Montal, znowu padając Teresie do nóg. — I cóż on odpowiedział?
Teresa roześmiała się nerwowo.
Zaledwie mógł wyjąknąć kilka wyrazów... tak był zbity z tropu. Wyrzuciłam mu ostro niedotrzymanie słowa, jakie ci dał i nikczemność pobudek, jakie go kłoniły do starania się o moją rękę...
— I tyś powiedziała mu to wszystko?... Och, zaledwie mogę uwierzyć.
— Tak. Mój ojciec, dążąc do wydania mnie za pana de Ker-Elliot ze względu na swój interes, nie chciałby i słyszeć o tobie, jako o swym zięciu; skoro jednak pan de Ker-Elliot rejteruje — dlaczegóż ojciec nie miałby zgodzić się na wszystko... przecież sam mi powiedział, że chodzi mu tylko o pozbycie się mnie z domu... To są jego wyrazy... Alle teraz nic mnie to nie obchodzi; teraz jeszcze jestem szczęśliwsza, że mnie przed tobą nikt nie kochał...
— Duszo mej duszy! Bądź pewna, że wynagrodzę cię za wszystko, coś ucierpiała w swem smutnem dzieciństwie. Co do pana de Ker-Elliot, to, równie, jak ty jestem głęboko przekonany, że cofnie swe żądanie, wcale nie uczciwie postąpił, udając się do twego ojca, pomimo że dał mi słowo i słusznie, bardzo słusznie go ukarałaś... wątpię jednak, alby dalej jeszcze posuwał swoją bezczelność... Jak więc moja najdroższa, skoro już jesteśmy zabezpieczeni co do zejścia mego kuzyna z placu, możemy już jutro kołatać do twego ojca... Teraz zaś jesteś moją... jesteś moją... żoną i trzeba zaraz...
W tej chwili rozległo się gwałtowne stukanie do drzwi.
— Jestem zgubiona! — zawołała Teresa, omal nie mdlejąc z przestrachu.
— A do djabła... prędzej, niż myślałem! — mruknął do siebie de Montal, tak, że jego kochanka nie dosłyszała tych słów.
Po chwili, z wyrazem najwyższego niepokoju i trwogi zawołał:
— Ach, Boże, co to znaczy?
— Ach... muszę — mówiła Teresa, tuląc się do pani de Montal. — Wczoraj za nic wstyd sobie miałam, ponieważ wyznanie mej niesławy ocalało nas, lecz dziś.... ach.... raczej śmierć!...
— Ależ to głos twego ojca!.. — zawołał pan de Montal, nadsłuchując.
— Och, Boże, Boże, zlituj się nade mną — on mnie żabi je! — mówiła Teresa.
Hrabia otworzył drzwi do przedpokoju; w chwili, gdy był obrócony tyłem do Teresy, po twarzy jego przemknęło się jakby zadowolenie. Przez otwarte drzwi słychać było wyraźnie wielki tumult na schodach; wśród hałasu wypróżnił się donośny, energiczny głos pana. Achillesa Dunoyer:
— Otwórz, panie de Montal, otwórz, bo każę drzwi wyważyć!
Harmider podwoił się.
— Żadnego wyjścia, żadnej ucieczki! — lamentował hrabią, biegając, jak opętany.
— Edwardzie, ratuj mnie, ratuj! — wołała, nieszczęśliwa Teresa, czołgając, się przed kochankiem na kolanach.
— Panowie, biorę was na świadków — zagrzmiał znowu pan Achilles — że pan de Montal zamknięty jest ze swą kochanką, panną Teresą, zamieszkałą w mym domu, że nie chce mi otworzyć, wobec czego przysługuje mi prawo wyłamania drzwi. Józefie pchnij mocno!
— Tak, tak... pchnij mocno!... — powtórzył cały chór głosów, pomięszanych ze śmiechem.
Potężne uderzenie zachwiało drzwiami. Teresa pojęła, że czeka ją hańba publiczna, nad którą śmierć wołałaby.
Jednym skokiem znalazła się przy oknie, otworzyła je i byłaby wyskoczyła, lecz pan de Montal zdążył ją powstrzymać.
W tejże chwili drzwi rozwarły się narozcieź...
Na schodach tłoczył się cały tłum lokatorów, i służących, ściągniętych hałasem. Pan Achilles dążył do wywołania skandalu jaknajbardziej publicznego.
— Panowie! — zawołał teraz z triumfującą radością, odwracając się ku ludziom i wskazując na Teresę, bladą, prawie zemdloną na rękach pana de Montal; panowie, jesteście świadkami, że ta... była zamknięta ze swym kochankiem... jak powiedziałem... lecz zaraz ujrzycie coś weselszego jeszcze... Natychmiast przepędzę z domu tę szelmę!... Panowie, zaczekajcie, jeżeli jesteście ciekawi, tylko słów kilku z panem de Montal.
Odpowiedziały mu nowe krzyki i śmiechy. Na wieść że tak znakomity i możny człowiek wyprawia brewerje, jak pijany rzemieślnik, zbiegano się już nawet z ulicy; drzwi nikt nie pilnował, bo portjer zaśmiewał się w pierwszym rzędzie. Nawet de Montal, który, jak zaraz zobaczymy, wiedział zgóry, co zajdzie, nie spodziewał się po bankierze takiego zaniku godności własnej. Przecież pospólstwo śmiało się nietyle z rozwięzłej córki, co z jej awanturującego się ojca.
Hrabia pośpiesznie przeniósł Teresę do sypialnego pokoju.
Bankier zamknął wreszcie przedpokój — nędzny te,n człowiek doskonałe orjentował się, że wprowadzenie gapiów do cudzego mieszkania groziłoby mu odpowiedzialnością. Wszedł sam do pokoju, gdzie schronili się kochankowie.
Przez chwilę wszyscy troje milczeli.
Pan Achilles Dunoyer, patrząc na Teresę z szatańską radością, zacierał ręce i szyderczo śmiał się do panu de Montal.
Teresa, blada, jak trup, z włosami w nieładzie, z błędnemi ¡oczyma, siedziała w fotelu, konwulsyjnie ściskając rękę pana de Montal, który stał przy niej — przerywanym głosem powtarzała:
— Nie opuszczaj minie, nie opuszczaj!
Hrabia zachował krew zimną — przecież wszystko działo się według jego przewidywań, on to bowiem tę scenę przygotował.
Tak! Tegoż dnia rano bankier, przeglądając przybyłą korespondencję, znalazł, oprócz listu Ewina, o którym już wiemy, anonim, uprzedzający go, że jego córka miewa, codziennie schadzki z panem de Montal w garsonierze na czwartem piętrze i że może to sprawdzić bardzo łatwo.
Pan Dunoyer dostrzegł o trzeciej, że miss Hubert i Klementyna wychodzą na zwykły spacer; guwernantka powiedziała mu, że panna Teresa, czając się trochę niedobrze, pozostała w swym pokoju na górze.
Bankier zaczaił się na drągiem piętrze klatki schodowej — po chwili usłyszał, jak Teresa otwiera drzwi i idzie na górę. Natychmiast narobił straszliwego hałasu; pani Helviry na szczęście nie było iw domu, lecz i bez niej zrobił się skandal dostateczny.
Autorem tego anonima był... de Montal! Cel tego zniesławienia Teresy był bardzo prosty: para de Montal chciał w ten sposób zmusić bankiera, któryby przyłapał go z jego córką, do przystania, na natychmiastowe ich małżeństwo.
Nienawiść pana Dunoyer do tej dziewczyny zdawała się służyć hrabiemu nawet ponad jego życzenia i rachuby — spodziewał się wpadnięcia rodziców swej kochanki — tymczasem ujrzał widowisko dla całej ulicy, po którem Teresa mogła zostać tylko jego żoną.
— Proszę pana — rzek do bankiera, tonem żalu i szczerości — jestem winien... czuję, jak słuszne jest twoje oburzenie, lecz pod wpływem miłości ku twej córce — — —
Pan Achilles Dunoyer parsknął ironicznym, złośliwym śmiechem.
— Winien! Cóż dalej?... Ależ pan jest równie mało winien, jak ja mało oburzony. Przeciwnie, wyrządziłeś mi pan wielką przysługę, jestem kontent i głęboko, mnie to cieszy!
Pan de Montal spojrzał na lichwiarza ze’zdziwieniem — spodziewał się gwałtownych, gorzkich wyrzutów, a tymczasem wydawało się, że ojciec uwiedzionej nic sobie z tego nie róbi.
Teresa patrzyła na „ojca“ z niemniejszem osłupieniem.
— A więc mi pan przebacza? — przerwał ciszę de Montal.
— Ależ poco — czyż ja oskarżam pana o co, czy co? Uwiodłeś pannę Teresę, mój kochany panie, no i dobrze... Wszyscy o tem wiedzą, tem lepiej... tak, musiało to już dojść do osób trzecich, bo dziś rano odbieram anonim zawiadamiający mnie o waszych schadzkach. Anonimem podobnym uradzony został prawdopodobnie i krewny pański, pan baron de Ker-Elliot, bo raptem odbieram od niego przed chwilą list, w którym mnie przeprasza, że z powodu niezależnych od siebie przyczyn, musi wyjeżdżać corychlej do Bretanji i wyrzec się swych planów matrymonjalnych, o których pan wiesz. Swoją drogą, serjo mówiąc, doprawdy cenię grzeczność i szlachetność pańskiego kuzyna, z jakiem: oszczędził mi smutku i wstydu, nie chcąc nawet mówić o powodach wyrzeczenia się Teresy, to brylant, nie człowiek!
— Wielki występek popełniłam, mój ojcze — mówiła Teresa — zasługuję na twoje zarzuty, lecz dlaczego tak surowo ze mną postąpiłeś i sam pchnełeś mnie na tę drogę, usiłując mnie zmusić do małżeństwa z tym jakimś baronem de Ker... Ker...
Bankier się zaperzył.
— Dlaczego?... Dlaczego?... A no, bo miałem w tem interes... a no bo tak mi się podobało... — Lecz jeżeli sprawy tak stoją, to sto razy wolę obecną sytuację — zarabiam sto procent na czysto!
I pan Achilles znowu zatarł ręce.
— Panie! — Zaczął de Montal uroczystym tonem — jestem gotowy dać zarówno pannie, jak i tobie, zadośćuczyni nie za ten wstyd. Jestem człowiekiem honoru i serca; powtórzę swą prośbę o rękę Teresy — wybacz pan, że już ją nazywam po imieniu.
— A nazywaj ją pan, jak się panu żywnie podoba.
— Powtórzę raz jeszcze wobec Teresy przysięgę, że ona tylko będzie moją żoną.
— I ja, mój ojcze — zawołała Teresa — przysięgam, że tylko pan de Montal będzie moim mężem.
Pan Dunoyer spojrzał bacznie na oboje; z twarzy jego znikła ironja; zdawał się dać ponosić rozczuleniu i rzekł poważnie, ale bez surowości.
— No, rzeczywiście, to mnie rozbraja! Biedne dzieci! Ależ to śliczna historja! A zatem pobierzcie się, jak macie do tego ochotę; im prędzej, tem lepiej!
Hrabiemu aż serce zabiło z radości; przecież dopiął celu!
— Ach, mój ojcze, ileż dobroci! Teraz dopiero mogę odczuć całą wielkość mej winy wobec tak dobrego ojca! — zawołała Teresa, zalewając się łzami i padając swemu rzekomemu ojcu do nóg.
— Ach, teraz możemy nazywać się twojemi dziećmi! — mówił pan de Montal, zakrywając oczy rękoma; zdobył się nawet na upuszczenie kilku łez, dla większego zaś efektu pad w objęcia pana Dunoyer, wołając:
— Tak, teraz jesteśmy twojemi dziećmi!
Bankierowi chciało się zażartować, z de Montal‘a i Teresy, więc udawał rozczulenie, od którego był bardzo daleki. Na uścisk hrabiego, odpowiedział głośnym śmiechem i, mocno ściskając pana de Montal, zawołał:
— Jakże to czuła scena, jakże dramatyczna! Panie de Montal — czy to nie robi na tobie wrażenia,, że gramy Robert’a Macaire’a?[1]... Wszak prawda, że wyglądam na Wormspire‘a?... A przytem, mój drogi, kiedy powiedziałeś: teraz jesteśmy twemi dziećmi... to pomyślałem sobie... Och, kuglarzu, kuglarzu!
Dla Teresy cała gadanina pana Dunoyer była zupełnie niezrozumiała; chociaż znała wspomnianą przez bankiera sztukę, jedyną rzeczą, jaka ją uderzyła, była ironja bankiera po nienaturalnie jakoś wyglądającem rozczuleniu. Przeczuwała jakieś okropne rozwiązanie tej sceny — podniosła się i znowu usiadła w milczeniu.
Żarty bankiera poczynały już trwożyć i pana de Montal, który patrzył na swego niby teścia coraz niespokojniej.
Nagle rozległo się znowu pukanie do drzwi przedpokoju i jakiś głos zawołał:
— Panie Dunoyer, to trochę zadługo! Prosimy o dalszy ciąg!
I śmiechy i wrzaski ponowiły się.
— To gapie się niecierpliwią — rzekł obojętnie bankier.
— Ach, co za wstyd... co za wstyd! — jęknęła Teresa, zakrywając twarz rękoma.
— Zdaje mi się, mój panie... — mówił de Montal — że mogłeś przyjść sam... choćby ze względu na swoją córkę...
— No, nareszcie doszło do tego! No, nareszcie doszło do tego! — zawołał pan Dunoyer w wybuchu szyderczej radości. Po chwili wskazał pogardliwie na Teresę:
— To ma być moja córka?... Niestety... bardzo żałuję, ale ta dziewczyna nie jest moją córką — to pan o tem nie wiedział?...
— Przewinienia Teresy... raczej, wspólne nasze przewinienia, za które główna część odpowiedzialności spada na mnie... — znowu zaczął pan hrabia, nie rozumiejąc bankiera — lecz mimo takiego przewinienia córka pańska pozostaje... córką pańską!
Twarz bankiera przybrała wyraz nienawiści i zadowolonej z siebie zemsty.
— No, widzę, że muszę panu wytłumaczyć to jaśniej — mówił — ta dziewczyna jest córką mojej żony, ale nie moją... stanowi owoc niewiary małżeńskiej... — tak, bo urodziła się w trzy miesiące po moim powrocie z podróży, w której bawiłem rok cały. Jednakże aż do dnia dzisiejszego trzymałem ją z litości, dziś atoli, przekonawszy się o jej prowadzeniu się, zmuszony jestem publicznie stwierdzić, że nie ma ona żadnych praw do mego majątku... ponadto zaś pobyt jej w moim domu, obok mojej rzeczywistej córki, Klementyny, niemożliwym. Teraz, mój panie, mało mnie obchodzi, czy ją zaślubisz, czy nie — jeżeli ją zaślubisz, będzie najnieszczęśliwszą w świecie, jeżeli nie umrze z nędzy i rozpaczy, albo też wejdzie na drogę, ¡dostępną dla każdej młodej, ładniej i niezbyt zważającej na moralność młodej dziewczyny.
— Ależ, panie... mówisz pan rzeczy... okropne! — zawołał pan de Montal.
— Rzeczywiście! — uśmiechnął się szyderczo bankier. — A czy to nie okropne mieć wciąż w ¡omu przed oczyma dziecko nie swoje... mieć wciąż przed oczyma żywe wspomnienie swej hańby?... Pan myślisz, że ja, to wcale nie cierpiałem?
— Czyż ja mam być odpowiedzialna za swoje urodzenie? — spytała z boleścią Teresa.
— A co to ma do rzeczy? Czy masz być, czy nie, to ja miałem być obowiązany karmić cię i latami ukrywać swój wstręt do ciebie.
— Ależ dlaczego nie porzuciłeś mnie odrazu? — zalewała się łzami Teresa.
— Miałem swoje powody do tego... teraz atoli, swojem prowadzeniem się, sama ułatwiasz mi pozbycie się ciebie — przecież, dzięki Bogu, nikt mi nie powie, że źle uczyniłem, przepędzając z domu taką ladacznicę, choćby była moją córką rodzoną. Przecież i ja i twoja matka od siedemnastu lat czekaliśmy na chwilę, w której będzie się można ciebie pozbyć. Oczywiście, objawienie światu prawdziwego twego narodzenia i utrata mego nazwiska, będzie związane z pewnym wstydem dla twej matki, ale moja żona sama jest do tego przygotowana i uważa to za zupełnie słuszną karę za swój błąd.
— Więc moja matka także!... — zawołała Teresa z rozpaczą.
— Hę, co — toś ty ma nią może liczyła?... Przecież to trzeba być ślepą!... Twoja matka usposobiona jest o ciebie nielepiej, niż ja... bądź jeszcze kontenta, że jej nie było w domu, w chwili zdemaskowania twej rozwiązłości.
Po tym ostatnim ciosie, Teresa podniosła się ze stanowczym wyrazem twarzy, wyciągnęła rękę do pana de Montal i rzekła:
— Edwardzie, idziemy.
— Doskonale! — zatarł znów ręce bankier. — Słusznie zabierasz się do wyjścia, bo przecież nie pozwolę nocować ci w swym domu z kochankiem. Jutro odeślę ci rzeczy — dokąd — zwrócił się do de Montala — tu, na górę, czy do właściwego pańskiego mieszkania?
— Do mnie, panie — wybąkał pan de Montal, pomięszany ruiną swych planów i zdumiony nieludzkością bankiera.
— Bardzo dobrze! — ciągnął pan Achilles — odeślę jej rzeczy do pana — będzie to na pierwsze zagospodarowanie się, mój panie młody.
Chciwość, podłość i samolubstwo hrabiego dochodziły do tego, że nawet w takiej chwili niezdolny był do udania bezinteresowności — tylko Teresa nie widziała tego.
Zato pan Achilles doskonale rozumiał bratnią sobie duszę; na pomarszczonem czole pana de Montal, wyraźnie czytał jego myśl:
— No i zostałem biedny, jak dawniej i jeszcze mam babę na głowie!
I czytał prawdę!
Nic dziwnego, tacy ludzie musieli się rozumieć; nie czuli nawet do siebie żalu, chyba pan de Montal czuł irytację, jaką napawa każdego spekulanta, spekulant, który go pobił.
Szczęściem Teresa, zmiażdżona przez bankiera, nie mogła domyśleć się, co się dzieje w sercu jej kochanka.
Wreszcie pan Dunoyer zaniepokoił się spokojem Teresy. A więc jego zemsta miałaby być niezupełną?... Postanowił rzucić w serce nieszczęśliwej podejrzenie i zwątpienie.
Obrócił się znów ku hrabiemu.
— No i widzisz — czem się to skończyło... szkoda, wielka szkoda!... Ale czegóż chcesz więcej — liczyć na co, to jeszcze nie znaczy mieć w garści. Łatwo jest uwieść dziewczynę, zwłaszcza, gdy się jest przekonanym, że to córka bankiera, wtedy powiada się sobie: gniew minie i córkę wydadzą za mnie — jeszcze zyskam sobie uznanie, jatko człowiek honoru. Papa ma tylko dwie córki, a majątku cztery, czy pięć miljonów — zatem z goljata zaraz awansuję na pana o sześćdziesięciu, albo i osiemdziesięciu tysiącach franków rocznego dochodu. Ale to przykro, mój panie, jak się człowiek tak wkopie i trzeba myśleć już nie o miljonie, ale o kawałku chleba dla siebie i dla swej bogdanki. A szkoda, sam żałuję...
— Panie! — zawołał de Montal, blady od wściekłości na widok, że bankier przejrzał jego myśli. — Nie zapominaj się, że jestem u siebie! Nie jesteś ojcem Teresy i mam prawo zareagować, na twoje impertynencje, jak się należy!
Bankier zmierzył go pogardliwym wzrokiem.
— Mój szanowny panie hrabio — zanim będziesz miał prawo tak się do mnie odżywiać, najpierw oddaj mi te dwieście luidorów, które ci pożyczyłem na słowo. Myślisz, że to posag mej wychowanicy, czy co?
Pan de Montal opuścił głowę; teraz pozostawał mu tylko pan Roupi-Gobillon, a w każdej chwili należało spodziewać się kryzysu rządowego.
— Następnie — ciągnął pan Dunoyer — ja wcale nie prawię impertynencyj. Mówię, że człowiek interesowny mógłby robić podobne wyrachowania, ale to zgoła nie tyczy ciebie, ponieważ ta panienka ma za cały posag swoją skromną cnotę i piękne oczy i dla człowieka, tak zrujnowanego, jak ty, będzie tylko nieznośnym ciężarem, chyba że...
Teresa uśmiechnęła się pogardliwie.
— Pójdź, Edwardzie, pójdź! — wyrzekła — nie myśl, aby te nędzne wyrazy mogły wzbudzić w mem sercu zwątpienie o twej miłości. Bogu dzięki, wiara w ciebie sił mi dodaje; tyś teraz jedynem mem, dobrem ma ziemi i ten nikczemnik zazdrości mi tego. Pójdź, Edwardzie — mimo Ubóstwa, możemy żyć szczęśliwie i ten podły człowiek napróżno chce posiać w mem sercu nieufność ku tobie!
— Panie, zabieraj się stąd! — zawołał groźnie de Montal, wskazując drzwi panu Achillesowi. — Teresa nie jest twoją córką, żadnego do miej nie masz prawa i jeżeli, jeżeli jeszcze ośmielisz się...
— Ślicznie, ślicznie, mój panie hrabio. Ale jeszcze jedno słowo, może pan pozwoli...
Pan de Montal wyszedł wraz z bankierem do przedpokoju.
Po chwili milczenia, pan Achilles rzekł z sympatją do hrabiego:
— Wykażę panu, że nie mam do pana żadnej urazy, że jeszcze możemy ze sobą żyć w zgodzie... nawet teraz zaraz dalm panu radę... Czy słyszał pan o markizie de Beauregard?
— Nie, ale cóż to ma za związek z?...
— Dziś rano otrzymałem list od pana de Geint-huce, który również jest moim klientem...
— Ale co mnie do tego?
— Ależ zdobądź się pan na chwilkę cierpliwości... Onegdaj wieczorem, markiz przypadkowo zabił się na polowaniu. A właśnie miał objąć olbrzymi majątek po teściu. Tak więc markiza de Beauregard została wdową.... ponieważ zaś mąż nawet nie wszczął postępowania rozwodowego, więc cały majątek i ojca i męża przypadła na nią. Pan jesteś obrotny, podobasz się kobietom, na hańbę niewiele chyba uważasz... zatem, na pańskiem miejscu, nie śpieszyłbym się z Teresą...
I pan Achilles Dunyoer wyszedł.

Przypisy

  1. Robert Macaire — tytuł komedji Lemaitre‘a (1834 r.) — sprytny aferzysta, ubiegający się o rękę córki barona Wormspire‘a, rzekomo wielkiego bogacza, okazującego się wkońcu zupełnym bankrutem. Imię Robert Macaire noszą bardzo często bohaterowie lekkich frincuskich wodewilów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.