Czarny miesiąc/Tom I/Część pierwsza/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Czarny miesiąc
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Thérèse Dunoyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
REKTOR.

Nazajutlz po dniu, w którym Ewin de Ker-Elliot cudem nieledwie wydobył się z tak groźnej przygody, ksiądz de Keronēllen, pleban parafji ś-go Michała, wysoki i krzepki starzec, ex-ofrcer w sukni duchownej, jechał stępa na małym, siwym komiku po stromej drodze, prowadzącej z małego, zapadłego miasteczka, do zaimku Treff-Hartlog.
Wiatr wczorajszy już ustał, lecz zimna i wilgotna mgła dalej rozciągała ciemny całun nad całą okolicę; morza nie można było dojrzeć i tylko huk bałwanów zdradzał jego bliskość.
Ksiądz de Keronēllen śpiewał głosem, donośnym bardziej, niż harmonijnym, przepisane Kanonanen ar Belek ferbonnet[1]: modlitwy księdza w podróży, który tak się zaczyna:
„Słuchaj, pobożny plebanie biskupstwa Vannes[2], w imię wiary wyszedłeś ze swej siedziby; ciało twoje daleko jest od niego, lecz myśl o niej nigdy nie opuści twego serca“...
Ksiądz, dawny wiarom, surowo wypełniał powinności swego stanu; jednakże dotąd nie mógł wyzbyć się sposobu wyrażania się, właściwego stanowi żołnierskiemu — jeżeli też dobremu księżynie wymknęła się z ust jakaś niewłaściwość, i to zazwyczaj gruba, mało licująca z obecnym jego świętobliwym stanem, zwykł był zaraz dodawać, jakby dla usprawiedliwienia: ach, do stu par djabłów... znowu to żołnierskie przyzwyczajenie!... Zresztą, zarządzał swą parafją roztropnieli owieczki bardzo go kochały. Fizjonomja męska i otwarta odrazu uprzedzała o jego charakterze, o dobrem sercu i szczerej życzliwości dla wszystkich. O jego sławie, jako męża światłego, sławie, mocno zresztą bezpodstawnej, pisaliśmy już poprzednio.
Pleban trzymał się na koniu mocno — odrazu można było dostrzec, że człowiek ten w swej młodości więcej miał do czynienia z koniem, niż z zakrystją, żołnierka objawiała się we wszystkich jego ruchach.
Dotarłszy wreszcie do bramy zamkowej, mocno szarpnął za kołatkę.
Ukazał się Les-en-Goch; pozdrowił go z uszanowaniem, i wziął konika, aby go wprowadzić do stajni i nakarmić.
— Czy Ewin w domu? — zapytał kapłan, który zawsze nazywał swego dawnego ucznia poufale po imieniu.
— Jest, wielebny księże proboszczu. Pen-kan-ger ucieszy się bardzo, żeście zawitali po tak długiej podróży najpierw do niego.
— No, a co tu nowego słychać... od czasu jak stąd wyjechałem? — zapytał ksiądz, który, jak już wspomnieliśmy, wyjechał do Paryża właśnie w chwili, gdy czarna melancholja Ewinia już zaczynała występować.
Les-en-Goch smutnie potrząsnął głową.
— Więc jest w takim samym stanie, w jakim był, gdy odjeżdżałem? — zapytał ksiądz.
— Och, o wiele gorszym, księże proboszczu; o wiele gorszym...
— Czy który z sąsiadów go nie odwiedzał ostatnio?
— Nie, księże proboszczu... Wczoraj ja i Anna-Joanna byliśmy w czasie burzy okropnie zaniepokojeni o naszego pen-kan-ger‘a.
— Jakto... a cóż on takiego robił w czasie tej burzy, od której cała moja plebanja trzęsła się od dachu aż do fundamentów?... — Od dziesięciu lat nie widziałem takiej nawałnicy... No, ale mów, cóż takiego stało się podczas tej burzy?
— Pen-kan-ger był na morzu...
— Jezus, Mar ja! oszalał, czy co! — zawołał proboszcz, łapiąc się za głowę.
— Na morzu, tak... i z tym... Mor-Nader‘em — dodał stary sługa.
Twarz proboszcza zasępiła się.
— Z tym... bałwanem?... I to pomimo wieści, jakie o tym starym puhaczu krążą?... To źle... to rzeczywiście źle.
— Tak, tak, to bardzo źle, księże proboszczu. Mor-Nader jest bardzo ¡złośliwy... przytem... więcej wie o przyszłości, niż na dobrego chrześcijanina przystało... za dużo wie...
Ksiądz zirytował się, tembardziej, że starannie ukrywał, że przecież sam w gruncie rzeczy podziela przesądy swych parafjan.
— A z ciebie lepszy osioł, niż chrześcijanin... skoro wierzysz w jakąś nadprzyrodzoną moc tego starego kpa, który zawraca we łbach jeszcze gorszym kpom!... Otóż słuchaj, jesteś również głupi, jak twój pan, który z takim durniem przestaje, — a ze mnie największy głupiec z was wszystkich, jeżeli wogóle gadam z wami o podobnych bzdurach... Odprowadź lepiej konia do stajni, a ja pójdę do Ewina.
— Pen-kan-ger jeszcze nie wstał, wielebny księże proboszczu.
— Co, już szósta, a ten leń jeszcze śpi!... No, już go obudzę — a podobno to się już zdarza nie po raz pierwszy... A uprzedź Annę-Joannę, że tu zostanę na śniadaniu; niechże nami przyrządzi co smacznego, wygłodziłem się w tym Paryżu.
Bretończyk skłonił się z szacunkiem; księżą szkapę odprowadził do stajni, gdy tymczasem jeździec wchodził po granitowych schodach, wiodących do mieszkania pani zamku.
Zamiast zapukać do drzwi sypialni Ewina, rubaszny księżulo szedł z łoskotem, wrzeszcząc na całe gardło:
— Wstawaj że, leniu zatracony!
Ewin, nawpół już ubrany, siedział na łóżku, wpatrując się, jak zwykle po przebudzeniu się, w ów tajemniczy portret. Na gwałtowny hałas, czyniony przez proboszcza, drgnął i nagle odwrócił głowę, w chwili, gdy ksiądz już wchodził.
— Co za szczęście! Ach, to ty, księże Keronëllen! — zawołał ze szczerą radością i serdecznie wyciągnął rękę do starego mentora..
Kapłan cofnął się.
— O, nie, nie; nie zasługujesz poprostu, abym ci rękę podawał, panie marzycielu! Pięknych rzeczy o tobie dowiaduje się — jak tak dalej pójdzie, to w końcu zajedziesz do domu warjatów! — Następnie, wpatrując sic w wychudłą, bladą i sczerniałą twarz swego ucznia, — rzekł już z powagą: — Spójrz w zwierciadło, jakie masz oczy! Tego jeszcze tylko brakowało, żebyś sobie zdrowie zrujnował. To bardzo naturalne — chce żyć, jak bornik, nudy go dręczą, a nie przyzna się, nie powie, co mu takiego... och, żebyś ty wiedział, jakie to przyjemne dla tych, co się kochają!... Otóż i masz swą wolność!
— Słusznie mówisz — rzekł Ewin posępnie — smutne to życie.
— A kto temu winien? Mało to razy mówiłem ci: weź i ożeń się, wybierz sobie jaką młodą poczciwą dziewczynę, z jakiej znanej rodziny tutejszej, z której będziesz miał pociechę — ale nic nie pomaga, pan baron chmurny, na wszystko kręci nosem; może ci potrzeba jakiej paryskiej lafiryndy? Doprawdy, śliczny masz gust, mój kochany, twoi przodkowie chyba aż się w grobach przewracają!... I co ty właściwie zamierzasz?
— Mój kochany księże, daję ci słowo, że się zgoła mylisz i że..
Proboszcz przerwał gwałtownie swemu dawnemu elewowi.
— Co to, jeszcze śmiesz się odzywać?... A więc — cóż tymczasem robi pan baron? Zachciało mu się peregrynować po morzu w czasie takiej burzy — i to z kim w dodatku? Z tym starym cymbałem, przed którym sensowni ludzie uciekają, uszy zatykając!... A dlaczego właściwie pan baron tak polubił tego —obwiesia — oto, poprostu, piątej klepki panu baronowi nie dostaje i czarów mu się zachciewa. To rzecz bardzo przyjemna, jak się usłyszy o jakiemś głupstwie, które normalnie mogłoby zadziwić co najwyżej czteroletnie dziecko: a, to coś nadprzyrodzonego, to coś, czego rozum ludzki nie ogarnia to... to... i tak dalej... czary, czary!... O, Boże, cóż to jest, czy mnie oczy mylą?! — wrzasnął nagle pleban, przerywając kazanie i wytrzeszczając oczy ma obraz, który Ewin postawił przed sobą. — Jezus Marja — a to co takiego?... jakim cudem ten... obraz tu się wziął?... Nie, to nie do wiary?
— Co chcesz powiedzieć, księże proboszczu? — zapytał Ewin i zadrżał mimowoli.
Proboszcz, nic nie mówiąc, wziął obraz i przysunął się, z nim pod okno.
Ewin chciwie ścigał oczyma każde poruszenie swego mentora — pomyślał, że nakoniec dowie się o tej tajemnicy.
— Tak... ależ to ten właśnie!... — mówił proboszcz, wpijając wzrok w portret, z wielką uwagą — Czy to sen... czy mnie wzrok myli... nie, to ten sam... te litery czerwone... ten wyraz: listopad... prawie żadnym zmianom nie uległ... Tak... ale tego nie pojmuję... sam rozum nie pozwala mi wierzyć... a przecież to prawda... prawda, jak mur. Na honor!... ta tajemnica... zaczyna mnie trwożyć... — dodał, ze wstrętem odrzucając tajemniczy konterfekt.
Odrazu rzucił się w oczy kontrast, pomiędzy ostatniemi słowami księdza, a jego poprzednią perorą; przed chwilą dopiero oburzał się na ludzi, wierzących w jakoweś gusła i wszelkie dziwy nadprzyrodzone, aż sam, ujrzawszy dziwny portret, wykrzyknął: To coś niepojętego... rozum nie pozwala mi wierzyć, a jednak... ta tajemnica mnie trwoży!...
Łatwo wyobrazić sobie jakie wrażenie wywarł ten kontrast w zachowaniu się księdza na Ewinie, znającego proboszcza od św. Michała, jako człowieka godnego szacunku i rozsądnego.
— Jeszcze raz... Ewinie, w jaki sposób ten... ten obraz znalazł się w twoim pokoju... i to teraz... wyjąkał proboszcz.
— Ależ sam nie wiem i właśnie czekałem, aż przyje-dziesz, myśląc, że chyba ty coś mi wyjaśnisz. Ale, właściwie, dlaczego tak osłupiałeś?
— Mój drogi, jakże nie mam się dziwić... skoro przecież już sześć lat mija od chwili, kiedy wraz z twoim ojcem, spaliliśmy ten... portret... i to tu, w tym kominie!...
Teraz osłupiał i Ewin.
— Więc widziałeś na własne oczy, jak mój ojciec palił ten portret?... — zapytał z niedowierzaniem — czyżby istotnie ten portret był związany z jakąś fatalną tajemnicą? — pomyślał.
— Widziałem... ależ na własne oczy widziałem! Było to akurat na rok przed śmiercią twojego ojca! Pamiętam, sam przecież...
— Ależ, księże miły, to nie do wiary!
I ja nie mówię, żeby to sprawiało wrażenie czegoś wiarogodnego... powtarzam tylko to, co na własne oczy widziałem.
— Ale przecież od czasu śmierci mego ojca tyle razy byłeś w tym pokoju — czyżbyś nigdy nie zauważył tego portretu? — Przecież zawsze wisiał sobie ot, tu, między dwoma oknami.
— Gdybym go dostrzegł wcześniej, tak samo bym oczy wybałuszył!
— Ale dlaczegóż spaliliście ten portret?... Gdzież on dawniej wisiał?... Dlaczegóż ja nic o tem nie wiedziałem... dlaczegóż ojciec... dając mi ostatnią swą wolę?... dopytywał się Ewin.
— Nie uważaliśmy tego za potrzebne; przytem, byłeś wtedy na polowaniu w Kesneven. No, a ojciec, umierając...
— Ale dlaczegóż to spalono?
— Twój ojciec, razu pewnego, prosił mnie, abym mu pomógł wyszukać papierów, dotyczących wierzytelności twego rodu u tego żydowina, pana Achillesa Dunnoyer, lichwiarza...
— Ach, pana Achillesa Dunoyer, tego u którego mam znaczny depozyt i do którego musiałeś teraz jeździć do Paryża?
— Tak, tego właśnie... zresztą, teraz go nie widziałem — szukając tych papierów, poruszyliśmy starą, wielką szafę, za którą, zapewne już od wielu lat, stał ten obraz. Na jego widok ojciec twój zbladł i zawołał: Księże, spójrz... wszak to ten właśnie portret, którego tak się naszukałem po śmierci ojca, chcąc go zniszczyć... aby wraz z nim zniszczyć smutne wspomnienie. Patrz, księże — ciągnął twój rodzić — powinna tu być data, data, feralna dla naszej rodziny... Szukając, znaleźliśmy tylko szczątek napisu: Listopad 17... — reszta była już zniszczona. Nawet roku nie dało się już odcyfrować.
— Ten wyraz można teraz jeszcze odczytać — mówił Ewin oglądając znowu obraz. — Tysiąc siedemsetny któryś, powiadasz, a więc to nic znowu tak dawnego... Ale kogo właściwie ten obraz przedstawia... jakaś kobieta... i to piękna... bardzo piękna...
— Nie wiem; ojciec twój wskazując na portret, mówił: Długo byłaś złym duchem naszego rodu; dzięki Bogu, niema cię już na ziemi, niechże nawet ślad po tobie ogień ziemski pochłonie, jak ciebie ogień piekielny! — Powiedziawszy to, chwycił obraz, że zaś w pokoju, w którym przebywaliśmy, ognia nie było, przeniósł to płótno tutaj i wrzucił je w ogień... Tyle widziałem — i mogę ci ręczyć za prawdziwość tego słowem kapłańskiem. W jaki sposób mógł nagle znaleźć się tu, zgoła nie rozumiem!
— No i cóż, księże — mówił Ewin ponurym głosem — dopiero przed chwilą gromiłeś minie, że wierzę czasami w rzeczy nadprzyrodzone...
Poczciwy proboszcz teraz dopiero spostrzegł, co za błąd popełnił, dostarczając nowej podniety wyobraźni swego ucznia.
— A niechże go ciężka cholera!... — zaczął swym salonowym stylem, lecz odrazu się spostrzegł. — Znowu to żołnierskie przyzwyczajenie do stu par... — dodał. — Otóż seins moralny wyprowadziłeś z tego, com powiedział! Ślicznego nabrałeś przwyczajenia! cokolwiek ci z sensem powiedzieć, zaraz podchwytujesz wyrazy, w których byś mógł doszukać się, usprawiedliwienia swych warjackich fantasmagoryj!...
— Ale wytłumaczże wreszcie, mój księże, w jaki sposób może się dziiać, że widzisz i możesz dotykać przedmiotu, który w twoich oczach został spalony na popiół?
Ksiądz zafrasował się.
— No i cóż... czegóż to właściwie ma dowodzić?... Znowu jakieś...
— Jakto, księże — czyżby to było zgoła naturalne i zrozumiałe?
— Zapewne... trzeba tylko rozumować, jak ludzie rozsądni. — Uważaj. — Przypuściwszy... czyżby każdą rzecz, której rozum pojąć jeszcze nie może, przynajmniej w pierwszej chwili., należy zawsze uważać za rzecz nadprzyrodzoną?... Do ładnych-by się wniosków doszło!... Dowodem, że to rzecz prosta, jest to, że się nie da... wytłumaczyć... — pleban plątał się coraz bardziej — a jeżeli... uważaj... prócz tego, rzeczy, które się nie dają wytłumaczyć, są rzeczami nie do wiary... a rzeczy nie do wiary są, eo ipso... rzeczami nieistniejącemu — ot co!... To nam dowodzi, że... że... że... no, że ostatecznie wszystko jest zgoła naturalne...
Księżyna coś odsapnął, lecz wspaniała jego logika niewiele nauczyła i przekonała barona; kiwając głową, odpowiedział:
— No, a ta data, tak zgubna dla mego domu?... Ten czarny miesiąc, w którym umarł mój ojciec, mój dziad... i ten czarny miesiąc jest wypisany jest na portrecie tej tajemniczej kobiety, która miała tak fatalną rolę odegrywać w historji naszej rodziny... cóż o tem powiesz?
— Znowu coś w tym samym rodzaju!... A niechby ich pokręciło... do djabła, z tem przyzwyczajeniem żołnierskiem... przecież ten chłopak stanie się niedługo! takim gawronem, jak ten głupi Les-en-Goch!... No i cóż z tego — czarny miesiąc... czarny miesiąc?... Alboż to nie w listopadzie liście opadają; drzewa obumierają? Dlaczegóż i człowiekowi nie ma być wolno umrzeć sobie w listopadzie?
— Ale dlaczego aż dwóch po kolei moich przodków umarło akurat w tym smutnym miesiącu? Czyżby to nie było...
— Dlaczego... alboż ja wiem? Czy myślisz, że dom Ker-Elliot ma jakiś przywilej umierania w listopadzie... też mi przywilej!... No, wiesz co, doprawdy, piątej klepki brakować ci zaczyna!... Naucz się więc rozumu, a lepiej zrobisz!... — przerwał zafrasowany proboszcz, wielkiemu krokami przechadzając się po pokoju. — Rozumiałbym jeszcze, gdybym, ucząc go, nabijał mu głowę głupstwami, gdybym z nim czytywał romanse, albo zgoła jakie poezje... ale przecież uczyłem go tylko tego, co sam umiem: czytać, pisać, porządnie mówić po francusku, trochę arytmetyki, trochę historji i geografji, tyle, żeby wiedział przynajmniej, że Ludwik XIII nie był synem Ludwika XII, a Pekin leży nie w Turcji. Nawet łaciny prawie go nie nauczyłem, bo sam zmam jej tyle, że mi zaledwie do nabożeństwa wystarczy i nawet Wergilego zapomniałem... Wyszedł więc z mych rąk wesoły, silny, odważny, szczęśliwy, zdrów, jak ryba, potem bił się, jak wszyscy djabli, przez piętnaście miesięcy... A, do cholery!... ach, znowu ten przeklęty, dragoński narów!... któż mógł przewidzieć, że z tego dziecka wyrośnie jakiś zwarjowany marzyciel, zabobonny, jak najgłupszy wieśniak z Morbihan. No, Ewunie, skończ że te głupstwa!... Nazywają listopad czarnym miesiącem... no, bo, rzeczywiście, pogoda w nim fatalna, ale ostatecznie, dlaczego ma on być gorszy od reszty roku? Mało to ludzi djabli biorą, choćby i w samym maju? Ech, chodźmy lepiej, odwiedzimy twoich dzierżawców — poczciwi to ludzie, chociaż we łbach srodze mają przesądami pozawracane! Znajdziemy się w towarzystwie ludzi wesołych, szczęśliwych, śpiewających!
Poczciwy kapłan tem ostrzej perorował przeciwko przesądom, że sam nie był bardzo pewny słuszności.
— Przecież, mój kochany, jeżeli już dla kogo listopad jest rzeczywiście czarnym miesiącem, to dla biedaków, których nie stać na ogień w kominie i na łuczywo. A widzisz, nie przeszkadza im to być wesołymi. No, Ewinie, chodźmy — nie obrażaj Boga urojonemi cierpieniami. Powiedz mi jak ty się wogóle możesz uskarżać na cokolwiek, widząc tylu naprawdę nieszczęśliwych, którzy, wraz z żonami i dziećmi znoszą głód i zimno i wstając rano, dziękują Bogu, żeim noc dał przeżyć i proszą, aby im czarnego chleba nie brakło? Proste, szczere słowa zacnego proboszcza zrobiły na Ewinie korzystne wrażenie, korzystniejsze, niż jego perony. Podał księdzu Keronëlen serdecznie rękę i rzekł szczerze:
— Przebacz mi, mój przyjacielu; masz słuszność; w głowie tak mi się mąci, że czasami sam siebie nie poznaję... No, bo widzisz, te myśli mnie zabijają...
— Co, mój biedny przyjacielu, myśli cię zabijają? Niestety!... Przydałoby się, żebyś częściej zaglądał do Generis... dla oczyszczenia umysłu i serca. Myśli cię zabijają?... Ach, mój Boże... to rzecz bardzo naturalna... jest to historja wiadomości dobrego i złego... szukałeś i szperałeś, a znalazłeś ból i gorycz samą... Zamiast postępować, jak dobry chrześcijanin, jak prawy bojownik wiary, za którą przecież krew przelewałeś, zamiast wypełniać zadania, dla jakich cię Bóg, jak każdego człowieka stworzył, stałeś się marzycielem, fantastą, djabli wiedzą, czem... Chłopcze, powiedz, mi, co ci właściwie dolega?
— Alboż ja wiem?... Alboż ja mogłem kiedy przewidzieć że moje myśli, niegdyś spokojne i wesołe, zakołyszą się nagle, jak czarne, rozhukane, straszliwe fale wzburzonego morza? Przecież nic niema spokojniejszego, nic czystszego, nad źródło, z którego potok spływa z hukiem do oceanu. Najprzód odczuwałem skłonność do samotności... pogrążyłem się w niej z rozkoszą... a w miarę, jak podziwiałem jej słodycz, żałować począłem, że nie mogę jej dzielić z ukochaną żoną.
— A wiesz, naprawdę pięknie i mądrze mówić zaczynasz! Ale ileż to razy ja sam zachęcałem cię, żebyś się ożenił! A przecież mój Boże, jakże by ci to łatwo przyszło!
— Zapewne, lecz pogrążony w marzeniach o ideale, uwierzyłem weń i rzeczywistość wydawała mi się za pospolitą.
Pleban aż ręce załamał.
— Ach, mój Boże, ach, mój nieszczęśliwy Ewinie, skąd ci się te głupstwa w głowie zalęgły... kto ci w mózgownicy przewrócił?... Urojenia, urojenia!... Powiadam ci, oświadcz się jakiej hożej bretonce z dobrej rodziny, choćby Loonji de Kergullec, albo Marji — pannie de Freemadec — znasz ją przecież — widziałeś je nieraz w Falgoat! Lat osiemnaście, zdrowia, o tłustych policzkach — kawałek ziemi ma też, piękny las dębowy, trochę gotówki, czegóż więcej pragnąć? No, chłopcze, chcesz, a zaraz po śniadaniu puszczę się z kopyta ma zamek Kergullec, albo Freemadec? No, słuchaj, mogę przecież oświadczyć się w twojem imieniu — przyjmą z otwartemi ramionami i już za sześć tygodni zaśpiewamy jej nasz stary C‘holeun[3].
Ewin zamyślił się ponuro; przez chwilę wpatrywał się w portret.
— Nie, nie! — odrzekł wreszcie. — Nie jestem zdolny kochać jakąkolwiek kobietę, poza tą, którą wymarzyła moja wyobraźnia i... jeżeli ta kobieta istnieje... bieda mi... bo z twarzy podobna jest do tej niewiasty na portrecie!
I po tych słowach wpadł w jeszcze posępniejszą zadumę.
Dobry proboszcz, nie mogąc już hamować dłużej zniecierpliwienia — i gniewu, kopnął nogą stołek, aż go wywrócił z hałasem, strącając obraz na ziemię.
— A niechże cię piekło pochłonie — wrzasnął — skoro z tego szaleńca robisz jeszcze większego marzyciela!... Cóż ci ta rodzina zawiniła... niedość, żeś była złym duchem jego dziada?!
— Księże, przez litość, szanuj ten obraz! — zawołał Ewin ze wzburzeniem.
— A niechże go wszyscy djabli wezmą! — powtórzył ksiądz jeszcze dobitniej, uderzając fatalny konterfekt swą ciężką ostrogą.
— Księże! — wykrzyknął Ewin, tracąc panowanie nad sobą. — Księże, zostaw ten obraz w spokoju... albo...
I dodał gest groźby.
— Albo co? — odparł starzec, wyprostowując swą wysoką, żołnierską postać.
Chwilę stali, patrząc sobie w oczy; wreszcie proboszcz, surowo i ze smutkiem powtórzył kilkakrotnie — ach, Ewinie, Ewinie!
Ewin zarumienił się; gwałtowne jego uniesienie przeszło.
— Przebacz, mój nauczycielu — rzekł, spuszczając oczy — szanuję cię, jak rodzonego ojca, ale, na miłość Boską, zostaw ten obraz, w spokoju.
Proboszcz cofnął się.
Ewin ostrożnie podniósł portret; postawił go na kominie, gdy zaś powrócił na dawne miejsce, ksiądz de Keronëllen wychodził już z posępnem obliczem z komnaty.
— Ależ, mój przyjacielu! — wykrzyknął ze zdziwieniem. — Dokąd śpieszysz?
— Groziłeś mi, Ewinie — odpowiedział starzec wzruszonym głosem i, wyrwawszy rękę, znowu ku wyjściu podążył.
Młodzieniec milczał przez chwilę, zasępiony, wkońcu zaś rzekł tak przejmującym i poważnym głosem, aż proboszcz zadrżał:
— Mój drogi nauczycielu — zaprzeczasz realności pewnych faktów... no, nadprzyrodzonych, a przecież sam uznać musisz, że samo istnienie tego portretu, spalonego w twoich oczach... to fakt nie do wiary, nie do wyjaśnienia... nadprzyrodzony. Kobieta, którą on przedstawia, była, jak sam wiesz, złym duchem mego dziada; całego mego rodu... dlatego też widocznie poważyłem się grubijańsko cię potraktować, ciebie, chociaż wychowałeś mnie przecież, ciebie, jedynego mego przyjaciela, ciebie, który zamknąłeś oczy rodzicowi memu, ciebie, któryś błogosławił mnie gdy szedłem na wojnę... powiedz, powiedz — czyż to wszystko nie jest czemś złowrogiem, czemś nieczystem?
Proboszcz, uderzony mimowoli tym zbiegiem okoliczności, nie wiedział poprostu, co ma odpowiedzieć i milczał zakłopotany.
A Ewin ciągnął:
— Przysięgam ci, mój przyjacielu — uwierz raczej we wszystkie moce tajemnicze i złowrogie, ale nie w moje złe chęci. Przebacz mi, boć szczerze, ze wstydem żałuję mego uniesienia.
— Ja i bez tego przebaczam ci, drogi synu... wszak i ja uniosłem się zbytecznie — mówił ksiądz, ściskając Ewina w objęciach. — Na Boga — toć i ja się wstydzę i z powodu jakiegoś kawałka malowanej deski zaczynam zachowywać się, jak żak! A niechże ję... poda; rękę, Ewinie, i nie mówmy już o tem. Ale ty jesteś wzruszony... źle wyglądasz... zdaje się, że masz silną gorączkę.
— Może i gorączkę, bo okropne miałem przejście w nocy.
— Zastanów się nad sobą... choćby i ta noc dzisiejsza! Do czego to podobne: puszczać się w taki psi czas na morze i to z takim obwiesiem... z tym Mor-Naderem, który dziś, albo najdalej jutro przekona się, że umiem trzymać swoją parafję za łeb. Niech mnie już potem Pan Bóg sądzi, ale własnoręcznie go kijem wygrzmocę: niedawno przecież byłem oficerem. Zresztą ta kara będzie dla niego jeszcze łaską, bo na dobrą sprawę należą mu się galery.
— Mor-Nader nie jest tak zły, jak się to tobie i innym wydaje.
— Co?!... Ależ to najmarniejszy oszust, zawracający ludziom głowy czarami! Jeżeli nie zaprzestanie brykać, to wkońcu zwrócę się do prokuratora w Kemper i zobaczymy, czy nawet rząd tego jakobińskiego księcia[4] pozwoli na okpiwanie moich parafjan przez jakiegoś starego szarlatana! To mi Arnid[5].
— Słuchaj, mój drogi przyjacielu — jeżeli ten człowiek jest zły, to sam sobie najwięcej szkody przynosi; możliwe też, że to jakiś manjak, albo i zgoła opętany, ale w każdym razie nie oszust; przecież nigdy grosza od nikogo nie wyłudził, a jeżeli prorokuje, to za darmo... a przytem... przepowiednie jego sprawdzają się!...
— No, no, no! Jeżeli nie każę sobie płacić zgóry, to dlatego tylko, żeby to sobie później sowicie odbić! Oho, to wytrawny blagier, znam go, jak zły grosz! Co zaś do trafności przepowiedni, to niczego to nie dowodzi — przecież to zgoła, jakby szuler grał w cetno i licho — a przecież nikt go nie ma za proroka.
Ewin milczał przez chwilę, wreszcie zaczął, jakby sobie coś przypomniawszy: — Ale, mój przyjacielu uważaj właściwie powinienem był od tego zacząć — muszę ci opowiedzieć, co mi się przydarzyło podczas tej wczorajszej burzy.
Młodzieniec opowiedział o całej swej przygodzie z Mor-Naderem; opowiedział, jak świeżość morskiego powietrza skusiła go do przejażdżki, jak przywołał Mor-Nadera z czółnem, jak wiatr popędził ich daleko — i jak wreszcie, po wielu niebezpieczeństwach, z ogłuszonym sternikiem, leżącym na dnie łodzi, zdołał z trudem dotrzeć do Treff-Hartloy, nawpół przytomny, tak umysł jego rozdrażniony był dziwactwami Mor-Nadera..
Wysłuchawszy Ewina z uwagą, ksiądz rzekł z niezadowoleniem:
— No, to najlepiej dowodzi, że to warjat i to niebezpieczny warjat... przecież gotów był utopić się razem z tobą, byle zyskać sławę wielkiego czarownika, choćby i pośmiertną. Złe sprawy tak samo miewają męczenników, jak i dobre. Dobrze, że ci się udało uniknąć śmierci, ale masz chyba dostateczną naukę, żeby się nie zadawać z podobnym nikczemnikiem, albo szaleńcem. No, ale porzućmy to i przejdźmy lepiej do rzeczy... jak je nazywasz... nadprzyrodzonych, do rzeczy zgoła prozaicznych i materjalnych... Nie życzysz sobie chyba, Ewinie, straty połowy majątku...
— O czem mówisz?!
— Widzisz, ta lokata majątku, uczyniona przez ś.p. twego ojca u tego lichwiarza Achillesa Denoyer, zaczyna mi się niebardzo podobać... a sądzę, że i dla ciebie nie są obojętne losy twego dziedzictwa.
— Czyżby jakie niebezpieczeństwo zagrażało... czyżby niewypłacalność?...
— Zdaje się, że tak... dość powiedzieć, że ten Denoyer nie mógł wypłacić mi pierwszej raty.
— Ależ mówią, że pan Achilles Denoyer jest jednymi z najbogatszych bankierów Paryża... a przytem ma to być człowiek bardzo solidny!
— Niestety, mój synu — zgoła co innego o nim słyszałem... pewne zresztą tylko, że kiedy byłem u niego, powiedziano mi, że wyjechał do Londynu i nie pozostawił żadnego polecenia wypłaty na twoje imię. Jednakże, jeżeli chodzi o taką sumę, jak 50.000 franków, to nie powinien był o tem zapomnieć... a przecież niegdyś 50.000 franków było dlań niczem.
— W istocie, to coś niewyraźnego.
— Nasz notarjusz z Quimper powiada, że powinieneś się, póki czas, sam wybrać do Paryża i tam działać z całym pośpiechem.
— Alboż nie mogę upoważnić notarjusza do wszystkiego? Dlaczegóż mam koniecznie jechać sam — przecież i tak nie znam się ma prawie.
— Jeżeli ten Achilles Danoyer rzeczywiście ugrzązł w ciężkiej sytuacji, mogą zajść okoliczności, w których sam jeden tylko będziesz mógł coś zrobić. A zdaje się, że to rzeczywiście bankrut...
— Ach, jakiż to ambaras! — rzeki Ewin z niechęcią. — Nie byłem nigdy w Paryżu, Bogu dzięki, ale czuję do tego miasta wstręt odruchowy... Życie tam będzie dla mnie nieznośnem... A przy, tem, nie znam w tym kotle nikogo.
— A twój kuzyn, pan hrabia Edward de Montail, do którego przecież posyłałeś listy przeze mnie — oddałem je i pytał o ciebie.
— Znam go bardzo mało... zaledwie kilka razy widziałem go w Quimper[6], dokąd przybył na parę miesięcy do starego kawalera Lemolean — bardzo sympatycznego wrażenia na mnie nie zrobił.
— Ale przyjmie cię zapewne jaknajlepiej. Jest to pan z wielkiego świata... robi wrażenie, jeżeli nie bogatego, to w każdym razie zgoła zamożnego i może być dla ciebie nie ocenionym przewodnikiem.
— Ależ sądzę, że ten hulaka musiał już całą ojcowiznę roztrwonić.
— Bardzo możliwe... ale, w takim razie, musiał chyba zdobyć kamień filozofliczny[7], bo mieszka nie gorzej od króla samego. Przytem mówił o tobie bardzo serdecznie, zapraszając cię w razie twej bytności w Paryżu. To grzeczny człowiek.
— Bardzo mi miło, ale...
— No, zapewne....znając cię dobrze, sam wołałbym widzieć cię w Paryżu z innym mentorem, bo... W czasie mojej wizyty u niego przyszedł doń jakiś jego bliski przyjaciel, dobry, zdaje się, ananas... — niejaki markiz de Beauregard... tak, Beauregard — zapamiętaj sobie to nazwisko... ten markiz nie najlepsze na mnie zrobił wrażenie... Zresztą trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, ten pan markiz traktował mnie bardzo grzecznie — jednakże wydaje się mieć rzeczywiście światowe wychowanie i ogładę. Mimo to, jakoś nieswojo czułem się w towarzystwie tych światowców, gdy zaś już zabierałem się do odejścia, miałem szczęście ujrzeć piękność, którą kuzyn twój nazywał Julją — rzeczywiście piękna.
— A to co za jedna?
— O ile miałem zorjentować się z tego, co później czytałem w jakiejś gazecie, jest to jakaś znakomita komedjantka... lafirynda jedna!... Łatwo się domyślisz, mój kochany, że na widok takiego ptaszka, ksiądz Keronëllen poczuł się jeszcze głupiej i czemprędzej rejterował z gościnnego domu twego kuzyna. Co do ciebie jednak, kochany Ewinie, powinieneś odwiedzić tego hrabiego de Montbal, zwłaszcza, że ci sprzyja, choćbyś tam miał natknąć się na markiza de Beauregard i ową pannę Julję... Ten młody hrabia ma już pewne stosunki, jest otrzaskany w wielkim świecie, zna sporo osób i nawet w interesach z tym Dunoyer‘em może ci być pożyteczny. Tedy, mój chłopcze, jedź, nie zwlekając, do Paryża... jedz, jak możesz najprędzej, a będzie to zbawienne nietylko dla twych interesów, ale i dla zdrowia. W wielkiem mieście zapomnisz o swej melancholji i już za kilka miesięcy powrócisz spokojny, a może i na małżeństwo ochota ci przyjdzie.
— Wiesz co, masz słuszność! — zawołał Ewin. — Moja rozdrażniona imaginacja płodzi tu najdziwaczniejsze urojenia — może ruch i zgiełk Paryża, sama nawet podróż i zmiana miejsca pobytu, zaprzątnięcie się interesami, uleczą mój niepojęty, chorobliwy smutek. — Tak, mój stary przyjacielu, spodziewam się, że wrócę wesoły, jak niegdyś i może odrazu zażądam ręki którejś z tych piękności, które mi swatasz!
— Dobrze, mój chłopcze! — wykrzyknął ksiądz — powróć w moje objęcia, bo dawno już moje serce nie doznawało radości. Jedź jutro, jeżeli możesz, jedz zaraz! Ten twój notarjusz z Qumper mówił mi, że ma pod ręką z twoich pieniędzy do dwudziestu tysięcy franków — tyle, to sądzę, że i na Paryż wystarczy. Zabawisz w Paryżu kilka miesięcy i sądzę, że przez ten czas zdołasz zadać bobu temu szachrajowi Dunoyer, który nie największe wzbudza we mnie zaufanie... Co zaś do tego tajemniczego portretu, to — wiesz co — myślę, że tym razem chyba spali się na dobre, więc też, bez długiej mitręgi, korzystając z wybornego ognia...
Ewin żachnął się.
— Nie, nie, mój przyjacielu! — zawołał — nie rób tego, wolę go zachować — a później, sam zobaczysz, że jeszcze będę się śmiał na jego widok razem z tobą... Zawsze to jakaś...
— No, no, doprawdy, wołałbym, żeby go już teraz djabli wzięli — odpowiedział ksiądz, z pewnym sprzeciwem pozwalając odebrać sobie malowidło, które już był wziął do rąk.
— Ależ zmiłuj się, przyjacielu — pomyślałby kto, że się lękamy tej bladej twarzy!
— Żeby ci dowieść, że się zgoła tej wyblakłej gęby nie lękam... a niechże ją cholera!... ach, znowu to żołnierskie przyzwyczajenie... otóż, najlepiej będzie, jak ją zabiorę na plebanję.
— Nie, nie — niech lepiej pozostanie tutaj aż do mego weselała wtedy urządzimy to we trójkę prześliczne auto-da-fé.
— A niechże i tak będzie — spodziewam się, że niedługo będę czekał.
Rozmowa ta uspokoiła nieco Ewina, przedewszystkiem, zrozumiał potrzebę wyrwania się z tych dyszących zabobonami okolic, w których umysł jego ulegał poprostu zaćmieniu.
Żeby nie zachwiać się w postanowieniu wyjazdu, poprosił księdza, ażeby cały dzień zabawił na zamku, a nawet, żeby przenocował. Proboszcz zbyt pragnął szczęścia swego wychowanka, aby nie miał z radością przyjąć tego zaproszenia.
Całą resztę dnia pochłonęły przygotowania do podróży. — Anna-Joanna nieraz łzy ocierała, na myśl o nagłym odjeździe, może na długo, swego mab-meibrina, i o niebezpieczeństwach, jakie mogą mu grozić w Paryżu, który w jej oczach uchodził nieledwie za przedsionek piekła.
Les-en-Goch potrafił ukrywać swój smutek, niemniejszy przecie od smutku jego połowicy; przez cały dzień nie wypalił ani jednej fajki, co było u niego odznaką najgłębszego frasunku. Milczał bardziej jeszcze niż zwykle, nawet na pytanie i rozkazy swego pen-kan-ger‘a odpowiadał monosylabami.
Przez chwilę Ewin zamierzał wziąć tego wiernego sługę ze sobą, lecz wyperorował mu to proboszcz, tłumacząc, że z Les-en-Goch‘em miałby w Paryżu tylko ambaras, zwłaszcza, że stary bretończyk bardzo słabo mówił po francusku i za żadne skarby nie zmieniłby swego pięknego, lecz zbyt oryginalnego, narodowego stroju na liberję.
Nazajutrz o świcie, para fornalskich koni stała na dziedzińcu, zaprzężona do staroświeckiego ekwipażu, który czwartemu już z kolei pokoleniu baronów Ker-Elliot służył, wieśniak wgramolił się na kozioł i — po chwili Ewin opuścił Treff-Harfloy. Ksiądz Keronëllen towarzyszył konno swemu uczniowi do Ponit-Droix, miejscowości, skąd wyruszały pocztowe dyliżanse do Paryża.
Zbytecznem byłoby wspominać jeszcze o boleści Anny-Joanny, kiedy, Stojąc na progu, patrzyła za odjeżdżającym panem.
Do wszelakich niebezpieczeństw, jakie zagrażały baronowi w Paryżu, dołączało się jeszcze, co wierni słudzy przypomnieli sobie z przerażeniem, że wyjeżdżał w piątek<ref><Piątek — według bretończyków dzień feralny./ref> i to w czarnym miesiącu.
Anna-Jonanna chciała nawet zwrócić na to Ewinowi uwagę, lecz proboszcz spojrzał na nią groźnie, później zaś, wziąwszy ją na stronę, taką jej wypalił reprymendę, że do samego wyjazdu pana pary z ust puścić nie śmiała.
Kiedy do uszu obojga bretończyków doleciał daleki turkot powozu na drodze, słuchali długo, długo — wreszcie wszystko ucichło — wówczas powrócili do kuchni.
Anna-Joanna usiadła przy kominie, ukryła głowę w fartuch i poczęła płakać rzewniej, niż gdy Ewin szedł na wojnę.
Z drugiej strony komina usiadł osowiały Les-en-Goch, z rękoma, założonemi na piersiach, z pochyloną głową, bez ruchu. Całą noc spędzili oboje w tej pozycji, nic do siebie nie mówiąc i tylko stłumione łkania Anny-Joanny przerywały panującą na zamku ciszę.

Przypisy

  1. Kanonanen ar Belek ferbnonet — kanony dla księży w podróży.
  2. Vannes — stolica departamentu Morbihan w Bretanji, najstarsze biskupstwo tego kralju.
  3. Bretońska pieśń ludowa, śpiewana pannie młodej przez swata.
  4. Ludwika Filipa.
  5. Arnidzi — kasta kapłańska u starożytnych celtów, której głównym ośrodkiem była Ameryka. Byli to bardowie, wróżbici, i czarownicy.
  6. Miasto na południowym brzegu Bretanji, stolica departamentu Finisterre.
  7. Kamień filozoficzny — alchemiczna nazwa substancji, zmieniającej wszystkie metale w złoto.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.