Czarna woda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Czarna woda
Pochodzenie Z głuszy
Data wydania 1914
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CZARNA WODA.


Dawniej przez to jezioro leśne płynęło czyste »Stubło«, i była to woda przejrzysta, tak, że olszyny aż we dnie tafli gładkiej widziały swe czarno-zielone gałęzie. Wśród olszyn rosła szczotkowata trawa »typeć«, rosły krzaki jarzyn i chmielu, a jesienią pod olchowymi spadającymi liśćmi chowały się całe rodziny rydzów.

Wiosną, gdy ziemia poczynała drżeć i dyszeć miodem, silnem życiem, każde jej drżenie kołysało jeziorko, każde jej tchnienie rodziło kwiaty. Złote »łotocie« pokrywały ziemię wokoło, wbiegały aż w wodę, wytykały aż z toni kwiaty i zieleń.
Wrzało życie. Zwijają się nocą nad jeziorem lelaki, w jarzynach zawodzą słowiki, po brzegach zapadają kaczki i gniazda ścielą, nad Stubłem przemykają słomki i rzucają swoje urywane, krótkie hasło: ch, ch-ps-ps!
Zwało się wtedy jeziorko owe: Perezwy, co znaczy »Konkury« w ludowej mowie.
Lubili je rybacy i myśliwi, pasterze i młodzi parobcy, gęsto po niem snuły się czółenka, a woda niosła i szepty, i śmiechy, wioseł pluskania i strzelb wybuchy. A teraz ta Czarna Woda — przeklęta.
— »Było tak — opowiadał dziad stary — aż do tej wiosny, kiedy Oksenia zginęła. Była ona sierota, u ojczyma w chacie chowana, taj robotę przeciągnięta i krzywdzona, aż ją za mąż oddali za złego. Orze wół, aż go jarzmo zwali — cierpi człowiek, aż z niego moce wszystkie wyjdą.
»Takci tej wiosny zginęła Oksenia. Dzieciątko swoje zabrała z chaty i przepadła. Wody ogromne wtedy szły, kra, szumy — i dopiero gdy Stubło się uspokoiło, znaleźli rybacy z tej strony na Perezwach topielicę, wplątaną w łozy. A nie sama była — dzieciątko przy piersi trzymała. I po tem Oksenię poznali, bo zresztą już ją woda popsuła i raki ogryzać poczęły.
»Zlękli się rybacy śledztwa i ciąganiny, taj wiosłami odepchnęli trupa na drugą stronę jeziora, na brzeg drugiej wsi. A z tamtej wsi przybiegli i znowu tę śmiertelnicę tamtym podrzucili.
»I tak ona po śmierci pędzana była, i bita, i popychana, aż wreszcie z niej nic nie pozostało, ino kostne wiązanie i to spłynęło i rozeszło się po jeziorze.
»A za to ona pomściła się na tej wsi i na tamtej, i tak sobie zrobiła, że, która za życia kąta nie miała, gdzieby głowę przytulić, teraz ma het taki szmat ziemi, dla siebie jednej.
»Z początku to ino posłuch poszedł między rybakami: straszy na Perezwach, potem i Strzelce nie zechcieli tem chodzić, pastuszki uciekły, a wreszcie tej topielicy i Stubło się zlękło. Drugiej wiosny porzuciło stare koryto, obeszło jezioro, olszynę i het łąkami się przedarło.
»Teraz niczyj ten olszeniak i ta woda: ni ptaszę, ni ludzkie, ni Boże!«
I prawda: olchy stoją w trzęsawisku rudem i pustem i cisza tę wodę otacza, cisza grobowa — nic i nikt się nie odzywa.
Zimą po kępach czerwienieją żórawiny, których nikt nie zbiera, i rudzieją oparzeliska zdradne. Olchy pogarbiły się i usychają od szczytu, a taflę jeziorka porosła rzęsa. Opadają na tę martwą wodę liście zczerniałe, a ona nawet nie zadrży. Rozchodzą się po niej, jak pająki, oczerety, a ona ich nie wypłukuje, nie broni się. Głąb muł zarasta i olchy nie widzą już swego odbicia!
Z wiosną, gdy ziemia poczyna drżeć i dyszeć, w tym przeklętym kącie każde drżenie wali w grzęzawicę od korzeni podgniłe drzewo, a tchnienie nie jest kwiatem, ale nikłem światełkiem, które to tu, to tam z topieli wytryśnie, jak żywe się potoczy i zgaśnie. Nie grzeje i nie oświeca, ni Bogu, ni ludziom się pali.
Światełka biegną, łączą się potem, potem na sto płomyków się rozstrzelą, trysną w górę, opadną — żywe, zda się — a bez ducha, bez ciepła. Olchy szemrzą tajemniczo, jakby i liście nie śmiały głosu podnieść; woda zaś milczy i stoi nieruchoma, jak oko umarłego człowieka.
Z łóz nadbrzeżnych nad oczerety wstępuje biała para, zwija się i kłębi. Nieznaczne tchnienie powietrza pędzi ją naprzód; posuwa się więc między drzewa, idzie po kępach, po topieli — dochodzi do skraju błota, i staje, jakby ku czemuś wyzierała.
Tam łąki i Stubło żywe, a za Stubłem wieś gwarna. Kłąb szary ku ziemi przypada, wije się i wraca, owej granicy żywego świata nie mogąc przestąpić.
Płomyki zimne i blade z nią się łączą — i nieuchwytne, fantastyczne, i biegną, tworząc ruchome kaganki.
Przez środek jeziora leży olcha zwalona nad czarną wodą. Księżyc staje nad nią i patrzy. Kłąb pary znowu nad martwą tonią kołuje, aż skupia się na drzewie owem i przybiera pewne kształty.
To Oksenia, topielica!
Na kłodzie odpoczywa, do piersi dziecinę tuląc. Ni na tym brzegu, ni na tamtym, ni na tym świecie, ni na tamtym, ot, gdzie ją zła dola rzuciła.
Odpoczywa i czeka. A czeka cierpliwie na krzywdzicieli swoich. Przyjdą, gdzie i ona przyszła.
Miesiącem oświetlona, króluje wśród topieli. Milczenie i cisza. Nie skarży się Oksenia, a czarna woda głosu nie ma na swą niedolę. Czasami tylko gdy wicher się przewinie, zaruszają się olchy, łozy, oczerety, pochyli się do toni postać z oparów — twór wyobraźni. A wtedy coś jęczy — długo, żałośnie... coś płacze i łka.
Dziad stary o wodzie tej opowieść kończy:
— »Bo troje na świecie jest, co ludziom omijać trzeba: takiego ognia, co świeci a nie pali, takiej ziemi, co żywcem grzebie, i takiej wody, co nie biegnie!«
Wszystko, co opaczne, jest przeklęte.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.