Człowiek w oknie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Człowiek w oknie
Pochodzenie Człowiek w oknie
Data wydania 1933
Wydawnictwo „Wydawnictwo Współczesne“
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CZŁOWIEK W OKNIE
Stanisławowi Ignacemu Witkiewiczowi.

Dom jest drewniany. Szczerniały i stary stoi w zaniedbanym parku, z trzech stron nim otoczony; — z czwartej — od wejścia — ciągnie się, drzew pozbawiona zupełnie, ugorna przestrzeń, step. Park jest wielki; trzeba iść dość długo, zanim się dojdzie do końca, t. j. do miejsca, gdzie się znajduje staw: wielka, nieruchoma plama wodna zielonkawego koloru. — Niespuszczany od lat wielu, staw zarósł gęsto, zarybił się i powierzchnię jego pokrył mech i lilje wodne. Poza stawem są wzgórza dość wysokie; oblegają one również park wpółkole, czyniąc go ciemnym i wilgotnym. Tak więc, dom stoi w miejscu ponurem, — na pustkowiu.
Jest to dom, w którym rozgorzał płomień miłości zbyt gwałtownie, aby mógł trwać długo. Nie zgasł jednak sam przez się, — został zgaszony. Było to przed laty dziewięciu; wówczas, gdy żona Szymona Pelca była równie piękną kobietą, dobrą żoną i czułą matką. A ponieważ zbyt długo dochowywała wiary swemu mężowi, (chudy i wątły naczelnik stacji kolejowej, lubiący grać w szachy) świadomość zaś urody i względnej młodości zmuszała ją do cichych tęsknot i częstego patrzenia w lustro, więc nie mogła, nie chciała może, długo opierać się pięknemu oficerowi, niejakiemu Garłupejowi, przyjeżdżającemu często w gościnę do domu, w którym przebywała tak ponętna kobieta. Tak więc, Szymon Pelc był zdradzany. — Piękna Flora zdradzała go z energją i sprytem, tak właściwym kobietom poznającym rozkoszne misterja zakazanego szczęścia. Na kilka dni przed powrotem do miasta (Pelcowie przyjeżdżali tu na letnisko) Flora zniknęła wraz z Garłupejem. Nie zostawiła listu, nie wzięła nawet ze sobą wierzchniego okrycia, — również płaszcz i czapka Garłupeja wisiały na kołku. Poszukiwania trwały dwa dni. — Znaleziono ich wreszcie — Florę i Garłupeja: opuchli i sini poruszali się lekko w sitowiu stawu. Wpobliżu pływała łódka dnem wywróconem do góry. Szymon Pelc badał wywrotność tej łódki, nie, nie była znów tak wywrotna: musiano w niej różne hopki wyczyniać.
W rok po śmierci żony, Szymon Pelc doczekał się emerytury. Sprzedał więc dom w mieście i przeniósł się na stałe razem z córkami tutaj, do tego ponurego ustronia. W kilka tygodni później przyjechał cioteczny brat Pelca — Emeryk Sobel. Przyjechał na krótko, aby pocieszać brata, — przedłużył swój pobyt do kilku miesięcy, aż wreszcie został na stałe. Coś mu się tam w mózgu popsuło.


∗                ∗
Szymon Pelc zajął dwa pokoje na piętrze, — zdziwaczał. Nie wychodzi prawie ze swego mieszkania; często gra z samym sobą w szachy lub mówi głośno. Żyje cicho — wspomnieniami. Trzeci pokój, obok ojca zajęły córki: Janina i Fera. Pierwsza zajmuje się gospodarstwem; ma jasne włosy, wesołe oczy i dwadzieścia pięć lat. — Tak się jakoś stało, że przegapiła swą młodość, — nie zdaje sobie nawet sprawy z tych lat, które przeszły niezauważone, minęły ją, jak pociąg samotną budkę dróżnika; były tam jakieś maje, słowiki i tęsknoty nieuświadomione, — ale teraz żyje sobie oto beztrosko, — pulchna i wesoła, myśli jej ograniczają się do domu i kuchni. — Nie potrafi cierpieć. Fera. O, ta ma swój płomyk, który ją wiedzie przez mrocznie­‑monotonne życie; są to skrzypce, kształtny instrument z drzewa, wyrażający często wiele. Gra więc Fera całemi dniami; chuda i wysoka nadmiernie, podobna do ojca, o rudych włosach, wyblakłych oczach i piegowatej, bezbarwnej twarzy, Fera sprawia wrażenie czegoś niepotrzebnego w tym domu.

A nadole mieszka Emeryk Sobel. Jego pokój mieści się w lewej części domu; okno wychodzi na gęsto zadrzewiony kąt parku. W pozostałych czterech pokojach umieszczone są różne stare sprzęty, szafy pełne gratów nieużywanych i zniszczonej odzieży — nikt do nich nie zagląda. W pokoju Emeryka stoi szerokie, drewniane łóżko z brudną pościelą, obok łóżka — na podłodze — leży stos napół zjedzonych przez mole książek, naprzeciw stoi duża szafa z jedną połową drzwi tylko. W kącie ściany, obok drzwi, stoi kubeł z wodą, taburet, na nim miednica z wypryskaną w wielu miejscach emalją; pod oknem stoi obszarpany, wytarty fotel; w tym fotelu Emeryk spędza prawie dzień cały siedząc i patrząc w okno. Tak jest tutaj: brudno i cuchnąco, kąty zaśmiecone, — szare, otłuczone ściany są gołe i wilgotne.


∗                ∗

Teraz jest zima — luty. Drzewa czynią wrażenie wielkich, czarnych patyków powtykanych w niebieskawy, twardy śnieg; odcinają się one ostro od martwo­‑ołowianego, mroźnego powietrza. Przy oknie, w fotelu, siedzi Emeryk i patrzy przez wychuchany krążek w szybie — w ciszę parku.
Palce prawej ręki trzyma między zębami i, gładką — bez zarostu — brodę oparł na dłoni. W pokoju ziąb panuje wielki i Emeryk ma na sobie kilka sukien; długich, kobiecych sukien, kloszowych i wąskich w pasie. Na nogach ma popielate, ciepłe pończochy i damskie, sznurowane buciki na wysokich obcasach. Na suknie nałożył olbrzymie, wyleniałe w wielu miejscach futro niedźwiedzie. Jest zgarbiony i nieruchomy. Długie, w kosmyki pozlepiane włosy opadają mu w nieładzie na ramiona. Twarz jego w przeciwieństwie do wątłej postaci jest wielka, tłusta i obrzękła. Mięsisty, wągrowaty nos podkreśla blado­‑sina linijka cienkich warg, rozchylonych wetkniętemi między białe zęby brudnemi palcami. Siedząc tak pod oknem, Emeryk sprawia wrażenie odrętwiałego. Lecz w szparkach przymrużonych powiek błyszczą oczy: czarne, poruszające się djabelnie żywo, złośliwie patrzące przez zamarzłą szybę, niesamowicie wesołe oczy. Tedy więc, tutaj uciekło życie, — tutaj się mieści, skoncentrowane w tych dwóch szkliwach owalnego kształtu, ukrytych poza niedomkniętemi powiekami. Jest jeszcze coś, czego nie widać, a co pracuje usilnie — zbyt usilnie i przekazuje swą żywotność oczom: szara masa, wciśnięta w siatkę z tysiąca czerwonych włókien, poplątanych w tej spiczastej głowie osadzonej na wąskich barkach. Jest mózg — umysł obłąkanego człowieka, który siedzi bez ruchu w nieopalonym pokoju i patrzy na kilka bezlistnych drzew, sterczących w śniegu; — jakgdyby starał się ujrzeć tam coś, coby mu rozwiązało zagadkę kilkuletniego przebywania w tym cuchnącym pokoju i wpatrywania się w okno, poza którem monotonnie — cztery razy do roku zmieniał się ten kawałek parku: budząc się na wiosnę, — pulsując życiem stworzeń i roślin w lecie, — zasypiając wraz z drzewami na jesieni i śpiąc w zimie — w śnieżnej martwocie. Ten mózg jest czynny — zbyt czynny, pełen niepotrzebnych myśli, — funkcjonujący jak fabryka pełna oszalałych robotników bez dozoru. Kłębią się, niedojrzałe do wydania w czas rozkazu ruchu któremukolwiek z członków tego słabowitego organizmu — myśli. A jeszcze o oczach: — te dwa małe, uwięzione jakby zwierzątka, biegające w swych ciasnych klatkach, naładowane fałszywą żywotnością mózgu — jakże obłędnie odzwierciadlają one sceny, przesuwające się przez ten chory umysł.
Teraz pracuje wyobraźnia: — Tam, na łóżku leży napół rozebrana kobieta; jej piękna twarz tchnąca zmysłowym zachwytem przytulona jest do policzka mężczyzny. — On jest barczysty; nakrywa ją swem masywnem ciałem, obleczonem w mundur wojskowy, — porusza się i ostrogi u jego butów wydają cichy dźwięk. Posiada ją. (Powieki Emeryka są zamknięte, a cała twarz ożywiona wyimaginowaną, lecz jakże przeżywaną rozkoszą). Teraz kobieta obejmuje gwałtownie ramiona mężczyzny i głowę jego przyciska do obnażonych piersi: — wydaje głuche, przytłumione spełnianiem jęki i usta jej szepcą słowa bezładne — (wydaje je Emeryk widząc się na dnie rozchybotanej łodzi). Kobieta opuszcza głowę na poduszkę, — ciałem jej wstrząsają dreszcze nasycenia. Usta Emeryka uwolniły się od palców i szybko przepuszczają powietrze; — kontury łodzi rozpłynęły się wraz z rzedniejącą mgłą wyobraźni: — tu, pod oknem spełniło się. Lecz wróci podniecająca wizja — może za godzin parę, — gdy tylko ciało sił nabierze nieco.
Zatem rozdwojenie osobowości; — pod sukniami kryje się owo nieporozumienie płciowe — pod sukniami, które okrywają ciało mężczyzny — półmężczyzny, obłąkanego Emeryka Sobla?
Jego twarz tężeje jakby, — podniecenie znikło już i blado­‑sine pasemka warg zamknęły się. Emeryk wstaje zwolna z fotela i zbliża się niemrawo w stronę kubła z wodą; drży cała ta postać, drży i wydaje gardłowe dźwięki. Trzęsąca się ręka zanurza blaszany kubek w wodzie i pije chciwie. Po chwili Emeryk zajmuje zpowrotem miejsce pod oknem, opiera brodę na dłoni i znowuż przygasłe oczy jego wpatrują się w nieruchomo sterczące drzewa.
Janina otwiera gwałtownie drzwi; wnosi dwa talerze — z zupą i grochem, — stawia je na oknie i powiada: No, jedz — Emer! — jedz i nie myśl tak wiele. O czem ty myślisz? — Wyjmuje z kieszeni fartuszka małe lusterko: popatrz jak ty wyglądasz — jak topielec. — Twarz masz nalaną, zsiniałą. — A to wszystko przez to, że za wiele myślisz, a za mało jesz; nie patrz tam — tam nic niema; śnieg i smutne drzewa, mróz i parę wron. — Emeryk nic nie odpowiada, nie odwraca się nawet — więc Janina klepie go po ramieniu — mówi: ej, ty dziwaku, — i wychodzi trzaskając drzwiami z nadmiaru sił żywotnych.
Emeryk zjadł obiad. Chodzi teraz po pokoju i mamrocze pod nosem słowa niezrozumiałe. Myśli jego są różne, zawsze jednak bliskie jednego tematu: — Jest bladą, szczupłą panienką. — Sad błyszczy tajemniczo w poświacie księżyca; na ramiona i włosy panny sypią się bezgłośnie płatki kwiatu jabłoni i wiśni. — Trzyma ją ktoś pod rękę, — kto? — może ten parobczak — olbrzym opalony, pachnący potem i sianem, może bokser ze spłaszczonym nosem, ten, którego podobiznę widziała w pewnym tygodniku sportowym, a może wysoki ułan, lśniący lakierem butów — któryś z nich prowadzi ją do łodzi drgającej na migotliwej powierzchni stawu. Usiedli na wąskiej ławce; mężczyzna obejmuje pannę wpół, — (Emeryk tuli się do niewidocznej postaci) całuje grubemi wargami i ciepłym językiem pieści podniebienie; — potem ściska ją mocno, namiętnie, i układa na chłodnem dnie łodzi. Panna broni się, (Emeryk odpycha rękoma powietrze — uśmiechnięty) lecz jakże jest słaba — i, — tu kończy się wszystko, ciało protestuje — jest zbyt wycieńczony, i Emeryk wyobraża sobie inną, podobną scenę, również bez skutku. Może później, gdy organizm nabierze sił nieco po poprzednim wysiłku.
Minął suchy, mroźny luty. Rzadkie, ciepłe podmuchy owiewają zmartwiałą przyrodę. Ktoś — stojąc w parku — mógłby zobaczyć w oknie lewej części domu głowę spiczastą, wtuloną w ramiona, — o twarzy żółto­‑sinej — obrzękłej, lecz pogodnego wyrazu, z brodą opartą na dłoni. W ledwie topniejące śniegi utkwione jest smutne spojrzenie marząco­‑błędnych oczu.
Emeryk porusza wargami, jakgdyby modlił się: (teraz ma na sobie spodnie w paski i flanelowy kaftan, otulony jest futrem) cóż z tego do djabła, djabełka, djablunia, djablasa — że mam lat czterdzieści... repepe... pluplup... śnieeg toopnieje... wioseenka nadchoodzi... czterdziessta... czterdziestaa... hohoho! czterdziestaa. Do pokoju poczęły się wsączać denerwujące tony skrzypiec — bez ładu, porządku; cienkiemi strumykami tłoczy się do uszu Emeryka — potwornie­‑szalona improwizacja, tem gorsza, że wychodząca z pod smyczka wodzonego ręką wprawną. To Fera gra.
...wsiądę na okręcik, taki... taki malutki... i będę... lub może do łódeczki... z żoną admirała floty królewskiej... haha... i będę jechał, jechał po morzu... lub po stawie może — ale dokąd? — do Tahiti pojadę na łódeczce, albo nie... albo nie — na biegun pojedziemy... na bieegun. A jak utoniemy po drodze? — hehe.
Emeryk rozparł się w fotelu i klasnął w dłonie dwukrotnie: hej, słudzy! — zapalcie łuczywa, zapalcie je, — niechaj mrok zwalczą blaskiem swoim. — Męczą mnie cienie trupów poległych na wojnach, które wygrałem. O, jakże ciężko jest być możnowładcą, — podajcie mi wina. (Do uszu, do mózgu Emeryka — jak małe, jadowite żmijki wpełzały tony skrzypiec; kłębiły się tam, wwiercały). Wiem, że jest zatrute, lecz trudno — ginę, jak na monarchę przystało. Hooj! — Emeryk wstał, — prawą rękę przyłożył do serca, lewą uniósł do góry — począł śpiewać swym cienkim głosem, udając bas: ... lecz nie martwcie się, o, widzowie, — przecież to tylko opera, będę konał tak przez dni kilkanaście — codziennie. Co to? — oszalał mój generał, och, jak słodko grzmią armaty. Ja. Samotny lew z pustyń lodowych — fioletowy lew — zawtóruje wam o, armaty. Fera nie przestawała grać na chwilę. Emeryk ukląkł, ręce oparł o podłogę — podniósł głowę do góry i począł wyć. Niesamowity ryk, przechodzący wytrzymałość ludzkich strun głosowych, zmieszał się z dźwiękami skrzypiec i zawirował, zatańczył we wszystkich pokojach. Nowe zaczerpnięcie powietrza do płuc, i drugi, potężny ryk podtrzymał cichnący odgłos pierwszego. Skrzypce nie ustawały na chwilę; cały dom rozbrzmiewał obłąkańczym hałasem. Z pianą na wargach — nie w stanie już wydobyć głosu z wymęczonego gardła, powlókł się Emeryk na łóżko: twarz ma błogo roześmianą. Usypia, kołysany gorączkowo­‑cichą, szybką, tajemniczo­‑nerwową melodią, przędzoną smyczkiem niezmordowanej Fery.
A tam — na górze, Janka mówi do Fery, wycierając mokre po płukaniu kartofli ręce: — znowuż ryczał, — to ty — Fera — tak go rozdrażniasz tą swoją muzyką, zawsze, jak tylko nasłucha, nasłucha się tego, co ty grasz, jak mu się nazbiera przez parę dni, to zaraz zaczyna to swoje wycie. Jemu się nie dziwię, bo warjat — ale ty Fera?! — Kto to słyszał tak grać po całych dniach. — A może i ty też...
Ale Fera nic nie odpowiada — gra. Więc Janka schodzi nadół, do kuchni, zagląda do gotujących się kartofli i już zupełnie o czem innem myśli.


∗                ∗

Druga połowa marca. — Obudziły Emeryka pewnej nocy odgłosy głuche: było to monotonne trzeszczenie kół — skrzyp żelaza i tupot wielu kroków ludzkich. Za oknem trwała oleisto­‑ciemna noc i Emeryk położył się zpowrotem, nie zbadawszy przyczyny hałasu, — usnął przy akompanjamencie turkotu i nawoływań. Rano hałas zmniejszył się znacznie; słychać tylko jakby szurgot wielu butów podkutych. Patrząc w okno, widzi Emeryk, poprzez nagie gałęzie drzew i krzaków, obrastających wzgórze ciżbę idących żołnierzy, częściowo tylko widocznych przez niezasłonięte gałęziami miejsca. — Idą ciężko i bezładnie; ich źle obute i okręcone owijaczami nogi — plączą się i potykają o nierówności gruntu. Zatem piechota przechodzi drogą przez wzgórze; nocą poprzedziła ją baterja, sądząc po turkocie toczących się dział. Emeryk usiadł w fotelu i wtuliwszy twarz między dłonie, patrzy wgórę, kędy za drzewami przechodzą zmęczeni, ociężali żołnierze.
Tak więc, (w umyśle Emeryka odbywa się nieporadnie proces myślowy, wychodzący poza granice łóżka i pokoju) gdzieś na świecie była lub jest wojna — skoro tam wgórze tłoczą się żołnierze naprzód — zgarbieni. — Odwrót chyba. Idą djabelnie zmordowani, to widać po ruchach; pada drobny deszczyk i karabiny ich są opuszczone lufami do ziemi. Emeryk patrzy: tam, jacyś, tego, żołnierze — a on tu sam... skąd właściwie on tutaj... to przecież jest coś poza tym parkiem. A on? — Kto jest on? — W tej chwili stłoczone, głośne tony, — furjacka melodja Fery wtargnęła w logikę pytania, jakby wściekły buhaj między spokojne łany zboża. Mglisto wyłaniająca się odpowiedź zawirowała w zgrzytliwej masie dźwięków — rozmazała się po rozdygotanym umyśle i, — pytanie pozostało bez odpowiedzi. A tamci idą: drobny deszczyk potęguje jakby odgłos ich kroków — idą... idą; posuwa się naprzód szara masa ludzi z opuszczonemi na piersi głowami. Monotonja tego marszu łączy się z grą Fery i tworzy denerwującą mieszaninę dźwięków. Emeryk wstaje z fotela i poczyna szybko chodzić, trzęsącemi się rękoma wyrywa włosie z futra; co chwila zagląda w okno — idą. Fera gra.
Mrok rozlał się w zadeszczonem powietrzu i zamazał sylwetki żołnierzy, z dziurawych rynien opadają krople wody na ziemię — skrzypce Fery umilkły. Emeryk marzy: jakże pięknie wygląda. Lakierowane cholewy lśnią i obciskają zgrabne łydki młodego oficera. Idzie trotuarem i czuje na sobie wzrok zachwyconych kobiet, — zdejmuje z ręki kremową rękawiczkę i zapala papierosa, następnie idzie — spaceruje tak bez końca. Potem... co potem? — Emeryk otwiera oczy; w pokoju jest ciemno, — turkoczą szybko toczące się działa i słychać nawoływania żołnierzy, więc Emeryk kładzie się do łóżka i zasypia ciężko, drżąc z zimna.
Ranek jest pogodny. Emeryk widzi przez okno żołnierzy, konie i wozy w słońcu. Tu, w jego pokoju jest mroczno, ale skoro tamci mają pogodę, to znaczy, że już niedługo nastaną ciepłe, słoneczne dni.
W szerokich wozach siedzą ludzie bladzi, z poobwiązywanemi głowami i rękami na temblakach: — powożący ostro poganiają konie, koło wozów biegną żołnierze o ziemistych twarzach; co pewien czas przeganiają ich pojedyńczo kawalerzyści. Na tyłach idą ci najsłabsi; tłoczą i pchają się naprzód, niektórzy trzymają się desek wozów, są to szczęśliwcy, którzy pozbyli się połowy ciężaru swego ciała.
Emeryk patrzy na nich błędnemi oczyma, kołysząc swą śpiczastą głowę. Ci wgórze denerwują go najwidoczniej. — Raptem wszystko cichnie. Emeryk może jeszcze pochwycić wzrokiem sylwetki kilku żołnierzy, znikających za zakrętem drogi. Zdaleka dochodzi jeszcze trzeszczenie wozów, kilku kawalerzystów przegalopowało, i ucichło zupełnie za drzewami.
Teraz jest cisza absolutna. W podświadomości Emeryka formuje się zdziwienie, że Fera jeszcze nie gra — jest to przyczyną lekkiego niepokoju i mrużenia powiek. Emeryk otwiera okno. Po raz pierwszy od pięciu miesięcy do pokoju wpływa świeże powietrze; jest ono ciepłe, nieco wilgotne. Emeryk oddycha, przymrużywszy oczy — otwiera je jednak szybko: połowa okna poruszona wiatrem skrzypnęła w zawiasach. — Och, więc to nie Fera. Ozłocone słońcem szczyty drzew odcinają się od czarnych pni. Ponieważ ptaki ćwierkają zbyt głośno — Emeryk zamyka okno i siada w fotelu. Odczuwa rozchodzącą się po ciele energję; — przecież jest mężczyzną, czuje to w sobie wyraźnie. Chwilę myśli, następnie wstaje, otwiera drzwi i wychodzi na korytarz; przemyka się powoli do sąsiedniego pokoju. — Jest tu pełno w nieładzie porozrzucanych gratów. Emeryk otwiera dużą, dębową szafę; wyjmuje z niej szybko: stary, oficerski mundur, czapkę, buty i zardzewiałą szablę, — składa to wszystko na ramię — szablę bierze w rękę i wraca do siebie. — Szybko zrzuca futro, kaftan i spodnie. Ubiera się w wyszarzały, noszony ongiś przez jakiegoś kuzyna — mundur. — Musiał to być drab nielada, bo spodnie sięgają Emerykowi aż po szyję. Daje sobie jednak z tem radę, — ach, bo mężczyzną jest przecie — ma chęć nim być. Wszystko już ma na sobie: zwisa na nim ten mundur, a między łydki i cholewę możnaby włożyć małe polano; czapka opada na uszy, ale to nic — mimo to, jest chyba Emeryk rześkim chłopakiem — oficerem. Coś jeszcze brak? — a, szabla przecie — ta najważniejsza rzecz u wojskowego; — przypina ją sobie Emeryk niezdarnie do pasa — wpierw z prawego boku, a potem — racja — z lewego. — Nieprzyjemny jest ten kawał zardzewiałego żelaza: ciągnie się po podłodze i plącze między butami, — lecz trudno; kto widział dziarskiego oficera — pełnego sił mężczyznę bez szabli. Emeryk spaceruje po pokoju: wyprostowany jest, — długie włosy opadły na ramiona i zakrywają haft kołnierza, — jeden but tylko zbrojny jest w ostrogę, lecz tupie nim Emeryk mocno w podłogę i brzęczy rzeczywiście prawdziwie. Zmęczył się jednak tym chodzeniem — więc siada w fotelu, usadawia szablę i myśli: Piękna jest Flora — córka dowódcy pułku. I patrzy na mnie przychylnie — muszę zdobyć jej serce. Floro, pójdź ze mną na spacer w topolową aleję. — Zatem zgoda. — Ach, Floro — jakże chłodne są twoje ręce, czy usta również takie? — Tak, usta... twoje są również chłodne, — a piersi... co to... nie masz piersi — Floro?! — Ale włosy twoje są wspaniałe... lecz nie, nie masz długich włosów Floro... i gładko uczesana jest twoja głowa. Pokaż więc twarz swoją. — Ach, więc chłopcem jesteś Floro... no to teraz całuj mnie Floro... teraz... teraz — usta masz tak gorące... ramiona twoje są tak silne — obejmij mnie niemi... temi... męskiemi — oh, co? — szabla przeszkadza... od... odrzućmy ją precz w... w wodę — tak, — teraz... Floro.. Floryssie... we wło... we włosach... masz... wodorosty.
Początkowo cichutko, potem coraz głośniej poczyna grać Fera.
Emeryk otwiera oczy — drży z podniecenia; wstaje — ciąży mu mundur, buty, czapka — wszystko. Rozbiera się gorączkowo, odrzuca szablę ze wstrętem: — suknie, suknie włożyć jaknajprędzej — mundur precz, pod łóżko. Tak, — jak pieściwie otulają ciało suknie obszerne, jakże wygodne jest łóżko: — pieść mnie czarnowłosy djable­‑olbrzymie, oot, tak — tylko nie chybocz łodzią bo, hehe... utoniemy spleceni miłosnym uściskiem.


∗                ∗

Kwiecień począł stroić w zieleń drzewa i krzewy parku: okrył je pąkami, a ptakom włożył w gardziołka świegot wesoły. Emeryk czyta Ewangelję. — Spieczonemi od żądz wargami szepcze czytane słowa. Poprawia co chwila wielką księgę ugniatającą mu kolana — w pożółkłych kartach widzi obrazy — jakże dalekie od treści czytanej księgi.
Czyta:
...„morze zaś burzyło się pod naporem wiatru silnego. Gdy więc upłynęli prawie dwadzieścia pięć do trzydziestu stadyów, widzą Jezusa kroczącego po morzu i zbliżającego się do łodzi, — i strach ich ogarnął!“...
Emeryk przerywa czytanie i rozważa: Pięknie musiał wyglądać Syn Boży — gdy tak szedł bosemi stopami po szmaragdowych falach. Powiedziane jest jednak: szedł. — Trudno to jest iść morzem, którego fale zawsze są dość wielkie, — a nawet, gdyby kamieniały one pod krokiem Chrystusa, to i wówczas tworzyłyby nierówne, śliskie pagórki — zielone takie. Przyjemnie to iść sobie takim wodnym obszarem, ale na to trzeba być Synem Boga. — A tamci dwoje: — Flora, tak piękna i ten oficer, chłop jak dębczak — w łodzi. Byli tylko ludźmi — niewolnikami cudownej sprawy dwojga ciał i, zginęli... hehe, ofiary perfidnej sztuczki natury. Istotnie, tak. Nie spotkałoby to ludzi o pewnej potędze — człowieka, przypuśćmy, będącego w możności władać żywiołami... Chrystus mógłby unieważnić wywrócenie łódki, — lub też ktoś inny — podobnie potężny człowiek.
Tak i podobnie myśli Emeryk — biedny obłąkaniec. A ponieważ interesuje go ta księga, w której zawarte są czyny i życie Jezusa — Chrystusa — człowieka, więc czyta dalej przerzuciwszy stron kilka:
...„I wypadła nawałnica na jezioro, tak iż zalewała ich wodą, i byli w niebezpieczeństwie. Przystąpili więc i obudzili Go, mówiąc: Mistrzu, Mistrzu, giniemy! On zaś, powstawszy, nakazał wichrowi i wodnym bałwanom, a one zaniechały i stała się cisza“...
— Hm, — myśli Emeryk — łatwiej to uciszyć morze wzburzone, aniżeli chodzić po niem. — I w wyobraźni jego utwarza się wielka przestrzeń wodna — szumiące morze, po którem idzie postać pełna majestatu i łagodności. Emeryk zmniejsza przestrzeń, dzielącą go od owej postaci i widzi tam siebie — tak, idzie sobie on — Emeryk Sobel — po powierzchni tej masy wodnej; jego buciki na wysokich obcasach suną po wodzie, jak po miękkim kobiercu. Emeryk płacze: łzy jego padają na pożółkłe karty Ewangelji i tworzą tam plamy — na które Emeryk patrzy, uśmiechając się. A że park tętni pulsem życia i świeża zieleń trawy ciągnie na przechadzkę — więc Emeryk, przyciągany siłą niewytłumaczalną — zdejmuje futro, nakłada na suknie długi szlafrok niebieskiego koloru, poczem — z Ewangelją pod pachą lewej ręki — wychodzi, stąpając ostrożnie, ze swego pokoju ma korytarz. Minął pokoje ze staremi meblami, — gdy przechodził koło kuchni, uszu jego dobiegł śpiew Janki, a nozdrzom dał się odczuć zapach pieczonego mięsa. Przeszedł więc szybko to niemiłe mu miejsce i stanął na progu domu. Przed sobą ma zalaną słońcem przestrzeń; wielkie pasmo stepu ciągnie się w rozsłonecznioną dal. Na widnokręgu ledwo rysują się ciemne smużki jakby: są to lasy odległe. Emeryk oddycha przeczystem powietrzem i myśli o morzu i o Chrystusie. Stoi w słońcu: — jakże żałośnie wygląda ta wątła postać, tak dziwacznie ubrana: nalaną, żółto­‑brudną twarz, okalają długie, w kosmykach na ramiona opadające włosy; — z pod obszarpanego u dołu szlafroka wyglądają skoślawione buciki kobiece. Stoi Emeryk z Ewangelją pod pachą i marzy, patrząc w błękitne niebo. Lecz nagle skrzypce Fery orzeźwiają niemile Emeryka: okrąża dom mrucząc coś i po chwili jest w parku. Idzie zapuszczoną, zarosłą aleją, a rozmokła, wiosenna ziemia wydaje mu się wodą morza — zieloną. Idzie naprzód — bez celu wyraźnego; — gdzieniegdzie między drzewami, w miejscach wilgotnych i pozbawionych słońca, leżą płaty topniejącego śniegu. Cisza jest tutaj i chłód. Raptem wyłaniają się z gęstwiny krzaków kępy sitowia, a za niemi widać staw — staw nieruchomy, ciemno­‑zielony.
Twarz Emeryka płonie ekstazą — przyciska Ewangelję do piersi. — Więc w tem miejscu — tutaj zgi... utonęli — zalewając zimną wodą żar swoich ciał rozpalonych. Och, Floro, piękna Floro, czemużeś pogardziła mną, gdym cię tak kochał przed laty, czemużeś... ze mną nie zginęła?... Patrz... oto przejdę przez miejsce, które stało się... grobem waszym... Patrz! Emeryk idzie naprzód — wzniósłszy lewą rękę do góry — między sitowia. Nie czuje miękkości gruntu i chłodu wody przenikającej buciki. Idzie powoli i widzi siebie, stąpającego po powierzchni stawu, a naprzeciw zbliża się ona, Flora — w pokorze i zdumieniu. — Jest już po pas w zimnej wodzie stawu — idzie: razem z Ewangelją zanurza się coraz głębiej, ramiona obejmuje chłodny uścisk — lecz daleki jest Emeryk od odczucia tego: — On idzie przecież powierzchnią, po grzbietach ryb trwających ławicą w podziwie najwyższym. — Lecz — co za dziwne uczucie — straszne: przez gardło, przez nos i uszy leje się woda — zimna, zła, słodkawa: — leje się do wnętrzności, dusząc, dławiąc... oh... ohh... ohohoch!! — krzyku nie można wydobyć. Przed rozwartemi szeroko oczyma — poprzez wodę, przesuwają się obrazy jakieś dziwne: wyraźnie widzi Emeryk: elementarz z wielkiemi literami — modlącą się babkę — Florę uśmiechniętą szyderczo — siebie tam, pod oknem. Przeróżne sceny z życia, z tego pomylonego życia. Wszystko to kręci się, miesza, wiruje i wielka twarz Chrystusa patrzy na Emeryka łagodnie. Śmierć na dnie stawu, w mule — usadowiła miękko zwłoki Emeryka Sobla.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.