Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX.
Tomasz Marvel.

Czytelnik musi sobie wyobrazić Tomasza Marvela, jako człowieka o dużej, ruchliwej twarzy, o cylindrycznie wystającym nosie, o zmysłowych, pełnych, ruchliwych ustach, oraz o dziwnie najeżonej brodzie. Figura jego skłaniała się ku pulchności, a krótkie nogi akcentowały wyraźnie tę skłonność. Nosił zmierzwiony cylinder, guziki zastępował sznurkami i sznurowadłami od trzewików i to, jak było widać, w krytycznych miejscach swego kostyumu, co wszystko, razem wzięte, dowodziło jasno, że musiał być kawalerem.
Pan Tomasz Marvel siedział ze stopami w rowie przy drodze, prowadzącej przez błonie do Adderdanu, w odległości półtorej mili od Iping. Stopy jego, z wyjątkiem bardzo przejrzystych skarpetek, były bose, wielkie palce były szerokie i nastawione, jak uszy czujnego psa. W niedbały sposób — on bowiem czynił wszystko niedbale — rozważał, czy ma przymierzyć parę obuwia. Były to najlepsze buty, jakie miał po raz pierwszy od dłuższego już czasu, tylko nieco za duże na niego, kiedy znowu te, które posiadał, były doskonałe w suchą pogodę, ale na wilgoć miały za cienkie podeszwy. Tomasz Marvel nienawidził obszernych trzewików, ale nienawidził też i wilgoci. Nigdy właściwie nie rozstrzygnął ostatecznie, czego nie lubił więcej, a tymczasem był ładny dzień i nie miał nic lepszego do roboty. Postawił cztery sztuki trzewików na murawie w pełnej wdzięku grupie i spoglądał na nie z pośród trawy i macierzanki, gdy wydało mu się nagle, że obie pary czynią na wzrok bardzo niemiłe wrażenie. Jakiś Głos z tylu wcale go nie przestraszył.
— Ale mimo wszystko, to przecież buty — odezwał się ów Głos.
— Tak... buty z Miłosierdzia — rzekł Tomasz Marvel, z głową przekrzywioną na jedną stronę i patrząc na obuwie z niesmakiem — i niech mnie dyabli wezmą, jeżeli wiem, która z tych par jest najbrzydsza na całym szerokim świecie?
— Hm — rzekł Głos.
— Co prawda, nosiłem już i gorsze, nawet nie nosiłem żadnych. Ale żadne nie były tak zuchwale szpetne, jeżeli pan niema nic przeciwko temu wyrażeniu. Przez wiele dni żebrałem specyalnie o trzewiki, ponieważ te mi tak zbrzydły. Świeżo otrzymane są dosyć całe, to prawda. Czy mi pan uwierzy, iż w całej okolicy, pomimo usilnych starań, nie mogłem nic innego zdobyć, jak tylko obuwie. Patrz pan na nie! Ogólnie biorąc, to niezły powiat na trzewiki. Takie to już moje przeklęte szczęście. W tym powiecie zaopatrywałem się w trzewiki od dziesięciu lat.
— To łajdacki powiat — rzekł Głos — a ludzie to czyste świnie.
— Czy nie prawda? — odparł Marvel. — Boże! ale te buty! — to są najgorsze.
Zwrócił głowę przez ramię na prawo, aby spojrzeć na buty swego interlokutora: nie było ani nóg, ani trzewików. Zwrócił więc głowę na lewo, ale tam też nie było ani nóg, ani trzewików. Oślepił go błysk wielkiego zdumienia.
— Gdzież pan jesteś? — spytał Tomasz Marvel po przez ramię, poczem stanął na czworakach.
Oczom jego przedstawiła się przestrzeń pustego błonia, na którem wiatr poruszał zielonemi wierzchołkami w dali rosnącego jałowca.
— Czy ja jestem pijany? — rzekł Marvel. — Czy miałem widzenie? Czy mówiłem sam do siebie? Co u...
— Niech cię to nie niepokoi — rzekł Głos.
— Tylko bez tych brzuchomówczych sztuczek — rzekł Marvel, zrywając się żywo na równe nogi. — Gdzie jesteś?
— Niech cię to nie niepokoi — powtórzył Głos.
— Ty się sam będziesz wkrótce niepokoił, głupi idyoto! — rzekł Tomasz Marvel. — Gdzież ty jesteś? Pokaż mi się tylko. Czyś ty może zagrzebany w ziemię?
Nie było żadnej odpowiedzi. Tomasz Marvel stał bosy i zdumiony, z kurtką rozwianą.
— Piiuit! — ozwała się gdzieś w oddali czajka.
— O tak... piiuit — powiedział Mervel. — Teraz wcale nie pora na błazeństwo.
Błonie było puste na wschód i na zachód, na północ i na południe; droga, z płytkiemi rowami i białemi palami granicznemi, biegła gładka i pusta z północy na południe, i z wyjątkiem owej jedynej czajki, błękitne niebo także było całkowicie puste.
— Ratujcie!... — rzekł Tomasz Marvel, odziewając się w kurtkę. — To skutek picia. Mogłem się tego spodziewać.
— To wcale nie skutki picia — rzekł Głos. — Tylko panuj nad swojemi nerwami.
— Och! — zawołał Marvel, a twarz jego mocno pobladła. — To skutki picia — usta jego powtarzały z cicha.
Wpatrywał się badawczym wzrokiem dokoła siebie i posuwał się zwolna wstecz.
— Mógłbym przysiądz, że słyszałem głos! — szepnął.
— Oczywiście, że słyszałeś.
— Jest znowu! — rzekł Marvel, zamykając oczy i chwytając się tragicznie dłonią za czoło.
Nagle został schwycony za kołnierz i wstrząśnięty gwałtownie, co go jeszcze bardziej oszołomiło.
— Nie bądź głupi — rzekł Głos.
— Dyabli wzięli... moją... kwitnącą... makówkę! — zawołał Marvel. — To niedobrze. To martwienie się temi przeklętemi trzewikami. Dyabli wzięli moją śliczną, kwitnącą makówkę. Albo też to może duchy!
— Ani jedno, ani drugie — rzekł Głos. — Słuchaj mnie!
— Makówka! — rzekł Marvel.
— Chwilkę — rzekł Głos przenikliwie, ledwie panując nad sobą.
— Więc i cóż? — spytał Marvel z dziwnem uczuciem, że palec jakiś jeździ mu po piersiach.
— Myślisz, że ja jestem wyobraźnią... jedynie wyobraźnią?
— Czemże innem możesz być? — spytał Marvel, trąc sobie ręką po karku.
— Dobrze — rzekł Głos tonem ulgi. — W takim razie zacznę ciskać w ciebie kamieniami, póki nie zmienisz swego zdania.
— Ale gdzież jesteś?
Głos nic nie odpowiedział. Bzz... furknął kamień pozornie z powietrza i chybił ramię Marvela na grubość włosa. Marvel, odwróciwszy się, ujrzał kamień, wznoszący się w powietrze, zataczający koło, wiszący przez chwilę w powietrzu, a potem upadający z niepochwytną niemal szybkością u jego stóp. Zanadto był zdumiony na to, aby się usunąć. Kamień odbił się od jego nieobutej nogi i rykoszetem wpadł do rowu. Marvel podskoczył na stopę w górę i zawył głośno. Potem zaczął biedz, utknął na jakimś niewidzialnym przedmiocie i znalazł się nagle w postawie siedzącej.
— A teraz — spytał Głos, gdy trzeci kamień zatoczył krzywą linię do góry i zawisł nad włóczęgą — czy ja jestem wyobraźnią tylko?
W odpowiedzi na to, Marvel porwał się na nogi, ale został natychmiast powtórnie obalony. Przez chwilę leżał spokojnie.
— Jeżeli zechcesz walczyć ze mną jeszcze raz — rzekł Głos — gwiznę cię kamieniem w łeb.
— To jakieś czary — rzekł Marvel, siadając, biorąc się za raniony palec i wpatrując się w trzeci pocisk. — Tego ja nie rozumiem. Kamienie, rzucające się same. Kamienie mówiące. Połóż się na ziemi i zczeznij. Poddaję się.
Trzeci kamień opadł.
— Rzecz jest bardzo prosta — rzekł Głos. — Jestem człowiekiem niewidzialnym.
— Powiedz mi, jak mam to rozumieć? — rzekł Marvel, dysząc z bólu. — Gdzież się ty ukrywasz... jak to robisz... ja tego nie pojmuję. Jestem pobity.
— Oto wszystko — rzekł Głos: — Jestem niewidzialny. I oto wszystko, co ci chcę dać do zrozumienia.
— Każdy człowiek może to pojąć. Ale nie widzę wcale potrzeby takiego przeklętego pośpiechu z pańskiej strony. No, a teraz objaśnij mnie, w jaki sposób się ukrywasz?
— Jestem niewidzialny. To jest właśnie rdzeń rzeczy. A wszystko, co musisz zrozumieć, to...
— Ale gdzież jesteś? — przerwał Marvel.
— Tutaj... o sześć yardów przed tobą.
— Aha! Przecież nie jestem ślepy. Następnie może każesz mi uwierzyć, że jesteś czystem powietrzem? Ja nie jestem jednym z tych waszych głupich włóczęgów...
— Tak. Jestem powietrzem, wszakże możesz przejrzeć przeze mnie?
— Co? Nie masz wcale ciała? Czy to może proste psie figle?
— Jestem zwykłą ludzką istotą... cielesną, potrzebującą pokarmu i napoju, oraz okrycia... Ale jestem niewidzialny. Uważasz? Niewidzialny. Bardzo prosta historya. Niewidzialny.
— Jakto, jesteś podobny do rzeczywistego człowieka?
— Oczywiście.
— No, to mi podaj rękę — rzekł Marvel — skoro jesteś istotą realną. Nie będzie to już tak dyablo różne od...
— Do licha! — zawołał nagle — aż podskoczyłem od takiego uścisku.
Wolnemi palcami wyczuł rękę, która ujęła go za staw nadgarstkowy. Posunął palec w górę po ramieniu — namacał muskularną pierś i obrośniętą twarz.
Oczy Marvela wyrażały zdumienie.
— Jestem zupełnie głupi! — powiedział. — To przecie lepsze od walki kogutów! Niesłychanie zdumiewająca historya!... A o mile widzę przez ciebie królika. Ani odrobiny ciebie nie widać... z wyjątkiem...
Badał okiem pilnie pozornie pustą przestrzeń.
— Czyś pan nie jadł przypadkiem chleba z serem? — spytał, trzymając za niewidzialne ramię.
— Owszem, jadłem. Ale pokarm ten nie został jeszcze przyswojony przez mój organizm.
— Ach! — rzekł Marvel. — Rodzaj ducha, co?
— Wszystko to nie jest ani przez pół tak zdumiewające, jak ci się zdaje.
— W każdym razie jest zupełnie dostatecznie zdumiewające na moje skromne potrzeby — rzekł Tomasz Marvel. — Ale jakże to się robi u licha? Jakże się do tego zabrać?
— To za długa historya. A zresztą...
— Powiadam otwarcie, że cała ta sprawa zbiła mnie z pantałyku — rzekł Marvel.
— Mniejsza o to; mam w tej chwili do powiedzenia tylko to, że potrzebuję pomocy. Doszło u mnie aż do tego. Natrafiłem na ciebie nagle. Włóczyłem się wściekły do obłędu, nagi, bezsilny. Byłem w stanie popełnić morderstwo... Wtedy spostrzegłem ciebie...
— Boże!... — zawołał Marvel.
— Zaszedłem cię z tyłu... zawahałem się... sunąłem dalej.
Wyraz twarzy Marvela był bardzo wymowny.
— Potem zatrzymałem się. — Oto — pomyślałem sobie — jest taki sam, jak ja, wyrzutek. Oto człowiek właśnie dla mnie. — Zawróciłem więc i podszedłem do ciebie. Do ciebie, uważasz, i...
— Boże! — wyszeptał Marvel. — Ależ mnie się poprostu w głowie kręci. Czy wolno mi spytać, o co chodzi?... Jakiej pomocy może żądać ode mnie „Niewidzialny“?
— Chcę, żebyś mi pomógł zdobyć ubranie i schronienie, a potem różne inne rzeczy. Zostawiłem je po za sobą. Jeżeli nie zechcesz... ba! Ale ty zechcesz... ty musisz!
— Słuchajno! — rzekł Marvel. — Jestem zanadto zmieszany tem wszystkiem. Nie wywracaj mnie już więcej. Pozwól mi odejść sobie. Muszę się nieco uspokoić. Prawie rozgniotłeś mi palec. Wszystko to takie jakieś głupie... Puste błonie, puste niebo, nic nie widać na milę dokoła, prócz przyrody... Nagle daje się słyszeć głos prosto z nieba! I kamienie! I pięść — Boże!
— Zapanuj nad sobą — rzekł Głos — ponieważ musisz spełnić to, co od ciebie wymagam.
Marvel wydął policzki i wytrzeszczył oczy.
— Wybrałem ciebie — powtórzył Głos. — Ty jesteś jedynym człowiekiem, z wyjątkiem kilku głupców we wsi, który wie, że istnieje taka rzecz, jak człowiek niewidzialny. Musisz być moim pomocnikiem. Pomóż mi... a ja ci się za to sowicie odpłacę. Niewidzialny człowiek to potęga.
Zatrzymał się na chwilę, aby kichnąć gwałtownie.
— Ale, jeżeli mnie zdradzisz — dodał — jeżeli nie będziesz tak robił, jak ja ci każę...
Urwał i poklepał Marvela po ramieniu. Marvel formalnie zawył z przestrachu.

— Nie mam zamiaru zdradzać cię — rzekł, odsuwając się od palców. — Nie przypuszczaj tego nigdy, cokolwiek chciałbyś uczynić. Owszem, pragnę ci być pomocnym... jeno mi powiedz, co mam robić. Boże! Cokolwiek chcesz, bym zrobił, ja bardzo chętnie uczynię.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.