Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Tylko bez tych brzuchomówczych sztuczek — rzekł Marvel, zrywając się żywo na równe nogi. — Gdzie jesteś?
— Niech cię to nie niepokoi — powtórzył Głos.
— Ty się sam będziesz wkrótce niepokoił, głupi idyoto! — rzekł Tomasz Marvel. — Gdzież ty jesteś? Pokaż mi się tylko. Czyś ty może zagrzebany w ziemię?
Nie było żadnej odpowiedzi. Tomasz Marvel stał bosy i zdumiony, z kurtką rozwianą.
— Piiuit! — ozwała się gdzieś w oddali czajka.
— O tak... piiuit — powiedział Mervel. — Teraz wcale nie pora na błazeństwo.
Błonie było puste na wschód i na zachód, na północ i na południe; droga, z płytkiemi rowami i białemi palami granicznemi, biegła gładka i pusta z północy na południe, i z wyjątkiem owej jedynej czajki, błękitne niebo także było całkowicie puste.
— Ratujcie!... — rzekł Tomasz Marvel, odziewając się w kurtkę. — To skutek picia. Mogłem się tego spodziewać.
— To wcale nie skutki picia — rzekł Głos. — Tylko panuj nad swojemi nerwami.
— Och! — zawołał Marvel, a twarz jego mocno pobladła. — To skutki picia — usta jego powtarzały z cicha.
Wpatrywał się badawczym wzrokiem dokoła siebie i posuwał się zwolna wstecz.
— Mógłbym przysiądz, że słyszałem głos! — szepnął.
— Oczywiście, że słyszałeś.
— Jest znowu! — rzekł Marvel, zamykając oczy i chwytając się tragicznie dłonią za czoło.