Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

jeżeli wiem, która z tych par jest najbrzydsza na całym szerokim świecie?
— Hm — rzekł Głos.
— Co prawda, nosiłem już i gorsze, nawet nie nosiłem żadnych. Ale żadne nie były tak zuchwale szpetne, jeżeli pan niema nic przeciwko temu wyrażeniu. Przez wiele dni żebrałem specyalnie o trzewiki, ponieważ te mi tak zbrzydły. Świeżo otrzymane są dosyć całe, to prawda. Czy mi pan uwierzy, iż w całej okolicy, pomimo usilnych starań, nie mogłem nic innego zdobyć, jak tylko obuwie. Patrz pan na nie! Ogólnie biorąc, to niezły powiat trzewiki. Takie to już moje przeklęte szczęście. W tym powiecie zaopatrywałem się w trzewiki od dziesięciu lat.
— To łajdacki powiat — rzekł Głos — a ludzie to czyste świnie.
— Czy nie prawda? — odparł Marvel. — Boże! ale te buty! — to są najgorsze.
Zwrócił głowę przez ramię na prawo, aby spojrzeć na buty swego interlokutora: nie było ani nóg, ani trzewików. Zwrócił więc głowę na lewo, ale tam też nie było ani nóg, ani trzewików. Oślepił go błysk wielkiego zdumienia.
— Gdzież pan jesteś? — spytał Tomasz Marvel po przez ramię, poczem stanął na czworakach.
Oczom jego przedstawiła się przestrzeń pustego błonia, na którem wiatr poruszał zielonemi wierzchołkami w dali rosnącego jałowca.
— Czy ja jestem pijany? — rzekł Marvel. — Czy miałem widzenie? Czy mówiłem sam do siebie? Co u...
— Niech cię to nie niepokoi — rzekł Głos.