Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

zaczął biedz, utknął na jakimś niewidzialnym przedmiocie i znalazł się nagle w postawie siedzącej.
— A teraz — spytał Głos, gdy trzeci kamień zatoczył krzywą linię do góry i zawisł nad włóczęgą — czy ja jestem wyobraźnią tylko?
W odpowiedzi na to, Marvel porwał się na nogi, ale został natychmiast powtórnie obalony. Przez chwilę leżał spokojnie.
— Jeżeli zechcesz walczyć ze mną jeszcze raz — rzekł Głos — gwiznę cię kamieniem w łeb.
— To jakieś czary — rzekł Marvel, siadając, biorąc się za raniony palec i wpatrując się w trzeci pocisk. — Tego ja nie rozumiem. Kamienie, rzucające się same. Kamienie mówiące. Połóż się na ziemi i zczeznij. Poddaję się.
Trzeci kamień opadł.
— Rzecz jest bardzo prosta — rzekł Głos. — Jestem człowiekiem niewidzialnym.
— Powiedz mi, jak mam to rozumieć? — rzekł Marvel, dysząc z bólu. — Gdzież się ty ukrywasz... jak to robisz... ja tego nie pojmuję. Jestem pobity.
— Oto wszystko — rzekł Głos: — Jestem niewidzialny. I oto wszystko, co ci chcę dać do zrozumienia.
— Każdy człowiek może to pojąć. Ale nie widzę wcale potrzeby takiego przeklętego pośpiechu z pańskiej strony. No, a teraz objaśnij mnie, w jaki sposób się ukrywasz?
— Jestem niewidzialny. To jest właśnie rdzeń rzeczy. A wszystko, co musisz zrozumieć, to...
— Ale gdzież jesteś? — przerwał Marvel.