Cymbelin (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Cymbelin
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VIII
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

AKT DRUGI.
SCENA I.
Dwór przed pałacem Cymbelina.
(Wchodzą: Kloten i dwóch Panów).

Kloten.  Czy był kiedy nieszczęśliwszy ode mnie człowiek! Właśnie kiedy miałem zbić królowę, kula przeciwnika odbiła moją! A tu szło o sto funtów. Na domiar nieszczęścia trzeba jeszcze było, żeby jakiś tam chłystek wymawiał mi moje klęcia, jakbym ich od niego pożyczył i nie miał prawa szafować niemi jak moją własnością.
1 Pan.  A co na tem zyskał? Strzaskałeś mu, panie, czaszkę swoją kulą.
2 Pan  (na str.). Gdyby nie więcej było w niej rozumu niż w czaszce tego, co mu ją strzaskał, wysypałby mu się wszystek.
Kloten.  Kiedy się zechce kląć szlachcicowi, nie wolno tam przytomnym wścibiać nosa. Ozy nie prawda?
2 Pan.  Nie wolno, panie. (na str.). Ale też nie wolno uszów im obcinać.
Kloten.  Przeklęty kundel! Ja dać mu satysfakcyę? Ach, czemu nie był mi równy rodem!
2 Pan  (na str.). To cuchnąłby durniem.
Kloten.  Nic mi bardziej nie dokucza. Do kroćset batalionów! Żałuję nieraz, że tyle we mnie krwi szlacheckiej. Nikt nie śmie bić się ze mną, bo każdy lęka się królowej mojej matki. Lada kapcan ma pełny brzuch pojedynków, ja jeden tam i sam biegam jak kogut, który nie może znaleźć równego.
2 Pan  (na str.). Kogut ten bardzo podobny do kapłona: niema nic w sobie koguciego prócz piania i grzebania.
Kloten.  Co mówisz?
1 Pan.  Nie byłoby właściwą rzeczą, żeby wasza dostojność rąbała się z lada chłystkiem, którego raczyła pokrzywdzić.
Kloten.  Wiem o tem: ale właściwą jest rzeczą, żeby mi wolno było krzywdzić moich podrzędnych.
2 Pan.  Tak jest, jest to właściwą rzeczą tylko dla waszej dostojności.
Kloten.  I ja tak utrzymuję.
1 Pan.  Czy słyszałeś, panie, o cudzoziemcu, który tej nocy na dwór przybył?
Kloten.  O cudzoziemcu? A ja nic o tem nie wiem!
2 Pan  (na str.). Jak nie wiesz, że sam jesteś najrzadszą ciekawością.
1 Pan.  Przybył Włoch jakiś, a jak powiadają, ma to być jeden z przyjaciół Leonata.
Kloten.  Leonata! wygnanego łotra; to i on musi być taki sam drugi, kimbądź jest kolwiek. Kto ci mówił o tym cudzoziemcu?
1 Pan.  Jeden z paziów waszej dostojności.
Kloten.  Czy wypada, żebym poszedł go zobaczyć? Czy nie byłoby to ujmą mojej godności?
1 Pan.  Nie możesz, panie, zrobić ujmy swojej godności.
Kloten.  Przynajmniej nie łatwo, jak myślę.
2 Pan  (na str.). Jesteś wypróbowanym błaznem, wszystko, co robisz, jest błazeństwem i nie może zrobić ci ujmy.
Kloten.  Idźmy! Muszę zobaczyć tego Włocha. Com dziś przegrał w kręgle, wygram od niego tej nocy. Idźmy.
2 Pan.  Za chwilę pośpieszę za waszą dostojnością.

(Wychodzą: Kloten i pierwszy Pan).

Że też tak mądra, przebiegła dyablica
Takiego osła na świat mogła wydać!
Matka podbija wszystko swym rozumem,
A syn nie powie, że dwa od dwudziestu
Jest osiemnaście. O, biedna księżniczko,
Jak los twój twardy, boska Imogeno!
Ojciec macochy twej jest niewolnikiem,
Macocha spiski przeciw tobie knuje,
A twój konkurent stokroć nieznośniejszy,
Niż ci wygnanie drogiego jest męża.
Niech od rozwodu, którym ci tu grożą,
Niebo honoru twego zbawi twierdzę,
Twej czystej duszy świątynię ocali!
Abyś nakoniec, po długiem cierpieniu,
Zasiadła z mężem w twego tronu cieniu! (Wychodzi).

SCENA II.
Sypialny pokoj, w nim kufer z jednej strony.
(Imogena, w łóżku, czyta, Pani dworska).

Imogena.  To ty, Heleno?
Pani.  Tak jest, dobra pani.
Imogena.  Która godzina?
Pani.  Północ niedaleko.
Imogena.  Toć ja czytałam trzy przeszło godziny;
Oczy mnie bolą. Naznacz mi stronnicę,
Idź potem spocząć, ale zostaw lampę,

A jeśli możesz, przyjdziesz mnie obudzić
O czwartej rano. Jestem napół śpiącą.

(Wychodzi Pani dworska).

Twej się opiece polecam, o Boże!
Strzeż mnie od wróżek i od nocnych pokus,
Strzeż mnie, o Panie!

(Usypia. — Jachimo wychodzi z kufra).

Jachimo.  Świerszcze śpiewają, a znużony pracą
Człowiek w spoczynku sił nowych nabiera.
Tak nasz Tarkwiniusz o takiej godzinie
Ostrożną nogą po sitowiu stąpał,
Zanim obudził czystość, którą skalał. —
O, Cytereo, jak stroisz twe łoże!
O lilio, bielsza od twych prześcieradeł!
Pozwól się dotknąć! Jeden pocałunek!
Nieporównane rubiny! jak słodkie!
Oddech jej wonią napełnia komnatę,
I płomień lampy ku niej się pochyla,
Jakby chciał zajrzeć pod śpiącej powieki,
I przysłonione zobaczyć światełka,
Pod ich powłoką białą i niebieską,
Lazurem niebios samych malowaną.
Ale czas drogi. Dla większej pewności,
Wierny komnaty zanotuję opis.
Takie obrazy — łoże jej tak strojne —
Tam okno, takie na ścianach obicia,
A na nich takie a takie figury,
I treść ich taka. Lecz ciała jej znaki
Będą lepszymi powieści świadkami,
Niż opis mebli dziesięciu tysięcy.
Utul ją, śmierci obrazie, śnie ciężki!
Zmień ją na posąg śpiący na grobowcu!
Do mnie tu, do mnie! (Zdejmuje jej bransoletkę).
Jak łatwiej pod palcem
Od gordyjskiego ześlizga się węzła!
Jest moją. Będzie zewnętrzny to świadek,
Równie potężny jak wewnątrz sumienie,
Aby jej męża przywieść do szaleństwa.

Na lewej piersi znaczek pięć-promienny,
Jak krwawe centki w koronie pierwiosnka:
Dowód to lepszy od aktów sądowych,
Zmusi go wierzyć, że odbiłem zamek,
I że wykradłem skarb jego honoru.
Dość tego, czemu wpisywać mam rzeczy,
Co wśrubowane, wbite w moją pamięć?
Czytała, widzę, dzieje Tereusza;
Karta zagięta tam, gdzie Filomela
Uległa sile. Mogę na tem przestać.
Do kufra teraz! Zapuśćmy sprężynę.
A więc się spieszcie, śpieszcie smoki nocy,
Niechaj świt kruka źrenice otworzy!
Strach mnie ogarnia. Piekło tu jest dla mnie,
Choć czysty anioł mieszka w tej komnacie (Bije zegar).
Raz, dwa, trzy. Czas już (wchodzi do kufra).

SCENA III.
Pod oknami Imogeny.
(Wchodzą: Kloten, Panowie).

1 Pan.  Nie widziałem dostojnika cierpliwszego w przegranej; nikt jeszcze z zimniejszą krwią nie rzucił asa.
Kloten.  Każdego ostudzi przegrana.
1 Pan.  Ale nie każdy ma szlachetną cierpliwość waszej dostojności. Dopiero wygrywając, panie, jesteś gorący i zapalczywy.
Kloten.  Wygrana doda serca każdemu. Gdybym dostał tę waryatkę Imogenę, miałbym dostatkiem złota. Wszak już prawie rano? Czy nie prawda?
1 Pan.  Już prawie dzień, mój panie.
Kloten.  Chciałbym, żeby już tu była kapela. Radzono mi, żeby co rano dawać jej serenadę; powiadają, że ją poruszy. (Wchodzą Muzykanci). Dalej, nastrójcie wasze instrumenta. Jeśli potrafisz ją poruszyć, przebierając palcami, tem lepiej; spróbujemy też i języka. Jeśli nic nie będzie skutkowało, może sobie jak chce zostać, ale ja nigdy od mojego nie odstąpię. Naprzód coś tęgiego, od ucha, a potem jaką bogatą w słowa piosneczkę, na dziwnie słodką nutę, a potem — niech się namyśli.

Pieśń.  Już śpiewa skowroneczek pod sklepami nieba,
Już wychyla się z morza złoty rydwan Feba.
Śpieszy poić swoje konie
Czystą wodą w kwiatów łonie.
I jaskier już swe złote otwiera oczęta:
Ze wszystkiem, co jest piękne, zbudź się, moja święta!
Zbudź się! zbudź się!

Kloten.  A teraz z Panem Bogiem! Jeśli ją to poruszy, tem lepszą będę miał opinię o waszej muzyce; jeśli nie, to jest jakiś feler w jej uchu, którego ani koński włosień, ani baranie kiszki, ani głos eunucha w dodatku naprawić nie zdołają.

(Wychodzą Muzykanci. — Wchodzą: Cymbelin i Królowa).

2 Pan.  Król się zbliża.
Kloten.  Cieszę się, że tak późno jestem na nogach, bo to powodem, że wstałem tak rano. Trudno, żeby takiej zalotności z mojej strony nie przyjął z ojcowską dobrocią. Dzień dobry waszej królewskiej mości i mojej dostojnej matce.
Cymbelin.  Czy przy drzwiach stoisz mej upartej córki?
Czyli się nie chce oczom twym pokazać?
Kloten.  Szturmowałem do niej muzyką, ale nie raczyła zwrócić na nią uwagi.

Cymbelin.  Zbyt jeszcze świeże męża jej wygnanie,
Nie mogła o nim tak prędko zapomnieć.
Niech czas powoli obraz jego zatrze,
A twoją będzie.
Królowa.  Bądź wdzięczny królowi,
Który nie mija żadnej sposobności,
Aby twą sprawę przy córce popierać.
Tylko wytrwale idź do niej w zaloty,
Zręcznie korzystaj z każdej sposobności;
Im jest surowsza, bądź tem natrętniejszy,
Niech twoje służby zdają się natchnione,

Każdy jej rozkaz ślepo wykonywaj,
Wyjąwszy, kiedy oddalić cię zechce:
W tem bądź nieczuły.
Kloten.  Nieczuły? Nie mogę.

(Wchodzi Posłaniec).

Posłaniec.  Królu mój, z Rzymu przybyli posłowie,
W ich liczbie Kajusz Lucyusz.
Cymbelin.  Mąż to zacny,
Choć w groźnych celach przybywa dziś do nas,
Nie on w tem winny. Musimy go przyjąć
Ze czcią należną temu, co go przysłał,
I z uprzejmością, do jakiej ma prawo
Przez wzgląd na mnogie względem nas zasługi.
Drogi mój synu, pośpieszysz za nami,
Skoro kochance twej dzień dobry powiesz;
W przyjęciu posłów będziesz nam potrzebny.
Idźmy, królowo.

(Wychodzą: Cymbelin, Królowa, Panowie i Posłaniec).

Kloten.  Jeśli się zbudziła,
Powiem jej słówko; jeśli nie, niech drzemie.
Hola! gdy łaska (stuka). Jestem tego pewny,
Że ma przy sobie dworskie swoje panie.
A gdybym której nasmarował ręce?
Złoto niejedne otwarło już wrota;
Kupiony złotem Dyany gajowy
Pod Strzelca ciosy sarny jej nagania;
Złoto uczciwych zabija, a zbawia
Wierutnych łotrów; czasem też prowadzi
Na szubienicę łotra i uczciwca.
Czego nie zrobi, czego nie odrobi!
Muszę wziąć jedną z jej dam za rzecznika,
Bo sam tej sprawy nie rozumiem jeszcze.
Hej! jeśli łaska. (Stuka, wchodzi Dama).
Dama.  Kto tam stuka?
Kloten.  Szlachcic.
Dama.  Nic więcej?
Kloten.  Tak jest, syn także szlachcianki.
Dama.  Niejeden krawca równie płaci drogo,

Nie mógłby jednak chełpić się podobnie.
Czego dostojność chce wasza?
Kloten.  Twej pani.
Czy już gotowa?
Dama.  Zostać w swej komnacie.
Kloten.  Za to mi złoto przedaj dobre imię.
Dama.  Jak mam rozumieć? Moje dobre imię,
Czy chwalić twoje przymioty? Księżniczka —

(Wchodzi Imogena).

Kloten.  Dzień dobry, piękna! Siostro, daj mi rękę.
Imogena.  Dzień dobry, panie. Zbytnie się kłopoczesz,
A w zamian tylko kupujesz zawody.
Za dzięk jedyny powtarzać ci muszę,
Żem jest uboga w dzięki, że ich wcale
Do zbycia nie mam.
Kloten.  Ja pomimo tego
Przysięgam, że cię kocham.
Imogena.  Gdybyś tylko
Powiedział, sprawa na jednoby wyszła;
Bo choć przysięgasz, to zawsze w nagrodę
Dostaniesz tylko moją obojętność.
Kloten.  To nie odpowiedź.
Imogena.  Słowabym nie rzekła,
Lecz mógłbyś myśleć: kto milczy, zezwala.
Daj pokój, proszę; twe nadskakiwania
Z tą samą zawsze przyjmę niegrzecznością.
Czas wielki, żeby człowiek jak ty bystry,
Korzystał z lekcyi i przestał mnie dręczyć.
Kloten.  Grzechbym popełnił, gdybym cię zostawił
W twojem szaleństwie.
Imogena.  Głupcy nie szaleją.
Kloten.  Głupcem mnie zowiesz?
Imogena.  Jeślim jest szalona;
Mnie rozum wróci, gdy tobie cierpliwość:
Wspólne to będzie obojgu lekarstwo.
Smutno mi, panie, że twoja natrętność
Zmusza mnie zabyć kobiecej grzeczności,
I bez ogródki powiedzieć ci prawdę:

Znam moje serce, możesz mi więc wierzyć,
Że mu na zawsze będziesz obojętny,
Tak chrześcijańskiej mało w niem miłości,
(Skarżę je o to) że cię nienawidzi;
Byłoby lepiej, gdybyś sam to postrzegł,
A mnie wyznania przykrego oszczędził.
Kloten.  Ojcu należne gwałcisz posłuszeństwo.
Mniemany kontrakt z tym podłym nędznikiem,
Chlebem jałmużny karmionym, resztkami
Dworskiego stołu, nie, nie jest kontraktem;
Bo jeśli wolno pospolitej zgrai,
(A gdzie od niego pospolitszy chłystek?)
Łączyć się węzłem własnego wyboru,
(Za którym idą bachory z żebractwem),
Tobie odbiera od tego przywilej
Godność korony, i blasku jej plamić
Nie jest ci wolno z podłym niewolnikiem,
Lokajem w dworskiej liberyi, kuchcikiem,
Mniej, jeśli można.
Imogena.  Ha, grzeszne ladaco!
Gdybyś Jowisza samego był synem,
A takim został, jak cię teraz widzę,
Nie wartbyś jego zostać masztalerzem;
Byłoby laską zazdrość zbudzającą,
(Biorąc na wagę wszystkie twoje cnoty),
Gdybyś pod-katem w jego był królestwie:
Zbytek ten względów wszystkichby oburzył.
Kloten.  Bodaj zgnił cały!
Imogena.  Nie może go spotkać
Większe nieszczęście, niż gdy jego imię
Z twych ust wychodzi. Sukni jego nitka,
Co ciała jego raz jeden dotknęła,
Droższa jest dla mnie niż wszystkie twe włosy,
Choćby się każdy na ciebie przemienił. —
Pizanio! (Wchodzi Pizanio).
Kloten.  Każda sukni jego nitka?
Do kroćset dyabłów!
Imogena.  Biegnij do Doroty —

Kloten.  Sukni?
Imogena.  Sam widok podobnego głupca
Trwoży mnie, ale więcej jeszcze gniewa. —
Powiedz, niech szuka mojej bransoletki,
Co się przypadkiem z mej zsunęła ręki.
Dał mi ją pan mój, a niebo mi świadkiem,
Że niema króla, którego dochody
Mogłyby stratę klejnotu opłacić.
Zda mi się, że ją dziś rano widziałam,
A jestem pewna, że na mojej ręce
Do ust ją wczora w wieczór przycisnęłam.
Nie myślę, żeby do niego uciekła,
Aby mnie skarżyć, że pocałowałam,
Co nim nie było.
Pizanio.  Znajdziemy ją, pani.
Imogena.  Tak się spodziewam. Idź proszę i szukaj.

(Wychodni Pizanio).

Kloten.  Ciężka obelga! Lada jego nitka?
Imogena.  Tak powiedziałam. Chcesz proces mi wydać?
Niech świadki twoje powtórzą me słowa.
Kloten.  O wszystkiem ojca twego uwiadomię.
Imogena.  I twoją matkę. Znam przyjaźń jej dla mnie,
I wiem, że tem mnie surowiej osądzi,
Więc cię zostawiam twej zawziętej złości (wychodni).
Kloten.  Muszę się pomścić. Każda jego nitka! (wychodzi).

SCENA IV.
Rzym. Pokój w domu Filarya.
(Wchodzą: Postumus, Filaryo).

Postumus.  Nie trwóż się tylko. Chciałbym tak być pewny
Królewskiej łaski, jak żony honoru.
Filaryo.  Co przedsięwziąłeś, by króla przebłagać?
Postumus.  Nic; muszę wszystko zostawić czasowi.
W obecnej zimie trzęsę się i czekam
Na dnie cieplejsze; zwiędłą tą nadzieją
Płacę ofiary twej dobrej przyjaźni,

A oszukany twym umrę dłużnikiem.
Filaryo.  Twe towarzystwo z lichwą płaci wszystko.
Twój król zapewne w chwili, gdy mówimy,
Odebrał listy Wielkiego Augusta;
Kajusz swojego dopełnił poselstwa.
Sądzę, że król twój zapłaci daninę
Z zaległościami, lub wkrótce zobaczy
Rzymskie legiony, których świeża pamięć
Jeszcze w boleściach ludu jego żyje.
Postumus.  Chociaż statystą nie jestem ni będę,
Śmiało wam jednak wojnę przepowiadam.
Wprzód usłyszycie, że galijskie legie
Wylądowały w Brytanii niezlękłej,
Nim, że daniny grosz był zapłacony.
Rodacy moi nie tem są, czem byli,
Gdy ich prostocie urągał się Cezar,
Choć ich odwaga zmarszczków jego czoła
Zdała się godną; dziś bowiem ich męstwu
Dodana karność dowiedzie najezdcom,
Że lud nasz umiał z latami postąpić.

(Wchodzi Jachimo).

Filaryo.  Patrz, patrz, Jachimo!
Postumus.  Chyba jeleniami
Na lądzie biegłeś, a na żagle twoje
Dmuchały wiatry z czterech świata rogów,
Abyś co prędzej morza mógł przelecieć.
Filaryo.  Witaj nam!
Postumus.  Myślę, że krótka odpowiedź
Była przyczyną krótkiego pobytu.
Jachimo.  Nigdym piękniejszej nie widział niewiasty
Jak twoja żona.
Postumus.  I nigdy cnotliwszej,
Albo inaczej, niech rzadka jej piękność
Przez okno serca plugawe przywabia,
Aby się z niemi plugawić.
Jachimo.  Przynoszę
Listy dla ciebie.
Postumus.  Dobrej pewno treści?

Jachimo.  Tak sądzę.
Filaryo.  Powiedz, czy już Kajusz Lucyusz
Na dwór kólewski przybył, gdyś tam bawił?
Jachimo.  Nie przybył jeszcze, lecz był spodziewany.
Postumus.  Jak dotąd, wszystko idzie po mej myśli.
Czy starym ogniem klejnot wciąż mój błyska,
Czy zbyt się przyćmił, abyś go chciał nosić?
Jachimo.  Gdybym był przegrał, w złociebym zapłacił
Klejnotu wartość; dzisiaj, jestem gotów
Chętnie dwa razy dłuższą odbyć podróż,
Aby na brzegach Brytanii przepędzić
Drugą noc równie w swej krótką słodyczy.
Wygrałem pierścień.
Postumus.  Trudniej trochę będzie
Klejnot ten wygrać.
Jachimo.  Nie widzę przyczyny,
Skoro tak łatwą pani twoja była.
Postumus.  Tylko z przegranej twojej nie rób żartów:
Wiesz, że się nasza przyjaźń dzisiaj kończy.
Jachimo.  Nie, jeśli wiernie dotrzymasz warunków.
Gdybym twej żony łask z sobą nie przyniósł,
Wiem, miałbyś prawo rzecz dalej posunąć.
Ale gdy z sobą honor jej przynoszę,
Pierścień jest moim, bez niczyjej krzywdy,
Bom zrobił wszystko z waszem przyzwoleniem.
Postumus.  Jeśli mnie zdołasz dowodnie przekonać,
Że żonę moją w łożu jej poznałeś,
Dłoń ta i pierścień do ciebie należą;
Gdy nie, za grzeszny sąd o jej honorze,
Lub twój miecz moim, lub mój twoim będzie,
Albo bez panów oba zostawione,
Będą własnością tego, co je znajdzie.
Jachimo.  Sądzę, że mego opisu szczegóły
W moją rzetelność zmuszą cię uwierzyć,
Gdy je przysięgą stwierdzić jestem gotów;
Choć nie przypuszczam, abyś jej wymagał,
Skoro ją uznasz sam za niepotrzebną.
Postumus.  Więc słucham.

Jachimo.  Naprzód co do jej komnaty:
Nie utrzymuję, żem spał w jej komnacie,
Ale oświadczam, że com w niej posiadał,
Chętnie bezsenną zapłaciłem nocą.
Obicie izby, z jedwabiu i srebra,
Przedstawia obraz dumnej Kleopatry,
Kiedy spotyka swego Rzymianina;
Cydnus szeroko fale swoje rozlał,
Dla zbytku statków, czy pyszny ciężarem;
Haft cały równie piękny jak bogaty;
Sztuka z wartością walczy o pierwszeństwo;
Długom podziwiał doskonałość pracy,
Bo wszystko żyć się zdawało.
Postumus.  To prawda:
Ale to mogłeś ode mnie tu słyszeć,
Lub tam od innych.
Jachimo.  Więc słuchaj cierpliwie
Dalszych dowodów mojej dobrej wiedzy.
Postumus.  Dać mi je musisz, lub hańba cię czeka.
Jachimo.  Komin zajmuje południową ścianę,
A na nim posąg Dyany w kąpieli;
Figury zda się, że mówić gotowe;
Rzeźbiarz, jakgdyby drugi jaki stwórca,
Przeszedł naturę niemem arcydziełem;
Braknie mu tylko ruchu i oddechu.
Postumus.  Mogłeś się o tem dowiedzieć z powieści,
Bo wszędzie o tym mówiono posągu.
Jachimo.  Na stropach złote wiszą cherubiny;
Komina wilki (małom nie zapomniał),
Dwa Kupidyny skrzydlate ze srebra,
Każdy na jednej trzymając się nodze,
Na swej pochodni opiera się wdzięcznie.
Postumus.  Tu ojej honor idzie! — Więc przypuśćmy,
Żeś wszystko widział, i że twoja pamięć
Pochwały godna; opis jej pokoju
Nie jest dowodem, że wygrałeś zakład.
Jachimo.  Więc jeśli możesz, blednij! (Dobywa bransoletkę).
Tym klejnotem

Na chwilę błysnę, patrz! — Znowu schowany;
Muszę go z twoim pierścieniem ożenić;
Zachowam oba.
Postumus.  Przez Boga! raz jeszcze
Pozwól mi, błagam, klejnot ten zobaczyć:
Jestże to klejnot, którym jej zostawił?
Jachimo.  Możesz być pewny; sama mi go dała;
Zda mi się jeszcze, że widzę, jak z ręki
Ściąga twój klejnot z miną tak rozkoszną,
Że stokroć więcej niźli klejnot warta,
I cenę jego w mych oczach pomnaża.
Dając mi, rzekła: niegdyś był mi drogi.
Postumus.  Może go zdjęła, żeby mi go przysłać.
Jachimo.  Zapewne o tem pisze w swoim liście.
Postumus.  O nie, nie! prawda! I to zabierz razem.

(Daje mu pierścień).

To bazyliszek dla mojej źrenicy:
Widok mnie jego zabija. Niech odtąd
Tam, gdzie jest piękność, nie będzie honoru;
Prawdy, gdzie pozór; miłości, gdzie drugi
Mężczyzna żyje; kobiety przysięga
Niech jej nie wiąże silniej do kochanka,
Niż ona sama cnocie swej jest wierna!
Ta cnota niczem. Nad miarę fałszywa!
Filaryo.  Mój przyjacielu uzbrój się w cierpliwość,
Pierścień twój odbierz; nie wygrany jeszcze.
Bardzo być może, że klejnot zgubiła.
Albo z jej niewiast jedna przekupiona
Ukraść go mogła.
Postumus.  Prawda! Tym sposobem
Wpadł w jego ręce. Oddaj mi więc pierścień.
Powiedz mi jakie ciała jej znamiona,
Najlepszy dowód, bo klejnot ten skradłeś.
Jachimo.  Bóg świadkiem, z ręki jej mam bransoletkę.
Postumus.  Słyszysz? Przysięga, przez Boga przysięga!
To prawda — tak jest — zatrzymaj ten pierścień!
To prawda — zgubić nie mogła klejnotu;
Jej służebnice wierne; kraśćby miały

Na nieznanego przybysza żądanie
On ją posiadał. Niewstrzemięźliwości
To jasny dowód; to cena, za którą
Kupiła sobie tytuł wszetecznicy.
Zabierz twój jurgielt; niech między was dwoje
Wszystkie otchłani rozdzielą się dyabły!
Filaryo.  Cierpliwość, błagam. To jeszcze nie dosyć,
Aby przekonać tego, który pewny —
Postumus.  Nie, nie mów więcej — wszystko mu oddała!
Jachimo.  Jeżeli jeszcze nowych chcesz dowodów,
Jest pod jej piersią — a warta uścisku —
Malutki znaczek, chowa się tam skrzętnie,
Dumny ze swojej rozkosznej kwatery;
Na honor, ustam do niego przycisnął,
I w nasyceniu znowu głód rozbudził.
Co, czy tę plamkę przypominasz sobie?
Postumus.  A takiej plamy plamka ta jest świadkiem,
Żeby jej piekło całe nie objęło,
Choćby nic więcej nie miało w czeluściach!
Jachimo.  Czy chcesz co więcej?
Postumus.  Twą arytmetykę
Schowaj dla siebie; nie licz mi, jak często...
Raz znaczy tyle, co miliony razy.
Jachimo.  Przysięgam —
Postumus.  Przestań, bo kłamiesz bezczelnie!
Jeśli chcesz przysiądz, żeś tego nie zrobił,
Z mej ręki zginiesz, przecząc, że rogala
Zrobiłeś ze mnie.
Jachimo.  Niczemu nie przeczę.
Postumus.  O, gdybym w ręku mem trzymał ją teraz
I mógł ją szarpać na drobne kawałki!
Pójdę tam, w dworu, w ojca przytomności —
Muszę coś zrobić (wychodzi).
Filaryo.  Rozum go odbieżał!
Wygrałeś zakład. Idźmy teraz za nim,
Aby w szaleństwie na samego siebie
Nie podniósł ręki.
Jachimo.  O, z całego serca! (Wychodzą).

SCENA V.
Rzym. Inny pokój w domu Filarya.
(Wchodzi Postumus).

Postumus.  Nie maż sposobu, by człowieka stworzyć
Bez współdziałania w sprawie tej kobiety?
Wszyscy jesteśmy tylko bękartami.
Mąż ten dostojny, któregom zwał ojcem,
Bóg wie, gdzie bawił, gdy byłem wybity,
Gdy fałszerz swoim naznaczył mnie stemplem.
Matka ma przecie zdała się Dyaną
Swojego czasu, jak dziś moja żona.
O, zemsto! zemsto! Ileż ona razy
Mym prawym żądzom stawiła zaporę
Z różami wstydu tak pełnemi wdzięku,
Ża sam ich widok ogieńby zapalił
W starym Saturnie: ja też ją sądziłem
Czystą jak śniegi słońcem niedraśnięte.
Rogate dyabły! Ten żółty Jachimo
W jednej godzinie, ba! prędzej, natychmiast,
Może nie mówił, lecz jak dzik niemiecki,
Żołędzią syty, tylko och! zachrząknął,
I wskoczył zaraz, nie znalazł oporu,
Jak ile pragnął, aby rzecz zaprawić.
Gdybym mógł odkryć co we mnie z kobiety!
Wszystko, co człeka pociąga do grzechu,
Wszystko, przysięgam, z kobiety z dziedziczy.
Kłamstwo, z kobiety; z kobiety pochlebstwo;
Z niej wiarołomstwo i nieczyste myśli,
Zemsta, ambicya, chciwość, zmienna próżność,
Wzgarda, zachcianki, potwarz i niestałość,
I wszystkie błędy piekłu tylko znane,
Z niej w części, raczej wszystkie z niej wyrosły,
Bo nawet swoim grzechom są niewierne,
Wady, nie starsze od jednej minuty,
Zmieniają w wady młodsze o połowę.
Przeciw nim odtąd książki będę pisał,

Brzydził się niemi, będę je przeklinał.
Lecz nie, nienawiść najwyrachowańsza
Nie znajdzie lepszej zemsty niż modlitwę,
Żeby ich wszystkie spełniły się plany:
Cięższej im kaźni nie znajdą szatany (Wychodzi).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.