Capreä i Roma/Część II-ga/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Capreä i Roma
Podtytuł Obrazy z piérwszego wieku
Data wydania 1860
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na commons
Inne Cała część IIga
Pobierz jako: Pobierz Cała część IIga jako ePub Pobierz Cała część IIga jako PDF Pobierz Cała część IIga jako MOBI
Indeks stron



VIII.

Gdy się to dzieje, z każdą chwilą dzień jaśniejszy świta: niebo okrywa się rumianemi chmury, słońce już się zwiastuje na wschodzie. Piękna gospodyni Syryjska zbierała się ziewając do spoczynku po nagłéj ucieczce Cezara, otulona płaszczem od rannego chłodu. Smętna i znużona, siadła na jedném z opróżnionych łożów, w tęsknéj jakiéjś pogrążona zadumie, zbierając powoli czarne rozplątane w tańcu włosy w jedną wiązkę, gdy chwile te spoczynku zbyt krótkie przerwał zaraz chód ciężki, i weszła postać nowa, któréj widok ją przeraził.
Był to starzec odziany ubogo, w lichéj todze odrapanéj i grubém obówiu, z brodą siwą i nieczesaną od dawna, z workiem u pasa, i zarzuconą na łysą głowę połą płaszcza, dla ochrony od rannéj rosy i zimna.
Twarz jego pomarszczona miała wyraz obojętności, okrutnéj, martwéj i nielitościwéj; cały żywot jakiś obrzydliwości, upodlenia i bezwstydu wypiętnował się sromotnie na nizkiém czole, pofałdowaném, w oczach zapiekłą krwią oblanych, w policzkach uwiędłych i obwisłych, w zbrukanéj skórze i zmarszczkach jéj czarném pyłem nabitych.
Na widok starca powstała Anija posłuszna i milcząc ustąpiła mu miejsca, on siadł, popatrzał i po cichu się odezwał.
— No! do rachunku, żmijko... nabawiłaś się dosyć... cóżeś tam nazbierała dnia wczorajszego?
— Spytajcie Cheryona, ja nie wiem — odparła niewolnica — jam ostatkiem sił skakała do dnia, śmiała się choć płakać chciało... a teraz muszę odpocząć.
— Odpocząć kiedy dzień nadchodzi! ho! ho! — krzyknął stary — dość będzie koło południa spoczywać; przyjdą do gospody ludzie, zajrzą podróżni, musisz być przecie na nogach.
— Ale ja upadam panie — odparła płacząc niewolnica — mnie sen zlepia powieki, jam chora...
Stary począł się jéj przypatrywać bacznie.
— Wszystko to fałsze... młodość nie takie wytrzymuje znużenia. Twoje poprzednice, którem tu utrzymywał, nigdy się nie skarżyły; aleś ty harda i nieposłuszna... a jeszcze nie probowałaś mojego flagrum (bicza) jak plecy łechtać umie!!
Anija wzdrygnęła się, łzy w milczeniu popłynęły jéj z oczu, westchnęła, skłoniła głowę, usiadła.
— Zresztą — rzekł łagodniejąc stary — dałbym ci spocząć, ale któż Aniją zastąpi? wszyscy się o nią pytają, nie tylko gmin, ale rycerze i patrycyusze... Piękna bo jesteś, kto wie? możesz się podobać komu, kupić cię może jaki bogaty starzec i dójdziesz marzonego szczęścia i swobody... A! ale na to pracować trzeba.
— Hej! — krzyknął na ślepego flecistę — wołaj mi niewolników niech gospodę oczyszczą, niech stoły pomyją, niech u drzwi świeży wieniec zawieszą. Już na Apii pełno ludu, nie może być żeby kto spocząć nie zaszedł...
Jakby duchem proroczym wyrzekł te słowa, gdyż w tejże chwili prawie w perystylu ukazało się dwóch ludzi, okrytych kurzawą podróżną, z tłumoczkami na plecach, i oba znużeni padli zaraz w progu na posadzkę.
Jeden z nich twarzą samą zdradzał pochodzenie wschodnie; był to Juda, znajomy nasz z Caprei, ale postarzały i zmieniony, dziś chrześcijanin, pod imieniem Candida wśród nawróconych znany; w drugim, jasnowłosym, bladym i smutnym mężczyźnie, poznać było można Swewa, niegdyś niewolnika Hananiaszowego, którego słowo cudowne z odrętwienia wskrzesiło. Nawrócony przyjął chrzest i imie Natalisa...
Obaj oni dążyli na rozkazanie Apostołów do Rzymu, dla szerzenia nowéj nauki, jako gorliwi uczniowie i rozkrzewiciele.
Unikając oka coby ich w pochodzie śledzić mogło, gdyż oczernieni chrześcijanie już się prześladowania obawiali, szli nocą, gościńcem appijskim i do wrót Capeńskich doszedłszy, w piérwszéj otwartéj zatrzymali się gospodzie.
Los zawiódł ich do takiéj, która najmniéj dla nich była stosowną.
Choć ubogo odzianych i wyglądających biednie, przyjął ich przecie gospodarz, z fukiem wołając na swoich aby im posłużyć przychodzili, dopytując czy nie zechcą się kąpielą pokrzepić lub posiłkiem jakim orzeźwić.
Candidus odmówił skinieniem, o nic nie prosząc tylko o wodę do obmycia, a Natalis pozostał z głową spartą o kolumnę perystylu, nie słysząc nawet wyrazów, któremi przemawiano do niego.
Obu im nie tyle szło o pokrzepienie ciała, jak raczéj o dowiedzenie się czegoś coby w nich orzeźwiło ducha.
Chrześcijańska nauka, jakeśmy widzieli, już się była szybko w Rzymie krzewić zaczęła, już o niéj jako o niebezpiecznéj a pełnéj przesądów sekcie prawiono z oburzeniem; lękali się więc dowiedzieć o prześladowaniach, o dekretach, o których głuche chodziły wieści, o nieszczęściu, które Apostołów dotknąć mogło.
— Zdaleka to idziecie? — zapytał stary Leno — widać żeście nie tutejsi, i droga was dobrze znużyła...
— Z daleka w istocie, ale nie tak wielka droga jak znużenie — odparł Candidus — obcy jesteśmy i nieświadomi obyczajów waszych, a Rzym nam prawie nieznany... Przychodzimy szukając tu swoich...
— Kogo? — spytał Leno ciekawie.
— Judejczyków, bośmy z Judei także...
— O! jest ich tu dosyć! — rzekł ręką rzucając z pogardą gospodarz, który nagle ochłódł, i splunął odsuwając się od nich...
Piękna Syryjska dziewczyna, dosłyszawszy tych wyrazów z ust Candida, bliżéj przystąpiła ku niemu z ciekawością.
Dla niéj rodziméj mowy dźwięki odzywały się w pobratymczym języku Judei, a choć Candidus słowa po hebrejsku nie rzekł jeszcze, sam głos miał dla niéj coś pociągającego, jakby powiew od ojczyzny.
— Tyś obcy — odezwała się doń łagodnie i skromnie — zdaleka? może od naszych krajów i od Wschodu.
— Krew ojców moich tamtejsze ogrzało słońce — rzekł Candidus.
Dziewczę zadrżało, oko jéj błysło, ale starzec niespokojnie poglądając stał nad nią.
— No! idź-że spać kiedy znużoną jesteś — przerwał sucho — im i kto inny posłuży, nie potrzebna tu jesteś! Precz, precz, niewolnico.
I wygnał ją dziko się uśmiechając, a sam krok w krok śledząc odszedł za nią powoli.
Czarny kulawy niewolnik przyniósł im wodę do umycia; był to wychowany z dziecka w Rzymie człowiek, niegdyś sławny po cyrkach gladyator, dziś na starość posługacz szynkowy; szyderca i cynik, ale w sercu nie tak zły jak się wydawał. Wielka nędza dała mu niezmierną na wszystko obojętność.
— Co tam słychać w Rzymie? — zapytał niespokojnie Candidus.
— A cóż? wszystko i nic — odparł niewolnik. Rzym jest taki, że w nim o całym świecie dowiedzieć się można i o niczém nie wiedzieć. — To, jak kto sobie zechce.
— Ależ przecie? nic tak nie ma nowego?
— Wczoraj były wielkie doroczne igrzyska... Cezar sprawiał bogom ofiarę a ludowi zabawę... krew lała się jak woda... było w Cyrku sto tysięcy ludzi i tysiąc dzikich bestyj... kobieta walczyła z panterą, i nie dziw!! zwyciężyła — czego kobieta nie zwycięży!
— Ha! a nic więcéj?
— Zboża nam brak, nie przybywa, bo okrętami piasek do cyrku wożą, lud szemrze... ale ma igrzyska, może być głodny.
— I nic więcéj? — spytał raz jeszcze machinalnie Candidus.
— Patrycyusz Clemens dał w swych thermach na rok cały darmo łaźnię dla ludu, a Priscus darmo też golić go i strzydz każe przez sześć miesięcy,.. Możeż być gdzie lepiéj jak w Rzymie?
Mowa ta pół szyderska wcale nie zadowolniła Candida, który nie tego się chciał dowiedzieć; stary niewolnik tym czasem paplał obmywając mu nogi.
— Otóż zda mi się wszystko — rzekł — nie ma nic więcéj. Agryppina zdrowa, Neron szczęśliwy, Senat radośny, rycerze kontenci, lub kłamią że im dobrze; lud milczny o głodzie, czegoż więcéj pragnąć można?
— Ale byłbym jeszcze o jedném zapomniał mehercle — dodał po chwili — o nowéj sekcie Nazarejczyków... tylko to bzdurstwo.
Candidus i Natalis spójrzeli po sobie.
— O czém wspomniałeś? — spytał Candidus.
— O tém co, prawda, i was obchodzić może; wszak ci to i wy żydowie jesteście. Bracia to wasi przynieśli nam tu jakiegoś nowego Boga i wiarę.
— Któż ci mówił o tém?
— Nie jeden... straszne plotą dziwy! Jeżeli choć przez pół prawda co mówią, warto by Neron wygnał Nazarejczyków lub wymordować ich kazał, bo za nich Bogowie na całym Rzymie mścić się mogą...
— Cóż zrobili? — spytał przerażony Candidus.
— To są zbrodniarze! — krzyknął niewolnik — uroili sobie, że tylko ich jednemu Bogu cześć oddawać należy, a Cezara czcić nie chcą! Zbierają się po lochach, jaskiniach i zakątach w nocy, na jakieś szkaradne obrzędy; mówią że wśród nich dopuszczają się najsromotniejszéj rozpusty i bluźnierstw ohydnych, że zabijają dzieci... bo to są sprzysięgli nieprzyjaciele całego rodu bogów i ludzi, których wytępić usiłują...
— To są potwarze, fałsze i niegodziwe kłamstwa! — krzyknął zrywając się jakby z uśpienia Natalis.
Niewolnik stanął z uśmiechem poglądając mu w oczy.
— Jakże wy o tém wiecie, coście tu obcy?
Candid przerażony spójrzał na towarzysza, dając mu znak by milczał, a Swew odpowiedział powolniej:
— Spotkaliśmy właśnie na drodze naszéj kilku tych ludzi co Bogiem wyznają Chrystusa... znamy ich zdawna wielu i wiemy że to są potwarze.
— A dla czegożby ich ścigała nienawiść? — spytał niewolnik ruszając ramionami.
W tém Anija wśliznęła się powoli na palcach i stojąc bojaźliwie z tyłu, poglądała chciwie na podróżnych... We wzroku jéj malowała się nie sama nawet ciekawość, ale żywe jakieś współczucie, które daje tylko wygnańcom wspomnienie braci i ojczyzny. Może twarz, może akcent mowy Judy-Candida, może nie wiem jakie przypomnienie wionęło na nią od tego oblicza. Przywykła do innych ludzi, biedna dziewczyna poczuła w podróżnych świat lepszy, z którego duchem przychodzili. I gdy stary niewolnik wyszedł aby im skromne przygotować jadło, zatrzymała się w perystylu, chcąc i nie śmiejąc ich zaczepić...
Candidus i Natalis tymczasem czując oba uroczystą chwilę wnijścia do Rzymu jako początek nowego dla nich żywota niebezpieczeństw, poświęcenia a może męczeństwa, razem prawie zapragnęli ę[1] pomodlić.
Rzuciwszy więc wszystko, poszli ku grocie i poklękli zwróceni ku Wschodowi, kolebce Chrystusa, którego wyznawali, z podniesionym ku niebu wzrokiem i rękami, modlić się po cichu.
Patrzące na nich zdaleka dziewcze, łatwo poznać mogło że to nie byli poganie, nie sprawili bowiem libacyi żadnéj, ani składali ofiary, ani szukali Larów domowych i ołtarza — zwrócili twarze ku niebu, a dusze ku niewidzialnemu bóstwu. Modlitwa ich téż nie była podobną do pogańskiéj rozerwanéj i chłodnéj — gorąca, przejęta, łzawa.
Sam widok jéj już dwóch wiar niezmierną wskazywał różnicę.
W zachwycie, Candidus łkaniem ją przerywał, Natalis westchnieniami i rzucaniem się na ziemię; dźwięk mowy hebrejskiéj doszedł uszów syryjskiéj dziewczyny, i gdy po długiéj extazie, w któréj pozostali oba aż do ukończenia porannych modłów, wstał Nazarejczyk powoli, Anija żywo przysunęła się ku niemu... korzystając ze snu i nieobecności starego Lenona.
— Tyś nie Rzymianin — odezwała się w swojéj mowie, którą łatwo było zrozumieć żydowi — tyś także ze Wschodu; tyś może widział ten kraj, za którym ja płaczę?
— Nie, siostro — rzekł Candidus, spoglądając na nią i strój jéj z politowaniem jakiemś, bo dziewcze było na pół obnażone jeszcze i dziwnie na ranną godzinę strojne, gdyż ubior jéj zmięty pozostał od wczora.
Jam Hebrejczyk, ale urodziłem się na ziemi rzymskiéj, i własnego kraju nie oglądałem nigdy. A ty zkąd jesteś?
— Jam Ambubaja Syryjska — wzdychając ze wstydem odezwała się dziewczyna — dzieckiem mnie tu okręt przywiózł sprzedaną na to, czém dzisiaj widzisz... Jam sierota, i bardzo biedna.
— A jednak strojna jesteś i wydajesz się wesołą?
— Bo strój ten, piękność i wesołość są mojém rzemiosłem — odezwała się ciszéj jeszcze piękna Anija. — Z dziecka łamali mnie do tańca, uczyli uśmiechów, by kupiec na nich zarobił. I we dnie stoję tu jak wieniec u drzwi, zwabiając przechodniów, a nocą skaczę starcom, których bawi moja męczarnia. Stary Leno sprzedaje mnie tak, jak wynajmuje konie i muły swoje...
To mówiąc Anija rozpłakała się i prędko z przestrachem łzy otarła.
— Wy jesteście wolni! — rzekła — a! jakżeście szczęśliwi, jam niewolnica...
— A cóżby ci dała swoboda? — spytał Candidus.
— Odpoczynek... samą siebie... bom dziś nie swoja! bom dziś bardzo nieszczęśliwa.
Litościwém okiem spojrzeli na nią Candidus i Natalis; dziewcze zdawało się czegoś chcieć od nich i nieśmieć powiedzieć. Wreszcie, ozwało sęi[2] po chwilce wahania.
— Słyszałam — rzekła — jakeście bronili Nazarejczyków, prawda? Wy... mnie się zdaje, także téj wiary jesteście? ja to zgaduję po waszéj modlitwie, po twarzy, niewiem po czém... Wiele o nich słyszałam; mówią że u nich wszyscy są braćmi, że między niemi nie ma niewoli, że wiara ich daje swobodę i pokój, szczęście takie i siłę taką, któréj nic zwyciężyć nie może... A! jeśli to prawda, dajcie mi wiarę swoją! nauczcie mnie jéj! zlitujcie się nad biedną niewolnicą...
Candidus i Natalis patrzali po sobie z radością nietajoną, widząc jak na wstępie zaraz ofiarowała się im dusza do nawrócenia; ale obawiali się oba wydać, bo dziewcze miało tak płochą postawę, tak nizko było upadło, że się niespodziewali łatwo zyskać ją Chrystusowi.
— Dziécię moje — rzekł po namyśle Candid. — Wiesz-że ty, jaką ofiarą okupuje się ta wiara, którą chcesz poznać? jak trzeba być czystym i świętym by się stać jéj godnym! jak zmienić musisz życie, obyczaje, mowę, duszę i nowego przyoblec człowieka?
— A wiaraż wasza nie jest tak mocną, by mnie siłą swą przeistoczyła, odrodziła, oczyściła?
Te słowa uderzyły Candida.
— A! ja jéj pragnę! — kończyła Anija kładnąc rękę na sercu — nie odpychajcie mnie! Mówią, że Bóg ten przyszedł do biednych i znękanych — możeż być istota nędzniejsza nademnie? Winy moje, byłyż mojemi, czy cudzemi, tego który mi je dziecku narzucił, który mi je wpoił dorosłéj, co mnie w nich trzyma płaczącą? Wstyd mi i boleśnie być igraszką rozpusty... uleczcie mnie, zabierzcie, ratujcie... bo śmierć będę musiała zadać sobie.
I padła ze złożonemi rękami na kolana przed niemi. Candidus milczał jeszcze, spoglądając na towarzysza, ale łzy płynące mu po twarzy świadczyły, że czuł głęboko nad upodleniem i cierpieniem istoty która go błagała.
— Wstań — rzekł po chwili — i bądź pocieszona! Wiara cię twoja oczyszcza... ja nie opuszczę ciebie! Ale cóż uczynić z panem twoim, i jak cię z rąk jego uwolnić?
— Wasz Bóg silen jest... czemużby nie miał mnie wybawić? — rzekła gorąco Anija.
Spotkałam już chrześcijan, widziałam spokój jakiego używają... i wiem, że są silni i mnodzy.... Chciejcie tylko a będę swobodną, sługą waszego Boga i waszą.
W téj chwili głos starego Lenona, który nadbiegł goniąc za niewolnicą, przeraził ją i podróżnych..... Anija wymknęła się zakrywając sobie oczy, a w perystylu gospody w tejże chwili ukazała się postać nowa.
Candid poznał po krzyżu, który tajemnie i szybko przychodzący położył na piersiach, że przybyły był chrześcijanin jak oni....
Ówczesny byt chrześcijan cały był jeszcze tajemnicą, a rozszerzenia się nowéj wiary inaczéj jak cudów szeregiem niepodobna wytłómaczyć; wsparcie nadludzkie, siła niebieska dopomogła im oświecając pierwociny drogi przykréj i zawad pełnéj.
Jak inaczéj pojąć to nagłe, w kilkadziesiąt lat po zgonie Zbawiciela rozszerzenie się jego nauki wśród Rzymu, poświadczone przez Tacyta, a wkrótce potém oblane zaraz krwią męczeńską tysiąców?
W stanie ducha piérwszych Apostołów i chrześcijan, wyższym nad wszystko co pojąć się daje, co świat nam dziś przedstawia, — jest klucz zagadki tego działania tak niezwyciężonego, walczącego ze wszystkiemi siłami ziemi, napróżno tamującemi postęp jego.
Tam, słowo jedno oświecało, widok nawracał, dusze się rozumiały, wejrzenia goniły, ludzie pociągali, przeczuwali się wyznawcy jednego Boga i połączeni węzłem solidarności ducha niezłomnéj, działali wszyscy wspólnie, często nawet niewiedząc o sobie. — Ciało chrześcijan, ten Kościół wojujący, pierwotny, jedna dusza ożywiała i czyniła całością potężną. Nawykli do codziennych cudów, nawracający i nawracani nie zdumiewali się nawet spotykając z niemi, ufali w nie, spodziewali się ich... wierzyli, że przyjdą gdy będzie potrzeba...
Gdy Candid i Natalis spostrzegli zbliżającego się ku sobie w poważnéj todze Rzymianina, którego postawa i twarz znamionowały znakomitego rodu człowieka, gdy nieznający go ujrzeli, że się ich szukać zdawał, jakby przeciwko nim był wysłany, choć nic ich w Rzymie oznajmić nie mogło, podziękowali tylko Bogu w duchu za zesłane wsparcie, gdyż nie wiedzieli co daléj począć z sobą; ale nie przerażali się tém, że nieznany mąż czekał ich w progach miasta.
Był to Pudens; dom jego, jak wiemy, głównym był w Rzymie chrześcijan przytułkiem, u niego Apostołowie gościli, on zbierał u siebie gmin nawrócenia pragnący, on był piérwszym pośrednikiem między Nazarejczykami a ludem.
A gdy mu o świtaniu jeden z mieszkających u niego świętych ludzi przyszedł budząc oznajmić, że ma iść do wrót Capeńskich, by tam dwu zabrać podróżnych i do swego przywieść domu — nie zdziwił się, ani zawahał, ale szedł pewien prawdy tych słów i gotowości pełen ku posłudze.
Chociaż Candidus i Natalis nie byli mu znani, nie wahał się na wstępie dać im poznać krzyża znakiem, bo nie wątpił na chwilę, że ci byli, których mu przywieść kazano: — duch mu ich wskazywał....
Nieznajomi poznali się jak dawni przyjaciele. Senator Rzymski, biédny wygnaniec i Swew niedawno dziki, a dziś chrześcijanin łagodny, ludzie z różnych świata i społeczeństwa krańców, połączeni myślą, jedną, czuli się braćmi.
— Przyszedłem po was — rzekł zbliżając się Pudens — abyście szli za mną — oznajmiono nam o przybyciu waszém; jeżeli siły macie, wstańcie a chodźcie za mną.
— Gotowiśmy — zawołał uradowany Candidus, całując szatę starego, w którym uczuł wyższość łaski Bożéj.
— Nie pytam was nawet czy wyznajecie Chrystusa — dodał Pudens — bo widzę, że synami jego jesteście.
— Obaśmy w Neapolis ochrzczeni zostali przez Piotra, oba na jego tu rozkaz przychodzimy.
— Dobrze więc jest... idźcie za mną.... Nie macie tu dłużéj co robić w plugawéj téj Syryjskiéj gospodzie.
— A! panie — rzekł Candidus — jest tu jedna dusza, która wiary pragnie, co nas u progu prawie prośbą o chrzest spotkała, która choć nie zna, przeczuwa Chrystusa — mamyż ją porzucić?
— Któż ona jest? — spytał Pudens zdziwiony.
— Uboga niewolnica, Syryjska ambubaja skalana... ze łzami błagała, abyśmy ją uczynili uczestnicą wiary nowéj, ale Egipcyanin pan jéj, srogi jest i ciągnąc z niéj zyski, nie łacno ją odpuści pewnie. A w téj jaskini skażenia co jéj pomoże wiara, któréj życiem wyznawać nie potrafi.
— Więc czekajcie — rzekł Pudens — a odstąpcie chwilę, bym uczynił com powinien....
Klasnął natychmiast na sługę — wbiegł niewolnik stary, który podróżnym nogi obmywał.
— Gospodarza mi wołaj — rzekł stary — a no żywo!
Przywykły do frymarków ze starymi, rozpustą zepsutemi ludźmi, niewolnik, który inaczéj rozkaz zrozumiał, mrugając znacząco pobiegł do Egipcyanina, a ten kaszląc i stukając starém obuwiem, którego rzemyki na pięty mu spadały w strzępkach i węzłach złoconych — nadbiegł jak mógł najżywiéj.
Z wejrzenia jego znać było, że starał się przybylca odgadnąć i zamaskowanego w nim odgadnął bogacza, bo się uśmiechnął pokornie, chytrze zacierając ręce.
— Macie tu jakąś Syryjską niewolnicę, zręczną do tańca a piękną? — spytał Pudens — prawda-li to?
— Ależ ją zna Rzym cały i pytać niema o co — odparł Leno ruszając ramiony — zręczną jak najpiérwszy tanecznik Cezara, piękną jak Hebe, ale też dobrze przezemnie kupcom opłaconą, bo to towar nie tani, a jeszcze i wychowanie go kosztuje. Ile to ich zmarnieje i pójdzie na rynek, nim się jedna wyrobi! To perła panie, to przecie sława wrót Capeńskich! to całe utrzymanie moje! — Widzieliście ją? nie? — rzekł ożywiając się coraz — chcecie ją zobaczyć? Każę potańcować! to was nie wiele kosztować będzie.... Co to za ruchy! najzgrzybialszemu starcowi krew się w żyłach poruszy, gdy mu pocznie po swojemu skakać.
— No! więc ile ją cenicie? — spytał Pudens spuszczając oczy i tając oburzenie.
— Ja! alboż na nią jest cena? To skarb nieopłacony! Każdego dnia mam z niéj coraz większy dochód, łatwiejszy niż z ogrodu i szynku. Są takie dni, że mi do tysiąca sestercyj przynosi.
— Tak — rzekł Pudens — ale niewolnica starzeje, a daléj i denara nikt nie da za nią...
— Tymczasem choć moje koszta najmem odbiorę — przerwał Leno patrząc mu w oczy — a! gdzieżbym ja ją miał sprzedawać! a tobym sam okradł siebie. Na targu choćby u najpiérwszego kupca, u Charesa, który po całéj Grecyi jeździ za tym towarem, takiego ptaszka nie dostaniecie...
Anija, to u mnie oko w głowie...
Pudens zamilkł; wtém weszła niewolnica, a z po za starca Candidus dał jéj znak aby była cierpliwą i baczną, co łatwo pojąć mogła.
— Patrzcie no! patrzcie! — zwracając się ku niéj począł Leno — lat ledwie szesnastka, rzekłbyś że i tego nie ma, takie to świéże, młode i silne. Dziesięć lat przedziwnie jeszcze służyć może najwybredniejszemu, a potém sprzedać ją będzie można jeszcze za niańkę do dzieci lub zręczną gospodynię... i odebrać swoje pieniądze.... Nie choruje nigdy... je mało... a cicha! a spokojna!...
— E! prędko to się starzeje! — odparł Pudens, z niechęcią widoczną odegrywając rolę swoją — ale cóż tam żądacie za nią? przecież najdroższy niewolnik ma cenę!
— Oczów sobie człek nie da wydrzeć za żadną zapłatę! — zawołał Egipcyanin — cóż mam mówić! na Mythrę — choćbym za nią dwakroć sto tysięcy sestercyj wziął [3], byłoby jeszcze po czém płakać.
Pudens się uśmiechnął ruszając ramionami.
— Myślicie że tu siedząc w zakącie ceny rzeczy nie wiemy — dodał żywo Egypcyanin — po czemu to teraz niewolników dobornych płacą? Jużciż zapewne ręce do roli to i za 500 drachm dostaniesz, a niewolnik co nie wiele umie a trochę deklamuje, zbędzie się za 8000 sestercyj; ale kobiéta, dziewczę, taki skarb rozkoszy jak to! popatrzcie no... co za ramiona!
I miał już zawstydzoną odsłonić by jéj cielesną wartość lepiéj ukazać, gdy Pudens odwrócił się, dając znak ręką, że nie chce tego.
— Musieliście już widzieć ją kiedyś i śpiew jéj słyszeć i tańcom się przypatrywać, jeśli ją kupić pragniecie... Wiem ci ja, że Calvisius Sabinus [4] po 100,000 sestercyj zapłacił za Greków przywiezionych z Athen, co Homera i Hesioda na pamięć umieli, — ale co Homeros i Hesiod przy téj dziewczynie, która więcéj umie niż wyśpiewali poeci!
I rozśmiał się stary, a Anija skryła twarz w fałdach płaszcza, który z jednego zwieszony ramienia odkrył prześliczne, wytoczone jéj kształty.
Pudens odwrócił się ze smutkiem, chwila milczenia trzymała wszystkich w zawieszeniu; nagle Syryjka podniosła głowę.
— Czyńcież co chcecie — odezwała się do starego Lenona — ale ja dłużéj nie wytrwam w tém życiu, do którego wstręt mam śmiertelny...
Nie zechcecie mnie sprzedać, to na Jovisza, głodem się zamorzę.
Egypcyanin stanął wryty.
— Ty! głodem! ho! zobaczemy! ja się głupich pogróżek nie boję, a że karać umiem toś widziała i wiesz... Furcifera! nie pomogą razy i widły, to cię żelazem gorącém na czole napiętnuję...
— I stracisz swoje pieniądze! — rzekł Pudens spokojnie.
— Lecz gdybym ją sprzedał, tę nędznicę — zawołał trzęsąc się ze złości stary — w cóż się bez niéj moja gospoda obróci? co powiedzą starzy, którzy mi tu dla jéj czarnych oczów chodzić przywykli!
— Znajdziesz drugą Ambubaję, i dziesięć co mnie zastąpią... Epicharis mi zazdrości... ją weźcie.
— A to zmowa! to spisek! na Mithrę! — rzekł Leno... — Ale no... gdybym ją sprzedawał... przypuśćmy... cóż mi dacie... Ona cię starego opanuje, będziesz ją musiał wyzwolić! obedrze cię, ogołoci. — Ale cóż dacie? — dodał niespokojny... ile?
— No, pięćdziesiąt tysięcy sestercyj...
— Na Herkulesa! daleko od ceny? za to i dwudziestopięcio-letniéj niewolnicy co po rynkach śpiewa, nie dostaniecie... z tańcem, z głosem, i z takiém doświadczeniem rzemiosła! Wszak to wszystkiego uczyć potrzeba...
Ale choć tak gorąco opierał się kupiec, cena wydała mu się dość znaczną; skłonił się Pudensowi, kazał podać wino i owoce, począł zabiegać koło niego.
Syryjskie dziewcze drżało, niewiedząc co się z nią stanie, ale poważna twarz i postawa człowieka, który się o nią targował, uspokajała, a znak dany przez Candida kazał się spodziewać więcéj niż przed chwilą marzyła...
Wszystko co się z nią działo, zdawało się jéj cudem, nie pojmowała jak tak rychło życzenie jéj wypełnić się mogło, i przypisała to potędze nieznanego Boga.
Jeszcze stała zadumana, gdy Leno niespokojny już się o jéj cenę ułożył po cichu, i popchnął ją ze śmiechem ku nowemu panu, do którego nóg przypadłszy naprzód, stanęła potém Anija pokornie za nim, cała we łzach i drżąca.
Któż wie co w duszy wije się człowieczéj?
Może w téj chwili, gdy się już oddalać przyszło z téj brudnéj gospody, w któréj z dzieciństwa tańczyła i uśmiechała się coraz nowym gościom; gdy jéj przyszło iść nie wiedzieć dokąd i po co... serce uderzyło tęsknotą i żalem po tym ogródku co jéj łzy widział tajemne, po boleściach tu doznanych i przemarzonych tu nocach.
A gdy przyszło próg przestąpić i drzwi gospody pominąć, Anija obejrzała się ze łzą w oku...
Stary Leno liczył cóś na palcach po cichu i sprzeczał się o bransolety, które miała na rękach, o phalerę którą miała na szyi, choć to były dary starego Chariclesa i Diomeda... ale niewolnik nic nie posiadał, a Egypcyanin i na te błyskotki był łakomy rachując co mu przynieść mogą.
I odarł niewolnicę, która mu pod nogi z pogardą łańcuch i naramienniki rzuciła.
Pudens już śpieszył wynijść jakby go powietrze tego sprośnego miejsca dusiło... za nim zbierali się podróżni, a Anija, poprzedzając ich, wyszła piérwsza, okrywając się szatą aby nie była poznaną.
Gdy weszli na Appijską drogę, a posłuszna niewolnica w ślad za swym nowym stąpała panem, Pudens odwrócił się ku niéj, z uśmiechem łagodnym wyrzekając poświęcone wyzwolenia słowa:
Surgant liberi... niech wstaną wolni!
— Nie potrzeba nam ani praetora, ani laski, — dodał [5] — w imie tego Boga, którego wezwałaś pomocy, jesteś wolna!
— Wolna! — zakrzyknęła składając ręce niewolnica — a! być że to może? wolna? Ale cóż począć mam z sobą? gdzie podziać? jak od zguby uchronić a! panie... nie opuszczaj mnie! ja ci służyć chcę i będę...
— Więc idź za nami jeśli chcesz! — odparł Pudens — postępując powoli ku wozowi który nań czekał.
Candidus i Natalis, i Anija za niemi, poszli w milczeniu pieszo ku mieszkaniu Pudensa, mijając gwarne już Forum i po za Cyrkiem, w którym sposobiono znów igrzysko, przechodząc do Thermów Senatora.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.
  3. Około 100,000 złotych.
  4. Seneca.
  5. Zwykły obrzęd wyzwolenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.