Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.

Zgoda nie udała się. Koleskow umarł od uderzenia krwi do głowy, jak zawyrokował medyk Meder. Czułosznikowa wprawdzie zwolniono za wstawieniem się pani Niłowowej od robót publicznych, ale zdwojono mu karę pieniężną. W miasteczku głucho wrzało przeciw wygnańcom.
— Takie kary za pobicie jednego obieżyświata! Przecież to nasi ludzie, tutejsi, wszystkim znani obywatele!... I wielka rzecz, że przetrącili tamtemu rękę!... On sądem skazany, pozbawion wszelkich praw, to i zabić go nawet wolno bezkarnie, a on tu rządzi krajem, jak gubernator... Biały, gładki na gębie, wygadany, więc go białogłowy bronią. Wiadomo, jak łasa jest na chłopa naczelnikowa, a i córka też oczu z niego nie spuszcza!... — szemrano po kątach.
— Było dobrze, dopóki on się nie zjawił... Niech go ruszy powietrze... Bodaj ręce połamał i nogi!... Bodaj zgnił za życia! Nawet zabawić się teraz nie można; zaraz musisz z nim grać, a z nim gra nieciekawa... Wyjmij pieniądze zawczasu i połóż! — użalali się kupcy.
Wprawdzie Beniowski zwłóczył i wykręcał się obecnie od gry, lecz długo to trwać nie mogło; sekretarz przy każdej okazji dawał mu poczuć swe niezadowolenie, a komendant nawet groził.
— Ostrzegałem cię!... — wyrzucał Chruszczow Beniowskiemu, gdy ten opowiadał mu te smutne nowiny.
— Nie było innej drogi! Wskaż mi ją, proszę?... Rzeczy płynęły naturalną koleją... A zresztą nie jest jeszcze najgorzej. Cała sztuka, żeby im rzucić teraz inny plan, któryby ich pychę i chciwość podniecił, zajął. Wszystko szło dobrze i gdyby nie ten wypadek z Koleskowym... Ha, cóż robić!... Często zdarzają się nieprzewidziane przygody, do których trzeba się nagle przystosować!... Przywarujemy na jakiś czas, aż ludzie zapomną... Będziemy pocichu gotowali się do wymarszu, szykowali broń i zapasy... A kiedy projekt wsi rolniczej utrwali się i dojrzeje w umysłach urzędników, oni sami dadzą nam zapomogę rządową, — kilka, może kilkanaście tysięcy rubli. Wtedy zakupy i zamówienia łatwo pogodzą kupców z... nami!
— Bez sekretarza i w tej sprawie się nie obejdzie!... Będziesz więc musiał grać i wygrywać!... I tak dookoła historja o „białym byczku“, jedno się za drugie czepia...
— Cóż robić!... Będę grał!...
Grał i znowu ograł Kazarinowa i Proskuriakowa na kilka tysięcy rubli; przyczem między tymi dwoma i Czułosznikowym wynikły przykre zatargi, gdyż ostatni przez swe skazanie na karę uważał się za zwolnionego od nieszczęsnej z nimi spółki.
Choć Niłowa w czasie samej gry nie było, sekretarz zaniósł mu natychmiast należną część, co starego wprawiło w doskonały humor.
W przystępie wylania opowiedział nieostrożnie sekretarzowi o propozycji Beniowskiego: założenia osady rolniczej na cyplu Łopatki.
— Ryżykow był głupcem, nieukiem, ale temu człowiekowi wszystko się udaje, wszystko on umie i wszystko wie... Wiadomo, był generałem!... — gadał stary, popijając z kielicha bursztynową nalewkę z maroszki. — Dobra wódka! Muszę ją pochwalić, choć moja! — Niczem ananasówka!... Spróbuj, Sergjuszu Mikołajewiczu, własnego wyrobu mej żony!... zachęcał gościa.
Ten, jakiś chmurny, nie kwapił się.
— Nic mi nie mówił o tym projekcie!... — szepnął wreszcie.
— Ba!... Miał przedtem obejrzeć ze mną okolicę, żeby się ostatecznie przekonać!... Chciał z tobą już na pewniaka!... Co! Szanuje on bardzo twój wielki rozum!... Co!?
— Więc go bierzesz z sobą, Iwanie Piotrowiczu?... A czy to wypada?... Ty go z krajem w ten sposób zapoznasz, o on potem ucieknie!...
— Głupstwo!... Poco ma uciekać, albo mu tu źle!... Na pewno go ułaskawią w Petersburgu za zasługi już dokonane; gdyby zaś mu się powiodło to, co teraz planuje, wtedy może nawet dostać jaki urząd, naprzykład inspektora rolniczego z pensją i rangą... Zresztą ja go tu nie zostawię!
— To wyjeżdżasz?...
— Staram się o przeniesienie do Ochocka, albo jeszcze dalej na południe, ze względu na... wychowanie dzieci... i moje zdrowie, zniszczone tutejszym klimatem. Rozumie się na wyższą posadę, należy mi się ona z lat wysługi; gdyby zaś udało się z uprawą zboża, pewny jestem, że nie odmówionoby mi nawet Tobolska. A wtedy ty, Sergjuszu Mikołajewiczu, mógłbyś zająć moje miejsce... Nawet na pewno je zajmiesz, bo któż inny...
Sekretarz poruszył się niespokojnie.
— Nie mówmy o tem, Iwanie Piotrowiczu, wcale nie pragniemy się rozstawać z wami i waszą rodziną... Będziecie nam jeszcze długo tu panowali, ku zadowoleniu i szczęściu wszystkich...
— Zacny przyjacielu! Zapewne ciężko się będzie rozstać, służyliśmy tyle lat razem. Koń się przyzwyczaja a cóż dopiero człowiek. Wiesz co, rzuć ty tę swoją... Agafję!
Sekretarz poczerwieniał i, przymrużywszy oko, obejrzał uważnie pod światło nalaną w kieliszek nalewkę.
— Co za kolor! Warta całusa!... Najczystszy bursztyn!... Rzucić to można, dlaczego nie rzucić, trzeba tylko wiedzieć poco?...
Niłow otworzy! usta, lecz choć mocno rozmarzony wypitą nalewką, przypomniał sobie jednak rozmowę z żoną i wstrzymał się.
— Pogadamy, pogadamy, ale przedtem trzeba ten plan Beniowskiego wyświetlić...
— To nietrudno! Możemy wyjechać zaraz po świętach... Może i komendanta z sobą weźmiemy i... szachownicę! Co?... W Wierchniem, w Niżniem, w Awaczyńsku... dużo jest... graczów!... Tutaj już nie bardzo mają ochotę!... Co? — roześmiał się naczelnik.
— A co uczynimy z Kazarinowym?
— Ha, swoje dograć musi, ale zdaje się, że na całe życie mu starczy...
— Nic mu nie będzie!... Jeszcze sto razy w pierze porośnie, stary lichwiarz!... Ale ty, Sergjuszu Mikołajewiczu, zachowaj w tajemnicy, co ci o Beniowskiego planach mówiłem, żeby nas kto nie ubiegł... Poco gadać, kiedy nic jeszcze niewiadomo!... Co!?
— Rozumie się. Więcej powiem: nie należy i jemu zbytniej ufności i zachwytu wykazywać, aby nie wyprowadzić go z rygoru... Już i tak grać nie chce, unika...
— Co ty mówisz!...
— A tak!... Po trzy razy prosić go trzeba... kozaków nieledwie posyłać!
— Ach, tak nawet! Dobrze!... Zaraz mu to wymówię...
— Broń Boże!... To materja delikatna!... Gotowi nas w razie czego pomawiać o przymus... Niech mu tylko Wasza Wysoka Szlachetność da poczuć pewien chłód usposobienia, a on zaraz wyrozumie, o co chodzi! Ostra on sztuka!...
— Oho, ostra!... Ale i kosa na kamieniu się szczerbi!
Zacni wspólnicy uścisnęli się za ręce i rozstali, niezmiernie z siebie zadowoleni.
Niłow udał się na niewieścią połowę domu szukać córki, czuł potrzebę zobaczenia się i pogadania z nią. Nie znalazłszy dziewczyny w pokoju, podreptał do kuchni.
— Gdzie Nastka!?
— W szkole.
— To chodzi?
— Jeździ, a nie chodzi... z Mironowną... rozumie się....
— Nie wiem. Poco jej to?... Głupstwo i tyle!
— Przecież się zgodziłeś!...
— Nic nie pamiętam. Miał uczyć dzieci u nas... Nie wypada naczelnikównie...
— Idź już, idź, stary, i połóż się spać... Zakropiłeś znowu czuba od samego rana... Stoisz tutaj w otwartych drzwiach, przeciąg robisz, ciasto mi przez ciebie nie wyrośnie, a do świąt zostało dwa dni!...
Niłow nie ruszał się, patrzał na nią zpodełba mętnemi oczyma, a żyły mu na skroniach zwolna nalewały się krwią.
— Ja was nauczę!... — zaczął — ja was... nauczę... Gdzie Grześ?...
— I Grzesia niema, też w szkole!
— Szkoła... nauka!... Ja was nauczę!... Ciasto... Święto!... Babo przeklęta, ty mi za wszystko odpowiesz... Gdzie córka!? Dla gachów tutaj wyżerkę szykujesz, a o dzieci nie dbasz!... Ja was nauczę!... Gdzie Adelajda i Marta?... Rzuciliście mię starego na pastwę samotności! Ja was nauczę!... Cia-st-o! Patrzcie ją!
Zbliżył się chwiejnym krokiem do dzieży i zepchnął naczynie z ławy uderzeniem buta. Żółtawe, pyszne ciasto popłynęło grubą strugą po brudnej podłodze pod nogi osłupiałej Niłowowej i śmiertelnie przerażonej kucharki Kamczadalki.
Marja Karłowna rychło jednak oprzytomniała i, przybliżywszy się z uśmiechem do męża, szepnęła:
— Jaśku, Jasieczku!... Masz rację!... Chodź, obgadamy i ułożymy wszystko, jak sobie życzysz. Wszyscy przecie jesteśmy wierni twoi poddani i niewolnicy... Zrobisz z nami, co zechcesz... Ale chodź już stąd, bo tu gorąco i możesz się przeziębić... a wtedy smutne mielibyśmy święta!
Niłow wciąż stał pośrodku izby, rozkraczywszy nogi nad płynącem z dzieży ciastem, i patrzał mętnemi oczyma na blado uśmiechającą się żonę.
— Aha, boisz się, co?
— Boję się, Iwanie Piotrowiczu, boję!...
— Kogo się boisz? mnie, swego opiekuna i karmiciela!... Co?... Ja cię nauczę!...
— Ależ nie!... Boję się, że... sobie buty zawalasz obrzydliwem ciastem...
Niłow spojrzał pod nogi i nagle wdepnął obiema stopami w gęsty, drogocenny rozczyn; Kamczadalka aż przysiadła z cichym okrzykiem.
To ostatecznie udobruchało Iwana Piotrowicza; kazał niewolnicy przypełznąć do siebie, wytarł o nią powalane obuwie i z błogim uśmiechem pozwolił się żonie uprowadzić do sypialni.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.