Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXI.

Niewesoło zapowiadały się święta; w samą wilję wiatr od morza taką przywiał zamieć, że ciężki chmurny dzień rychło zamienił się w siwą, rozdygotaną noc. Śnieżyca hulała cały tydzień świąteczny, zawiała domy po wręby, przecięła zaspami drogi i utrudniła wszelką łączność nawet między bliskimi sąsiadami. Jaki taki, przyciśnięty potrzebą, wlókł się, przytrzymując oburącz za poklaski sani, do lasu po opał, albo do miasta po sprawunki, lecz że smagane wichrem psy nie chciały wieźć, mało znalazło się i na to ochotników; woleli marznąć lub obchodzić się nawet w święta bez wybredniejszej strawy i napojów.
W domu naczelnika nudzono się śmiertelnie. Po urzędowych zrana wizytach, nikt już tu nosa nie pokazywał. Niłow miał na pociechę swój gąsioreczek, siedział przed ogniem, płonącym na kominku, popijał tę lub ową nalewkę i brzdąkał na wyreparowanej w tym czasie przez Beniowskiego gitarze.
Ale postrojone białogłowy nie miały się gdzie z nudów podziać. To szły do swoich pokojów, to do kuchni, to w jadalnym siadały na ławach i patrzały markotnie na stoły, zastawione łakociami, dzbanami i butelkami w oczekiwaniu gości. Marta Karłowna krzyczała wciąż na dzieci, żeby nie dokazywały i nie niszczyły świątecznego ubrania.
Mironowna śledziła pilnie za wszystkiem i co chwila wstawiała swoje trzy grosze w ogólne gderanie, Nastazja uciekała i chroniła się po kątach przed matką i niańką, a Grześ znikł od samego obiadu.
— Co ci to, gołąbko, dziecino moja?... Zwiesiłaś główkę, jak zmrożona lelija!... — pytała się troskliwie Mironowna dziewczyny, zdybawszy ją wreszcie w własnej komnatce z czołem opartem o framugę okna.
— Ach, Mironowna, życie mi zbrzydło!...
— Wiem, wiem!... Wyszłabyś zamąż, dziewczyno, byle za kogo, byle za chłopa... Ulży ci, zobaczysz!
— Na Boga, Mironowna, daj ty mi spokój!...
Zerwała się i wyleciała; wsunęła się cicho do ojca, wyjęła mu z sennych rąk gitarę, przysiadła mu u kolan przed ogniem, cicho zabrzdąkała i zanuciła:

To nie śniegi w polu bieleją,
To bieleją ciała dziewicze,
To nie lilje tam rozkwitają,
To się kąpią córy książęce...

Jedyną rozrywką o tym czasie były w miasteczku „maszkary“ i kolędnicy, którzy bez względu na zawieję włóczyli się z domu do domu, oprowadzali „kozę“ i „niedźwiedzia“, śpiewali pieśni, urządzali rozmaite figle, straszyli dziewczęta i dzieci.
Grześ bardzo się chełpił, że go nie poznano w domu, i dawał do poznaki siostrom, że w gronie kolędników był „sam Beniowski“.
— Nie wierzę, nie może to być... Wiecznie zmyślasz... — dowodziła mu Nastka.
— Doprawdy... ten wysoki, co stał w kącie.
— Widzisz, że kłamiesz... Zupełnie niepodobny; co najwyżej mógł to być Stiepanow...
— Zawsze z tej samej paczki i wcale od Beniowskiego nie gorszy. Chcesz, to go przyprowadzę...
— A przyprowadź go sobie, cóż mi to szkodzi!...
Śnieżyca, jak nagle się zerwała, tak nagle ucichła. Na Nowy Rok wzeszło słońce nad doliną, zrytą wydmuchami, sfałdowaną zaspami ubitego śniegu. Wdali wśród szczytów górskich, w głębokich skalnych rozpadlinach jeszcze się kurzyły resztki zawiei, niby dymy gasnących pożarów.
Mieszkańcy, złaknieni powietrza, widoku okolicy i sąsiadów, rojnie wysypali na ulicę. Co chwila przemykały się sanie, łamiąc z trudnością twarde śniegowe wydmiska; obok biegli zdyszani psiarze, a na saniach leżeli nieruchomo, owinięci w futra, miejscowi dygnitarze i bogacze, śpiesząc z urzędowemi wizytami do naczelnika oraz innej „władzy“.
Beniowski, jako starosta wygnańców, musiał też pół miasta objechać, rozwożąc obowiązkowe podarunki świąteczne: wyborowe futerka lisie, kunie, sobole oraz ręczne wyroby wygnańców: szkatułki, pasy srebrne, kunsztownie rznięte wyroby.
Czasami otrzymywał jakie oddarze, czasem — nie, zależnie od tego, co i komu dawał. Poniektórzy kupcy i mieszczanie bogatsi posyłali mu sami gościńce do domu, na znak pamięci, przyjaźni i szacunku.
Cała nieomal wieś wygnańcza zbiegła się do szkoły dla oglądania i podziału tej zebranej „kolędy“. Wesoło gwarzyli, popijając herbatę i częstując nią przybyłych z miasta gości, gdy wtem wstał od stołu blady jak śmierć Czurin młodszy i wyszedł za drzwi. W sieni wszakże, jęcząc, padł z wielkim łoskotem; skoczyli go ratować zebrani, lecz wśród nich również pojawili się chorzy, wszyscy jednako na boleści w żołądku i wymioty. Wszczął się popłoch wśród pozostałych.
— Zaraza!... — wołali, zrywając się od stołu i garnąc ku wyjściu.
— Stójcie, stójcie! — wstrzymywał ich Beniowski, sam słaniający się na nogach. — Porzucacie nas więc na pewną śmierć? Takaż to miłość wasza i braterstwo!? Nieście tutaj natychmiast przed ogień Czurina, rozcierajcie mu ciało, a wody ciepłej wiejcie do gardła dostatecznie, żeby zrzucił... Ty, Chruszczow, skocz do śpiżarni, nieś stągiewkę z świeżym tranem... Trzeba ludzi ratować!... A niech nikt jedzenia i picia ze stołu nie rusza!
Mówił coraz ciszej, aż skłonił się na ławę i zakrył twarz rękami. Obok Panow, Baturin, Winblath wili się w boleściach; inni, padłszy na ziemię, tarzali się, ryczeli i bili piętami o ziemię, jakby tknięci morowem powietrzem.
Chruszczow, Sybajew, Stiepanow, Wołkow, Brondorp i Serebrennikow, zdrowi jeszcze uwijali się wśród chorych, pojąc ich wodą tranem, rozcierając tężejące członki, układając wygodniej na ziemi, gdyż na ławach już miejsca nie stało. Przerażenie ogarnęło wszakże ratowników, gdy Czurin i Panow zaczęli krwią zrzucać; już chcieli biec po pomoc lekarską do miasta, gdy wstrzymał ich oprzytomniały cokolwiek Beniowski.
— Nie posyłajcie! Nie róbcie popłochu!... Co wam pomoże pijany Lapin?... Zresztą: nie znajdziecie go? Pewnie od rana suszy dzbanki u sąsiadów! Zanim go przywieziecie, będziemy albo uzdrowieni, albo umarli... Lepiej przyłóżcie tutaj wysiłków, grzejcie na ogniu misy cynowe, gliniane, jakie są i kładźcie ciężej chorym na żołądki... Na ratowaniu chorych zszedł czas wygnańcom aż do wieczora.
Tymczasem do Kazarinowa zjechali się wedle umowy: sekretarz, komendant z żoną, Proskuriakow z żoną i siostrzenicą, kupiec Krasilnikow z całą rodziną, pisarz kancelaryjny Sudejkin, kapitan okrętu Czurin starszy, świeżo przybyły z Awaczyńska, wreszcie naczelnik Niłow z żoną, córką i synem. Podczas gdy białogłowy na niewieściej połowie domu, gryząc cedrowe orzeszki, powiadały sobie domowe i miejskie nowinki, uzbierane w czas niepogody, panowie zebrani w świetlicy trącali się kielichami i czekali niecierpliwie na przybycie Beniowskiego.
Gdy ten wszakże nie zjawiał się, zaczął Proskuriakow nastawać ze słodziuchnym uśmiechem, aby przystąpiono, nie zwlekając, do gry, ponieważ wszyscy zgodnie z umową są już na miejscu, a o Beniowskim niekoniecznie tam powiedziano...
— Nawet nic nie powiedziano!... — wtrącił chmurno Kazarinow.
Porwał się komendant Czernych, jechać chciał po Beniowskiego, lecz wstrzymali go kupcy opowieścią, że pewnie hula z towarzyszami i jako ich przełożony opuścić ich w dzień świąteczny nie może.
Pogodził zwaśnionych dobrze już rozweselony napojami naczelnik, ogłaszając z rzewnym uśmiechem, że sam zamierza zastąpić w grze Beniowskiego i przegraną z własnej kieszeni pokryje...
— Ale nie myślcie... że przegram! Poznałem w stolicy swego czasu wszystkie tej gry fortele... Przygotuj, Kazarinow, kabzę!... A może kto jeszcze życzy sobie... do spółki ze mną!?
Na razie nikt się do gry nie kwapił, wszyscy jednak z wielkiem zaciekawieniem obstąpili stolik, gdyż to był pierwszy występ na tem polu Jego Wysokiej Szlachetności. Wyzwany na pierwszy ogień Kazarinow rad nie rad rozstawił drżącą ręką szachy; z początku widać było, że chce przegrać, ale gdy naczelnik go kilkakroć razy zgromił, stary się rozjątrzył, zapalił i... wygrał.
Niłow też się zapalił, podwoił stawki i kielichy...
Goście z coraz większem zainteresowaniem przyglądali się niebezpiecznym zapasom. Aż dobrze po północy wpadł na niewieścią połowę domu Grześ, wołając:
— Mamo, tatuś wszystkie pieniądze przegrał, już kołpak soboli i szubę zastawia!
Pobiegła niezwłocznie pani Niłowowa do świetlicy, a córce i synowi kazała zbierać się do domu, psiarza zawołać z saniami, aby zajeżdżał.
Z wielkim trudem przy pomocy sekretarza i komendanta udało się jej męża z sali wyciągnąć. Kazał Kazarinowi na siebie czekać, bo miał ino do domu po gotówkę pojechać. Stało się jednak inaczej, gdyż, wypiwszy tam parę kruż, podanych przez żonę, niby na drogę, z „obawy aury niezdrowej w czas tak spóźniony“, już się ze stolca nie podniósł i rychło tam usnął, a żona z córką i Mironowną niebawem go rozdziały i do łożnicy przeniosły.
Ale nazajutrz od samego rana nastał prawdziwy dzień sądny w domu naczelnika zarówno z ciężkiego pochmiela głowy rodziny, jak z żalu jego po przegranej. Ci, co wchodzili do świetlicy, gdzie naczelnik wielkiemi krokami z kąta w kąt krążył, drżeli i żegnali się w skrytości przed drzwiami: leciały stamtąd jeno przekleństwa, brzęki i stukoty. Co chwila wzdychała nasłuchująca w korytarzu Mironowna.
— Słyszę, nikiej karafeczka nowiutka!... Zydel we drzwi!... A teraz dzban cynowy... O Jezu, Jezu!... Co z nami będzie! Od powietrza, ognia i wojny, wybaw nas Panie!
Naczelnikowa z dziećmi zamknęła się w pokoiku Nastki. Siedząc skulona z dwiema dziewczynkami przytulonemi po bokach, przysłuchiwała się bojaźliwie stamtąd ciężkim krokom, rozlegającym się od czasu do czasu w sąsiednich komnatach, i ochrypłemu głosowi, wypytującemu Mironownę, gdzie są dzieci.
— Niech zaraz... zaraz przyjdą!... Słyszysz, stara!... A to każę cię smagać przed domem gołą na śniegu!...
— Może mię Wielmożny Pan choć zabić, niewolnicą jestem... Wiadomo! wolna w tem wasza wola... Ale co zrobię, kiedy wyszły... — dowodziła śmiało staruszka.
— A... a... a... gdzie klucze?
Kopnął nogą we drzwi Naścinej komnatki.
— Zamknęła i klucze z sobą wzięła. Ma tam swoje dziewicze sekrety...
— Przed ojcem, co?...
— I ojciec mężczyzną jest i przed nim srom niewieści Matka Boska chować każe!
Niłow mruczał, odchodził i znów wracał, rozpalony coraz silniejszą gorączką. Niezmiernie więc ucieszyła się Mironowna, gdy wystraszony kozak ordynans oznajmił przybycie Beniowskiego. Niłow patrzał na kozaka tępemi oczyma, jakby go nie rozumiał.
— Aa!... Beniowski!... — rzekł wreszcie. — Dobrze! Niech wejdzie! Prowadź go!
Gdy Beniowski stanął wyciągnięty po żołniersku w progu, naczelnik wlepił weń ten sam wzrok tępy i zamglony.
— Przyszedłeś?... A?... A wczoraj, co... co wczoraj robiłeś, ha? Czy wiesz, coś zrobił wczoraj, czy wiesz?...
— Wasza Wysoka Szlachetność, bardzo byłem chory i dziś jeszcze z trudem... przywlokłem się!
— Ha, gadaj zdrów!... Znamy te kłamstwa!... Choroba, zawsze choroba!...
— Nie ja tylko byłem chory, ale cała nas gromada, a jeden nawet... umarł, gość mój Czurin, brat kapitana z okrętu „Piotra i Pawła“.
Niłow zrobił wysiłek, zamyślił się i jak gdyby zaczął trzeźwieć.
— Umarł, mówisz? A możeście go... zabili!?
— Właśnie z obowiązku służby, jako starosta wygnańców, muszę całe zdarzenie opowiedzieć...
— Zaraz, poczekaj! Mironowna, dawaj kwasu z lodem, słyszysz! Żywo! Siadaj, Beniowski! Tymczasem, skoro to okazuje się... zabójstwo... poślę po sekretarza i komendanta, niech robią śledztwo! Co? Opieczętują... majątek... i jego... i twój... i was wszystkich... Tak, tak: was wszystkich!
Widział Beniowski, że nie dojdzie z nim do ładu, więc nie opierał się, nie prostował na razie omyłek, rad, że zobaczy kogoś przy zdrowych zmysłach. Za chwilę weszła pani Niłowowa, niosąc dzban kwasu i dwie kruże; była blada i uśmiechała się wymuszonym uśmiechem.
— Ha, jesteś nareszcie!... Gdzież to się włóczyłaś?... Co? Wyobraź sobie, co za noworoczna historja: ci zbrodniarze popili się i zabili... brata Czurina! Dam ja im!... Ho!... Pokażę!
Przyłożył krużę do ust i pił chciwie, Niłowowa spojrzała z przerażeniem na Beniowskiego i wyszła.
Gdy przyjechał nareszcie sekretarz z komendantem, Niłow był już spokojniejszy, jeno przekrwione i wyszłe z orbit oczy zdradzały niedawne wzburzenie. Siedział posępnie, podparłszy brodę na łokciu, i słuchał opowiadania Beniowskiego o wesołem zebraniu gości u niego i smutnym zabawy końcu.
— Wpadliśmy na myśl, że zostaliśmy otruci, gdyż niektóre kawałki cukru miały smak słony. Naówczas parę z nich wybraliśmy, owinęliśmy w płatki ryby i daliśmy owe pigułki do zjedzenia psu i kotu. Zwierzęta w pół godziny zdechły...
— Kogóż podejrzewacie?... komu coby przyszło z waszej śmierci?... — spytał głucho sekretarz.
— Od wielu ludzi dostaliśmy dnia tego gościńce. Otóż między innemi dostaliśmy głowę cukru od kupca Kazarinowa. Wyśledziliśmy, że jadowity cukier z tej głowy pochodził.
— Hę! Głupstwo!... Nie oszukacie mię! Popiliście się i pobiliście się!... Każę trupa felczerowi krajać!... — mruknął Niłow.
— Czyś ty, Beniowski, też pił ową herbatę? — spytał sekretarz.
Piłem, ale mało; gdyż jako gospodarz, dużo zajęcia miałem z ugaszczaniem gości.
— A to podła kupiecka dusza! Taką wymyślić historję!... — wybuchnął komendant.
— Juściż, że trupa należy krajać... — zwrócił się Beniowski do naczelnika. — Lecz przedtem, czy Wasza Wysoka Szlachetność nie uważa za słuszne zawołać wprędce, aby uprzedzić rozgłos, zaraz tu niby na południowe zaproszenie do siebie Kazarinowa i poczęstować go herbatą, oświadczając mu nawiasem, iż w upominku ode mnie Wasza Wysoka Szlachetność dostała głowę cukru, którą z nim masz teraz ochotę napocząć... Obaczymy, co na to powie ten pan!? A wtedy, szlachetny panie, postąpisz wedle prawa i swego rozumienia.
Długo tłumaczyli sekretarz i komendant naczelnikowi, wezwawszy do pomocy panią Niłowową, zanim nareszcie Iwan Piotrowicz zrozumiał, o co chodzi, i zgodził się.
— Ale ja tej herbaty pić nie będę... nie potrzebuję pić!?... — wołał.
— Ależ nie!... Ona może być zupełnie inna, nasza, gołąbku!... Nie o to chodzi!... — przekonywała go Marta Karłowna.
Na jej rozkaz zastawiono w jadalni stół, jak na przyjęcie; na boku w kącie umieszczono głowę cukru, zupełnie podobną do ofiarowanej wygnańcom, odrąbano od niej spory odłam, napełniono kawałkami cukru cukiernicę. Gdy przybyły Kazarinow z innymi gośćmi wszedł do komnaty, już kipiał samowar i pani Niłowowa królowała koło niego, nadstawiając pilnie uszu, aby lepiej słyszeć, co przybyli powiedzą. Beniowski stał ukryty przy drzwiach w korytarzu. Gadano o szykujących się na wiosnę wyprawach na Aleuty, o uszkodzonym okręcie Chołodiłowa, o rządowym statku „Piotr i Paweł“, wmarzniętym w lody u przystani na Czekawce.
— Czy aby starczy wam, kupcy, w tym roku zapasów herbaty i cukru? — spytał zdradliwie sekretarz.
— O, niema obawy!
— A często pijacie w domu herbatę?... wmieszał się Niłow.
— Kilka razy na dzień, zwyczajnie jak wszyscy!... — odparł zdziwiony Kazarinow. Parzymy brzuchy! Wiadomo: zimny klimat kamczacki!
— Jacy ci wygnańcy jednak dobrzy! — zaśpiewała niespodzianie Marta Karłowna drżącym trochę głosem. — Przynieśli mi wczoraj w prezencie noworocznym dwie głowy cukru... Dostali je pono od was, zacny Tymofieju Archipyczu!... Napoczniemy ją właśnie...
Uprzejmy uśmiech znikł nagle z twarzy kupca, zbladł jak chusta.
— Co wam jest? — już zupełnie przerażonym głosem zaszeptała Niłowowa. — Czy nie boli was co, Timofieju Archipyczu?...
— Właśnie. Dolegliwość mam przykrą, muszę wyjść!
— Nie waż się! Siadaj i pij zaraz razem z nami!... Będzie ci lepiej!... — warknął Niłow.
Mimo to Kazarinow spróbował wstać, lecz skoczyli doń obcesem sekretarz i komendant.
— Musisz pić!... Pij albo przyznaj się, coś zrobił? — wołali.
Obejrzał się kupiec za siebie, spaśne ciało pochylił naprzód, jak do ucieczki; wtem spostrzegł we drzwiach gniewną, surową twarz Beniowskiego, ręce przed siebie wyciągnął i upadł na kolana.
— Łaski, naczelniku, łaski, Iwanie Piotrowiczu!... Obrony! Pozbyć się go chciałem... Prawda: chciałem go uśmiercić!... Po nocach nie sypiałem, jeść, pić nie mogłem, ani żony całować... ani nic... Wszystko obrzydło mi, co ludzkie jest! Nie żeby mi chodziło o te kilkanaście przegranych tysięcy... W naszym stanie kupieckim rzecz to zwykła — zyskujemy, tracimy, znów zarabiamy... Ale tak się dać złapać! Tak się dać okpić!... Żółć mię zalewała, ile razy to sobie wspomniałem... I komu? Jakiemuś obieżyświatowi bez rodu, plemienia! Wszystkich on opętał, oplątał... Wszystkich... Nienawidzi on nas, prawosławnych, przeklęty schizmatyk, papista... Oczarował on nas, rzucił na mózgi zaćmienie... Wszyscy mu wierzą, a on wszystkich do zguby wiedzie... Nawet na córki nasze, na cnotę dziewic czystych śmie się w rozpuście swej targać! Patrz, czcigodny Iwanie Piotrowiczu, co znaleźliśmy przy trupie nieszczęsnego Koleskowa... Mało tego: niejakin Piacynin był u mnie i wyjawił, jako zbrodzień Beniowski zamierza wszystkich wygnańców zjednoczyć, aby na nas uderzyć znienacka, zwojować, poczem, owładnąwszy okrętem, ujść na morze, jak ów Ochotin... Więc, grzeszny człowiek, chciałem go co prędzej struć, aby zdechł, zanimby swe piekielne zamiary wykonał...
— Kiedyżeś się tego wszystkiego dowiedział? Wczoraj wieczór jeszcześ mi nic nie mówił!...
— Bo dziś dopiero był u mnie ten człowiek, właśnie chciałem powiedzieć...
— A trułeś ludzi dzień temu!... Łżesz i łżesz... Ale my cię zmusimy prawdę wyśpiewać... Sameś pewnie z nim był w zmowie! — syczał sekretarz.
— Tu oto jest ten papier... od trupa!... — bełkotał Kazarinow, wyciągając z zanadrza zmięty papierek.
— Więc przyznajesz się, żeś tych ludzi truł?... — spytał głuchym głosem Niłow, powstając.
— Chciałem uwolnić wszystkich, Bóg świadkiem.
— A co byłoby, gdybyśmy wszyscy zażyli twego cukru? Hę? — zapytała Niłowowa.
— Czurin umarł!... — wtrącił posępnie sekretarz.
— Zgrzeszyłem. Winien jestem, ukarzcie mię!... — bił się kupiec w piersi i robił raz za razem znak krzyża.
— Stąd pewnie idzie wszystko, żeś się chciał w ten sposób od gry wykręcić!... — dorzucił zapalczywie komendant.
— Jakie miałeś zamiary, to się pokaże. Popełniłeś zbrodnię i sądzon będziesz według prawa. Teraz pójdziesz do więzienia! — zawyrokował sekretarz.
— Weźcie go!... Zaraz go bierzcie!... — rozkazał Niłow.
Komendant Czernych z podręcznym kozakiem wyprowadzili płaczącego kupca, a sekretarz podjął z ziemi zmięty papierek, rzucił nań okiem i wyszedł na korytarz do Beniowskiego, ale Beniowskiego tam już nie zastał.
Usłyszawszy zeznanie kupca o Piacyninie, wybiegł on natychmiast, siadł na sanie i kazał pędem wieźć się do domu.
— Zginęliśmy! Wszystko zależy od pośpiechu!... Zbierz natychmiast Radę Związkową!... — zawołał, wpadając do Chruszczowa.
Sam widok Beniowskiego był tak straszny, że Chruszczów o nic nie pytał i, drżąc cały, pobiegł wykonać rozkaz. Wpół godziny Rada była w komplecie. Nawet chory Panow zwlókł się z łoża. Wysłuchawszy opowiadania Beniowskiego, on pierwszy szepnął z rozgorzałemi oczyma:
— Zbadać i... śmierć!
— Śmierć!... — powtórzyli inni.
Rzucono losy, sprowadzono oskarżonego, który drżąc z przerażenia, odrazu się przyznał. Wkrótce czterech uzbrojonych w muszkiety ludzi uprowadziło w las związanego i bladego, jak ścielące się wokoło śniegi, winowajcę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.