Bankructwo małego Dżeka/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Są jeszcze na świecie kraje, gdzie dzieci do szkół nie chodzą. Dzieci są tam bardzo nieszczęśliwe, i tak samo bogate, jak biedne. Biedne muszą pracować, ale za słabe i nie umieją jeszcze. Więc co one mogą zarobić? A że nie umieją, więc zrobią nie tak, jak trzeba, to krzyczą na nie, złoszczą się i biją. A znów bogate nudzą się, nie wiedzą, co cały dzień robić. Nawet na spacer nie codzień wychodzą: a to deszcz, a to niema kto z niemi wyjść, a samych nie puszczają, że je samochód albo tramwaj przejedzie. Z nudów wszędzie włażą, to znów je wyganiają. Ciągle słyszą: »nie przeszkadzaj i nie nudź«. Niema z kim porozmawiać, ani się o co zapytać, ani z kim bawić.
W szkole są koledzy, i na ulicy w drodze tyle się widzi różnych ciekawych rzeczy: to się koń przewróci, to tramwaj się wykolei, to pogrzeb z wojskową muzyką, to bójka albo pijany, to milicjant prowadzi złodzieja albo hycel psy łapie. Widzi się rowery, ogłoszenia na słupach, co grają w cyrku, piękne obrazy kinematografów.
I wesoła przerwa na podwórzu, zabawa, albo nowiny różne; jeden powie to, drugi to.
No i lekcje czasami też są ciekawe. Bo ktoś dokazuje, i pani go wyrzuca. Albo coś pani opowie albo przeczyta. Nawet jak jest trudna lekcja, trudne zadanie, dyktando albo wypracowanie, przyjemnie się pomordować. I przyjemnie, jak coś wiedzieć, i pani się pyta: »kto wie?«, albo jak się umie, i pani wywoła.
Są i w szkole przykrości, że czasem się ktoś przyczepi, albo dokucza, albo o coś posądzają, a to nieprawda. Albo pani się gniewa. A już najgorzej, jeżeli niesprawiedliwie.
No, ale jak szkoły niema, zapomina się co nieprzyjemne, i zaczyna się nudzić. Bo przyjemna niedziela, że się jeden dzień nie idzie, ale w święta, jeżeli długo trwają, już się potem zaczyna przykrzyć.
Najważniejsze, żeby ułożyć plan, co się przez cały dzień będzie robiło. I Dżek taki plan ułożył. Jak wstanie, pomoże w gospodarstwie, żeby mama się tak nie męczyła. Dżek umie obierać kartofle, nie bardzo prędko, ale cienko obiera. Lubi zamiatać pod łóżkiem, pod szafą, bardzo lubi z szafy kurz wycierać. Najlepiej lubi roboty, kiedy trzeba zrobić coś wysoko albo odsuwać ciężkie rzeczy, naprzykład kosz, komodę, wyjmować z szafy naczynia.
Potem Dżek będzie wychodził z Mary. Biedna Mary nawet do ochronki nie chodzi i bardzo się nudzi. Tak czeka na powrót Dżeka ze szkoły, a Dżek nie zawsze ma czas i ochotę z nią się bawić. Podczas świąt, zupełnie co innego. Tak, codzień będzie z nią wychodził. Tylko Mary koniecznie musi się przedtem załatwić, bo jak mama się pyta, czy potrzebuje, zawsze mówi — »nie«, a potem na ulicy, Dżek nie wie, co robić. Raz nawet stróż skrzyczał go, że strach, kiedy wszedł z Mary do bramy.
Później będzie się uczył. Musi cały kajet bez błędu starannie przepisać, i nauczy się nietylko jednego wiersza, ale jeszcze. I to będzie niespodzianka dla pani. Dżek myślał nawet laurkę dla pani napisać, ale się bał, że powiedzą, że lizuch.
Oprócz dwóch wizyt z rodzicami, Dżek był na dwóch wizytach sam, a na jednej z Mary.
Bo kiedy szedł z Mary, spotkała go matka Pennella. Zaczęła prosić, żeby odwiedził Williama i koniecznie z Mary. Dżek jakoś niebardzo chciał, ale matka Pennella mówi:
— Widzisz, moje dwa dolary przyniosły ci szczęście. Musisz przecie opowiedzieć, jak to się stało.
Matka Pennella ma słuszność, i Dżek poszedł z Mary. Zabrał wszystkie rachunki i dwa dolary, bo może już nie chce, więc Dżek może zwrócić.
Miss Pennell przejrzała rachunki i pokazała mężowi:
— No, — patrz tylko, jaki to mądry chłopiec. I nikt mu nie pomagał. Mój Boże, o cztery miesiące młodszy od naszego Williamka. Co to za głowa — co za głowa... Ale ty pewnie jesteś najmądrzejszy z całej klasy? Przecież nie wszyscy są tacy, jak ty. No, patrz, Willi, czy tybyś coś podobnego potrafił?
Mister Pennell uważnie przejrzał rachunki i pokazał Dżekowi dwa błędy: jeden gramatyczny i jeden w dodawaniu.
— Omyliłeś się tu o trzy centy. No, a czy ci kasa się zgadza?
— Nie rozumiem, o co pan się mnie pyta, — odpowiedział trochę zawstydzony Dżek.
— Bo widzisz: powinieneś mieć akurat tyle pieniędzy w kieszeni, to jest w kasie, no w pudełku, czy w skarbonce, ile tu w kajecie wyliczyłeś. Jeżeli masz, to znaczy, że ci się kasa zgadza, że się nie pomyliłeś.
— A dajże chłopczynie spokój — mówi miss Pennell. — Zgadza mu się wszystko; co się tam ma nie zgadzać. Pierwszy raz w życiu widzę takie genialne dziecko. Albo porozmawiaj z Mary. Jak ona wszystko wie. Wie, gdzie mieszka, wie, ile ma lat. Można z nią mówić, jak z dorosłą osobą. Weź Mary, jeszcze pierniczek. Może ci jajko ugotować, to i Williamek dla towarzystwa zje. Prawda? I jaki to mały grubas. Chodź Mary, zobaczysz fotografję dzidziusia.
William pokazał Dżekowi zabawki i nawet chciał darować, ale Dżek nie wziął. Tylko Mary dostała lokomotywę i dwa wagoniki. I aż cztery razy Dżek prosił, że musi iść do domu, bo go miss Pennell nie chciała puścić. A jeszcze wsypała im do kieszeni orzechy i herbatniki. I ani słyszeć nie chce o dwóch dolarach. Ciągle tylko mówi, że Dżek ją obraża, i sama zapięła Mary wszystkie guziki przy palcie. I bardzo mokro pocałowała Dżeka i Mary.
Mary na schodach wyciera buzię rękawem, a Dżek myśli:
— Pan Pennell mądry, pani Pennell dobra, a szkoda, że William jest gamajda.
Druga świąteczna wizyta była u mister Tafta. Tu Dżek czuł się swobodnie. Matka jak zwykle, leżała, a mister Taft pił z Dżekiem kawę, i rozmawiali o różnych finansowych sprawach.
— Wiesz, Dżek, twój imiennik był u mnie.
— Kto taki?
— No, Dżek Dale, hurtownik, który ci tyle rzeczy podarował.
— Nie mnie, tylko kooperatywie, i nie podarował, tylko tanio sprzedał. Więc był u pana mister Dale? Dlatego pewnie zapisał wtedy w notesie, żeby nie zapomnieć. Nie wiedział wcale, że pana matka chora.
Mister Taft pokiwał głową.
— Tak, tak, mój Dżeku, są ludzie, którzy wiedzą tylko, co im potrzebne i pamiętają tylko, co im przynosi korzyść. Lat temu 20 ten sam Dżek Dale, który przyjechał teraz do mnie własnym samochodem i to najgorszym ze swoich trzech samochodów, tak, 20 lat temu był u mnie chłopakiem w sklepie i tak samo pił kawę, jak ty teraz pijesz. Tylko wtedy kawę gotowała moja biedna mama.
Mister Taft głośno wytarł nos, a w oczach miał łzy.
— A jak ty, mój Dżeku, za 20 lat będziesz miał samochód, to mnie już nie będzie na świecie.
I Taft opowiedział Dżekowi długą historję, jak z małego chłopca na posyłki może się zrobić bogacz.
— Ja go nauczyłem, jak być kupcem. Dobrą miał u mnie szkołę. Kiedy już sam zaczął pracować, przychodził zawsze się radzić. Czasem posłuchał, czasem nie. A potem mówił: »ile razy posłucham pana, mister Taft, zawsze dobrze na tem wychodzę«.
Dżek bardzo chciał się zapytać, dlaczego mister Taft, który nauczył Dżeka Dale, jak zostać bogaczem, sam jest tak biedny. Bo dawniej Dżek myślał, że każdy, kto ma sklep i tyle różnych rzeczy, jest okropnie bogaty. Ale teraz wie, że nie. Kupiec musi też za wszystko płacić i troszkę tylko zarabia. A nawet nie wszystko, co ma w sklepie, jest jego własnością, bo często hurtownik daje na kredyt, a potem żąda pieniędzy. Właśnie dlatego sklep na rogu zbankrutował wtedy.
Dżek chciał się zapytać, dlaczego Dale bogaty, a mister Taft biedny, ale się wstydził.
No i trzecia wizyta Dżeka była u woźnego szkoły. Bo jak rozdał laurki, woźny go do siebie zaprosił.
A to tak było.
Trzydziestego pierwszego grudnia o dwunastej Dżek przyszedł do szkoły. Tak było cicho i pusto i jakoś dziwnie. Właściwie Dżek przyszedł o wpół do dwunastej i dobrze zrobił, bo już Sill i Gaston czekali przed bramą. Sill zaraz wziął laurkę i różową wstążeczkę i poszedł, a Gaston został, bo i jemu podobała się szkoła, że pusta i cicha. Chciał nawet wyjść na korytarz i zawołać: »hop-hop«, czy będzie echo. Ale Dżek nie pozwolił, bo woźny może się gniewać.
Dziewczynki bardzo się cieszyły, że dostały wstążkę do przewiązania, i wogóle wszyscy byli zadowoleni. Chłopcy umawiali się, jak laurkę dadzą rodzicom. Każdy myślał inaczej.
Jeden mówi:
— Ja zaczekam, aż zasną, i położę na stołeczku przy łóżku.
Drugi mówi:
— Ja dam dopiero, jak wrócimy z kościoła.
Fil mówi:
— A ja wezmę do łóżka patelnię i o dwunastej huknę kijem na wiwat, jak w bęben. I dopiero dam.
Wszyscy się śmieją. Jest wielu, którzy się nie położą wcale.
— Przez całą noc? — pyta ktoś nieufnie.
— A no, co ważnego. Bo to jedną noc nie spałem, jak są goście.
I dopiero opowiadania o świętach, o gościach. I tak trwa godzinę. Jedni odchodzą, drudzy spóźnieni przychodzą.
— Tak leciałem; myślałem, że nie dostanę.
No i coraz mniej, coraz mniej. Aż został Dżek i Parkins. Parkins pomógł Dżekowi wytrzeć schody, bo trochę się zabłociły, i poszedł także. A w szafie zostały się tylko cztery laurki: Dżeka, brudasa Dżona, Warda i Nelly.
Dlaczego Nelly nie przyszła? Dżek bardzo chciał ją zobaczyć. Weszłaby w białym płaszczyku i białej czapeczce z pomponikiem. Płaszczyk Nelly wisi na trzecim kołku w środkowym rzędzie. Raz ktoś jej zrzucił czapeczkę, Dżek był akurat w szatni, więc wziął i powiesił. A pani woźna powiedziała:
— Zaraz poznać porządne dziecko. Inny sam zrzuci i nie podniesie.
I kiedy Dżek stoi przy oknie i myśli, woźny go do siebie zawołał.
— Długo będziesz czekał? Już więcej nie przyjdą: może wyjechali na święta. A ty zmarzłeś, bo się w święta nie pali w piecach.
I tu tak samo: zupełnie inny jest mister Taft, kiedy ktoś go nie zna i wejdzie tylko coś kupić, a zupełnie inny w pokoju ze swoją starą matką. Zupełnie inny jest woźny, kiedy dzwoni na schodach, albo chodzi po korytarzu i gderze na chłopców, a zupełnie inny w mieszkaniu. Zupełnie jak rozmaici ludzie, niepodobni do siebie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.