Bankructwo małego Dżeka/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Komisja Rewizyjna napisała w kajecie z rachunkami Dżeka:
»Komisja Rewizyjna przejrzała kwity kooperatywy, obliczyła kasę, sprawdziła rachunki. I znalazła wszystko w zupełnym porządku. Komisja w imieniu kooperatywy trzeciego oddziału Dżekowi Fulton składa podziękowanie«.
Podpisali się: Harry Passon, Dżems, Fanny, Ella i pani.
Dżek był bardzo zadowolony. Ale w życiu nigdy razem wszystko się nie udaje. Stanie się coś przyjemnego, a potem zaraz zmartwienie. Jedno dobre, drugie złe. Za jedno pochwalą, za drugie się gniewają. I szkoda, że się nie udało i dobrze, że się można przynajmniej pocieszyć.
Więc tego samego dnia, kiedy komisja rewizyjna podziękowała, że dobrze prowadził rachunki, było akurat zadanie klasowe, którego Dżek nie umiał rozwiązać. A nazajutrz miał jeszcze jedno, zupełnie inne zmartwienie: Nelly umarł ojciec.
Dżek nie wiedział, dlaczego Nelly nie przychodzi i codzień szukał w szatni na wieszaku białego płaszczyka. Kołek był pusty przez cztery dni, a piątego dnia zobaczył Dżek czarny paltocik i kapelusz z krepą. Nie domyślił się odrazu, ale tak jakby się przestraszył. Prędko biegnie po schodach i zaraz widzi Nelly, ale w żałobie. Koło Nelly stały dziewczynki i rozmawiały. Dżek usiadł na swojej ławce, wyjmuje książki z teczki, ale nie wie, co robić.
Doszła do niego Doris.
— Wiesz, Dżek, Nelly umarł ojciec.
— No więc co, że umarł? — mówi Dżek i układa książki, a w gardle tak mu jest jakoś, że trudno oddychać.
— Na suchoty umarł. Nelly cały rok będzie chodziła w żałobie. Na wsi umarł. Nelly też była na wsi. Dopiero wczoraj przyjechała ze swoją mamą.
Teraz Dżek wie wszystko. I na szczęście jest dzwonek, i pani weszła, i zaczęła się lekcja.
Pani pocałowała Nelly. I było bardzo spokojnie. Dopiero przed samym dzwonkiem Sanders pokłócił się z Pittem, i pani postawiła Pitta do kąta. I dopiero na trzeciej przerwie Nelly pierwsza doszła do Dżeka.
— Nie mogłam być przed świętami, — mówi Nelly.
— Wiem. I laurki nie wzięłaś.
— Teraz już mi niepotrzebna, — mówi Nelly.
— No, tak. — mówi Dżek. — Dżon i Ward też nie wzięli.
— Dlaczego?
— Dżon zapomniał, a Ward był chory. Czy chcesz zobaczyć szafę?
— Dobrze.
Dżek pokazał Nelly, jak wszystko jest ułożone.
— No, już wyjdźcie, — powiedział dyżurny.
I wyszli razem.
— Chcesz, żebym z tobą poszedł po szkole? — zapytał się Dżek.
— Dobrze, — powiedziała Nelly.
I Dżek żałuje, że się zapytał. Bo właściwie chłopcy wracają do domu z chłopcami, a dziewczynki z dziewczynkami. Chyba, że jego siostra albo kuzynka. Jedna tylko Betty goni się z chłopakami na ulicy i nic sobie z niczego nie robi.
Więc po lekcjach wyszli razem, i okazało się, że Dżek przechodzi obok domu, gdzie Nelly mieszka. Bo można skręcić w pierwszą albo w drugą ulicę — i wcale nie jest dalej.
Na drodze już zaczęli rozmawiać naprawdę.
Więc brat Nelly został u dziadków na wsi, a do nich sprowadzi się ciotka, która będzie szyła razem z mamusią. Mama sprzedała orzechową szafę i tokarnię. Ojciec już dawno kasłał. Jak Nelly siedziała z mamą przy ojcu, kiedy ojciec był bardzo chory, Nelly opowiadała o Dżeku. I mama powiedziała:
— Chciałabym go poznać.
Jeżeli Dżek chce, może wstąpić na górę: zobaczy ich mieszkanie.
Dżek wszedł na górę.
Mama Nelly bardzo się ucieszyła, że przyszedł.
— Bardzo dobrze, mój Dżeku, że zamiast się bawić, poświęcasz wolny czas pracy dla dobra kolegów. Mój mąż, tatuś Nelly, dopóki był zdrów, też pracował w bibljotece związkowej. Raz urządził teatr, raz koncert, to znów wycieczkę. A cały dochód, cały zarobek, szedł na zakup książek. A chociaż od trzech lat wcale nie pracował, związek dowiedział się o jego śmierci i przysłał na pogrzeb delegata z wieńcem.
I mama Nelly pokazała Dżekowi wstęgę z napisem:
»Bibljotekarzowi Związku w hołdzie za trudy«.
Potem pokazała jeszcze inne pamiątki po zmarłym.
— O, widzisz, w tej teczce trzymał wszystkie rachunki, różne papiery...
— Dla komisji rewizyjnej, — powiedział Dżek.
— Właśnie. A ty skąd wiesz o tem?
Dżek żałował, że nie ma akurat przy sobie zeszytu, ale obiecał, że przyniesie i pokaże.
Potem Dżek powiedział, że już musi iść, i wcale go nie zatrzymywali. Tylko matka Nelly powiedziała:
— Nie zapominaj o nas. Nelly będzie teraz smutno bez brata, chociaż się czasem czubili.
I uśmiechnęła się, ale zupełnie tak samo, jak Nelly.
Dżek opowiedział w domu, gdzie był, i mama obiecała, że może odda do szycia matce Nelly, jeżeli coś będzie potrzeba.
A w sobotę odbyło się na ostatniej lekcji posiedzenie kooperatywy i bibljoteki. Pani miała być także, ale się spieszyła i nie przyszła.
Fil niemożliwie się zachowywał. Tak błaznował, że wreszcie Dżek zniecierpliwiony powiedział:
— Jeżeli Fil nie wyjdzie z klasy, nie chcę prowadzić posiedzenia.
Bo kasa kooperatywy, już po zakupieniu nowych zeszytów i stalówek, ma cztery dolary i sześćdziesiąt centów, więc Dżek nie wie, co chcą, żeby kupić.
— Sznapsa — woła Fil. — Dla każdego funt kadryla i pączki, bo teraz karnawał.
Głupi taki, że nie wiem. Zaczynają się śmiać i kłócić, ile kto może zjeść kiełbasy.
— Załóż się, — wrzeszczy Fil na cały głos — że sam jeden zjem dwadzieścia serdelków.
— Co to za posiedzenie!
— Zobaczycie, że przyjdzie kierownik, jak będziecie hałasowali.
A kierownik akurat ma lekcję w sąsiedniej klasie.
Dwoje stoi przy tablicy i maże.
— Idźcie na miejsce, — prosi Dżek.
— A co będziemy szli? Niech się naprzód uspokoją, to pójdziemy.
Zaczynają się przesiadać z jednej ławki na drugą.
Jedne ławki puste, a na drugich pchają się po czworo, kłócą się i robią sery (to znaczy spychają).
— Zobaczycie, atrament wylejecie.
No i rozumie się, wyleli.
— No, już dosyć, — woła Iim. — Niech każdy siądzie na swoje miejsce.
— Posiedzenie, to nie lekcja. Każdy może siedzieć, gdzie chce, — mówi Adams.
— Ale tylko po dwoje.
— A po troje nie pozwolisz? Tak cieplej.
Ledwo się troszkę uspokoiło, znów Adams usiadł koło Czarli, a Sidney nie chce. Znów kłótnia, znów hałas.
— Dżems, opowiedz nam bajkę, — nagle zawołał Fil, ale takim płaczącym tonem, że nie można się nie śmiać.
— Fil, wyjdź w tej chwili z klasy, — mówi Dżek, już tak rozłoszczony, że łzy ma w oczach.
Fil wychodzi. Cisza. Nagle staje przy drzwiach i zaczyna:
— Dżek, druhu mój miły. Mnie wypędzasz, mnie, któryby życie za ciebie poświęcił? O, niewdzięczniku, patrz: serce mi pękło z bólu.
I przewraca się koło drzwi, niby że umarł.
Ale już klasa ma naprawdę dosyć.
— Fil, przestań.
— Już dosyć.
— Wszystko pani powiem.
— Chodźmy do domu.
— Jak jakie szczeniaki.
Teraz już się naprawdę uspokoiło. Każdy usiadł na miejscu.
— Cztery dolary i 60 centów. Jeszcze są winni 54 centy i nie oddają. Horton nic bez pieniędzy nie daje.
— Bo Hortona i tak wyrzucili.
Nieprawda: Hortona nie wyrzucili, ale siódmy oddział jest z niego niezadowolony. Bo jeżeli w trzecim oddziele Dżek Fulton tyle zrobił w ciągu trzech miesięcy, to przecież siódmy oddział przez rok mógł więcej zrobić.
— Nasza kooperatywa śpi, — powiedział jeden na posiedzeniu siódmego oddziału.
Wspomnienie o siódmym oddziele jeszcze bardziej uspokoiło wszystkich. Fil krzyknął:
— Niech żyje trzeci oddział!
Ale to nie przeszkodziło. Przeciwnie.
Zaczęli radzić, czy kooperatywa ma dawać bez pieniędzy, czy nie.
— A co robić, jak kto akurat nie ma?
— A w sklepie musi mieć.
Więc kooperatywa będzie wydawała, ale trzeba na drugi dzień przynieść. A kto się spóźni, albo nie odda, ten już nic nigdy na kredyt nie dostanie.
No, dobrze. A teraz, co kupić?
Pani prosiła, żeby nie kupować bez jej wiedzy. Na podarunki gwiazdkowe pani się zgodziła, bo już było zapóźno, kiedy Dżek kupił; ale w kooperatywie szkolnej powinno być tylko, co potrzebne do szkoły.
— Co pani szkodzi? — odzywa się Harry.
— A jak my chcemy? To przecie nasze pieniądze.
— A jak pani nie pozwoli w szafie trzymać, co wtedy zrobimy? — pyta się Dżek.
Dżek sam nie jest zadowolony, że nie wolno, ale nic nie mówi. Niech wszyscy poproszą, to pani zobaczy, że wszyscy.
— Bo jabym kupił futball.
— A ja łyżwy.
— Wszystko chcą tylko dla siebie, — powiedziała jedna z dziewczynek.
— A wam może wstążki kupić?
— No więc coby się stało takiego? Jak mamy długie włosy, to musimy mieć wstążki.
— Widziałem na wystawie książkę: »Jak zrobić domowy telefon« — mówi Dżems.
— A ja »o windzie«.
— W naszej czytelni mało jest powieści historycznych, — mówi Harry.
— Tak, tak, — dodał Dżems. — Podobno śliczna jest tłumaczona z polskiego powieść historyczna: »Ogniem i mieczem«.
— I »Galernik«, tłumaczona z francuskiego.
Więc postanowiono prosić, żeby pani pozwoliła kupić dwie pary łyżew, futball dla chłopców, dużą piłkę ręczną dla dziewczynek, i żeby każdy napisał, jakie chce najbardziej książki, żeby były w bibljoteczce.
Ponieważ do dzwonka zostało 20 minut, Dżems opowiedział śliczną bajkę, a właściwie nie bajkę, tylko książkę, którą czytał, — o człowieku, którego wychowała w lasach małpa. Dżems nie zdążył skończyć, wiec na przyszły tydzień po posiedzeniu, już zupełnie dokończy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.