Balzak/4. Pierwsze tryumfy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Balzak
Data wydania 1934
Wydawnictwo Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

4. PIERWSZE TRYUMFY

Zostawiając swoją drukarnię, swoje długi i ich likwidację, Balzac ucieka do Bretanji, gdzie znajduje gościnę u generała de Pommereul, którego ojciec zaprzyjaźniony był z jego ojcem. Nie o sam spokój do pracy mu chodziło. Bretanja była terenem, gdzie rozgrywały się sprawy, które miał wskrzesić piórem. Bo Balzac powziął zamiar napisania powieści Ostatni Szuan czyli Bretania w roku 1800, na tle rojalistycznej partyzantki przeciw zwycięskiej rewolucji. Balzac, którego dziedziną miała być współczesność, tu rzuca się w przeszłość, ale przeszłość żywą jeszcze i bliską. Jako rodzaj literacki, była ta powieść z ducha Walter Scotta, którego Balzac tak podziwiał: pokazać grę namiętności i prawdę historji, ale uczynić to na tle autentycznem.
Przybywa do państwa de Pommereul prawie tak jak stał, w jednem przykusem ubraniu, bez bielizny, w jakimś straszliwym kapeluszu, którego wspomnienie baronowa na długo miała zachować. Ale zachowała i wspomnienie jego oczu: „Skoro zdjął kapelusz — pisze dobra staruszka, opisując tę wizytę — wszystko inne znikło: widziałam już tylko tę głowę. Kto go nie widział, nie może sobie wyobrazić tego czoła i tych oczu: wielkie czoło na którem grał niby refleks światła, i ciemne oczy pełne złota, które mówiły wszystko równie wyraźnie jak słowa... Był bardzo zgłodniały, pożerał co mu dano; był zarazem tak prosty, szczery, miły, że niepodobna go było nie polubić“...
Balzac pilnie bada teren, rozgaduje starych ludzi z okolicy, obserwuje chłopów, nasiąka miejscową gwarą, duchowym klimatem. Pracuje cały dzień, schodzi tylko wieczór do stołu. I, aby — jak mówił — wypłacić się za gościnę, opowiada historje. Często zaczyna tak: „Generale, musiał pan znać w Lille rodzinę X; otóż, zdarzył się w tej rodzinie straszliwy dramat“. I opowiada z takim ogniem, z taką prawdą, że każdyby się wziął na to. Wkońcu, słuchacze, dygocąc z przejęcia, pytają: „Czy to prawda, to wszystko? — Ani słowa prawdy, odpowiadał; to najczystszy Balzac“. I dodawał: „Wszystko to żyje, kocha, cierpi, szamoce się w mojej głowie: ale, jeśli Bóg dozwoli mi życia, wszystko będzie uporządkowane, posegregowane, pomieszczone w książkach, i to kapitalnych książkach...“
Ale i tu, w ciągu tej pracy, miały prześladować Balzaka — dobre rady. Rodzina odrywa go od pisania, przypominając mu, że czas wracać i pomyśleć o czemś „praktycznem“. Niepoprawni! Opuszcza z niechęcią dom, gdzie mu się tworzyło tak dobrze, i wraca do Paryża, aby — kończyć swoje dzieło.
Książka Szuanie (tak brzmi ostateczny jej tytuł) ukazała się w r. 1829. Zyskała wielkie powodzenie. Historja ujęta tak żywo i przeobrażona w powieść była w piśmiennictwie francuskiem czemś nieznanem, stwarzała nowy rodzaj. Wojna domowa w całym realizmie okrucieństw i romantyzmie poświęceń; krótkie spięcia miłości wśród błyskawic dziejowych, i wreszcie ten ulubiony motyw Romantyzmu: „nierządnica odkupiona przez miłość“.
Była to pierwsza książka, którą Balzac uznał za godną aby jej dać swoje nazwisko: nazwisko to znalazło się na wszystkich ustach. Przydaje mu rozgłosu Fizjologja małżeństwa, która ukazała się w grudniu tegoż roku. Dość nierówna naogół ale zuchwała i nowa, iskrząca się, mimo rozwlekłości, werwą i mądrym dowcipem, zwiastuje inne znowuż strony przyszłego autora Komedji ludzkiej, przez swą bystrą obserwację, zdolność dramatyzowania zdarzeń, przez swoje „materjalistyczne pojmowanie zjawisk“. W dwóch słowach tytułu jest cały Balzac: zarazem każde z nich jest małą rewolucją. Fizjologja — ten naukowy termin w stosunku do rzeczy, której pojęcie zdawało się leżeć tak bardzo poza obrębem nauki; to konkretne, brutalne niemal słowo, w stosunku do spraw, które dotąd w literaturze były rozważane jedynie z punktu „harmonji dusz“... A drugie słowo: małżeństwa... — też nieoczekiwany termin. Kto w literaturze przed Balzakiem zajmował się serjo małżeństwem? Miłością, — owszem; ale małżeństwem?... Gdy się kochankowie pobrali, był koniec powieści. A przecież wtedy zaczyna się najczęściej dopiero powieść życia, zwłaszcza dla kobiety. Balzac pierwszy zrozumiał i oddał władzę dnia powszedniego. Wiele wreszcie rozważań tej książki spotyka się z poglądami najbardziej dzisiejszych reformatorów małżeństwa, jak Russel i i.
Odtąd Balzac wchodzi w życie literackie. Korzysta z chwili, pisze i drukuje mnóstwo. Ale jeszcze się rozprasza, rozrzuca się w mnóstwie artykułów, szkiców, drukowanych po różnych pismach. W roku 1830, oprócz paru niewielkich opowiadań, które wtopi później w Komedję Ludzką (Podwójna rodzina, Gobseck, i i.), bibljografja balzakowska notuje przeszło sto pozycyj, a mało co mniejsza cyfra przypada na rok 1831. Rozwija niesłychaną ruchliwość: w dzień poluje na wydawców, szturmuje do dzienników, w nocy pisze. Znajduje sobie mieszkanie, które z resztek urządzenia drukarni mebluje z pewnym komfortem, ku zgorszeniu rodziny, krzywo patrzącej na to, że on myśli o komforcie — jakże skromnym wówczas — zanim spłaci długi. „Wyrzucają mi urządzenie mego pokoju; — pisze do siostry — ależ meble, które tam są, miałem przed katastrofą, nie kupiłem nic. To niebieskie perkalikowe obicie, o które jest tyle krzyku, było w moim gabinecie w drukarni“
Tak, to był przepych bardzo skromny... Niemniej już wówczas objawia się w Balzaku owa namiętność do zbytku, która później tak miała krzyżować jego finansowe rachuby. Kochał się w pięknych meblach, bibelotach, gracikach, w starych obrazach. Galerja opisana w Kuzynie Ponsie, to jego własna. Pokój z Dziewczyny o złotych oczach — ów półkolisty salon czerwony ze złotem — to był jego własny salon, ale obok tego salonu znajdowała się mała izdebka z żelaznem łóżkiem i prostym stołem — cela do pracy.
Ale to miało przyjść dopiero później. Na razie, największą urodą jego mieszkania był widok na kopułę gmachu Inwalidów. To zapładniało wyobraźnię Balzaka, który przez całe życie, ze swoim wmówionym trochę „legitymizmem“, łączył bardzo żywy kult Cesarza. Na biurku ustawił sobie rodzaj ołtarzyka z popiersiem Napoleona, pod którem był ten napis: „Co on rozpoczął szablą, ja dokończę piórem“. I w istocie można powiedzieć, że Balzac zdemokratyzował literaturę jak Napoleon Francję, zorganizował piórem nowe społeczeństwo, zaniósł myśl francuską do Europy. I dzieło jego miało być trwalsze...
I tu również — w świecie napoleońskim — przewodniczką Balzaka była kobieta. W dobie pierwszych prób literackich, zbliżył się z księżną d’Abrantès, wdową po marszałku Junot, jednym z bohaterów napoleońskich, która, po fantastycznych kolejach życia, roztrwoniwszy wiele miljonów, nękana — jak Balzac — przez komorników i wierzycieli, szukała ratunku w literaturze. Balzac ułatwiał jej stosunki z wydawcami, pomagał jej lokować powieści, wreszcie zawarł w jej imieniu transakcję o słynne pamiętniki księżnej, za które uzyskał dla niej sumę 70.000 franków. Ale napoleońska księżna była istnym dziurawym workiem; w parę lat potem umarła w pokoju bez mebli, w ostatecznej nędzy, zostając winna aptekarzowi dwieście franków za opium.
Na razie, wtajemniczała go w kulisy Cesarstwa, które znała na wylot. Kobieta, która znała Napoleona młodzieńcem! Kobieta, która odtrąciła zaloty Cesarza, o którą Napoleon był zazdrosny, o której łaski rywalizował neszczęśliwie z Metternichem, cóż za żywa karta historji! „Jest dla mnie niby błogosławiony, któryby usiadł koło mnie, spędziwszy żywot w niebie w pobliżu Boga“, pisał o niej Balzac.
Ale, obok karty historji, była i prawdziwa kobieta. Znów kobieta „trzydziestoletnia“, którą sportretował potrosze jako panią d’Aiglemont w powieści pod tym tytułem. A syn jej, Napoleon d’Abrantès, pozował znowuż Balzakowi do owych świetnych rozbitków Cesarstwa, którzy szalonem i hulaszczem życiem zakładali swój protest przeciw skarlałej epoce.
Kiedy się przegląda bibliografję Balzaka z owej doby, ma się wrażenie, że on — przy pozornem rozproszeniu — bezwiednie gromadzi cegły do gmachu, który zacznie niebawem budować. Wszystko go interesuje: strój, moda, polityka, obyczaje, medycyna, salony. Takie tytuły jak „Fizjologja cygara“, albo „Studjum obyczajów zapomocą rękawiczek“ przypominają pasję teoryj, jaką odziedziczył po ojcu, ale zarazem świadczą o owem zainteresowaniu techniką życia, jego drobiazgami nawet, które Balzac potrafi zespolić z rzeczami największemi. Zarazem pisze bystre artykuły polityczne, jest niemal redaktorem pisma Caricature, współpracownikiem pisma La Mode, zakłada z paru innymi publicystami Felieton dzienników politycznych. Wszystko razem, to są tysiące stronic, które nigdy nie weszły do jego dzieła.
W roku 1831 pojawiły się pierwsze fragmenty Kobiety trzydziestoletniej. Tytuł ten, mimo że się pod nim kryje jedna ze słabszych jego powieści, miał przylgnąć do nazwiska Balzaka. I słusznie poniekąd, bo ten tytuł to też jego odkrycie; to niemal program. Przed Balzakiem, kobieta wogóle nie ma wieku. „Kochanka“ jest z obowiązku młoda i piękna, natomiast matka dorosłej córki ma lat sześćdziesiąt, a raczej jest wogóle poza wiekiem. I kocha swoją córkę. Królowa Nawary, autorka Heptameronu, mawiała, że „po trzydziestce kobieta powinna zmienić przydomek piękna na dobra“. Klasyczną heroiną powieści była szesnastoletnia dziewica. Rozdźwięk między literaturą a życiem stał się nazbyt rażący.
Przyczyny tej ewolucji (poza rozwojem kosmetyki i higieny) są rozmaite. Przedewszystkiem, trzeba powiedzieć, że literatura żyje w znacznej mierze konwencją, konwencja ta zaś szła do Francji przeważnie z Włoch i Hiszpanji, owej kolebki literatury pięknej, gdzie, jak wiadomo, kobieta wcześniej dojrzewa i wcześniej przekwita, gdzie w miłości dominuje jej prosty zmysłowy wyraz. Balzac pierwszy ustalił, że, w naszym klimacie i naszych obyczajach, trzydzieści lat — a pojmował tę trzydziestkę bardzo elastycznie — jest wiekiem, w którym kobieta osiąga pełnię swego wdzięku i swojej indywidualności, że dopiero w tym wieku zaczyna być niebezpieczna...
Odgrywał tu też zapewne rolę inny czynnik, niezmiernie z pewnością szlachetny i ważny, mianowicie przesunięcie w znacznej mierze wartości miłosnych ze sfery fizycznej na duchową, na intelektualną. Czyż tem, czem była dla Balzaka pani de Berny, kochanką, przyjaciółką, powiernicą, pomocnicą jego prac, mogła być szesnastoletnia lub dwudziestoletnia dziewczyna? „Jedynie ostatnia miłość kobiety może nasycić pierwszą miłość mężczyzny“, powiada w którymś z utworów Balzac, zapewne przez wspomnienie swojej pierwszej miłości.
Nie znaczy to oczywiście, aby kobiety dorosłe z używaniem czy nadużywaniem swoich praw do życia czekały na Balzaka; ale on ulegalizował je niejako w literaturze, dał im tytuły poezji, zdjął z nich cień śmieszności. Porównajmy to z Roussem, który panią de Warens odważył się uczynić bohaterką jedynie swej pośmiertnej spowiedzi, a kobietę trzydziestoletnią, panią d’Houdetot, czuł się w obowiązku przetransponować na konwenjonalną Julję z Nowej Heloizy. U Balzaka kobieta — i każda kobieta — znajdowała całą siebie, wszystkie swoje najtajniejsze wzruszenia, słabości, wszystkie niezwierzone nikomu niedole, i to bez żadnych obsłonek, bez żadnych literackich transpozycyj, wydarte wprost z serca.
Przydomek „autora Kobiety trzydziestoletniej“ miał też na długo przesłonić istotną fizjognomję Balzaka, pełnię jego dzieła, którego bynajmniej nie zamierzał zdrobnić do spraw kobiety i miłości. Wystarczy zestawić tytuły: zaczął od wielkiego historycznego fresku, tuż potem miał dać Ludwika Lambert, surową historję genjalnej myśli pomieszczonej w zbyt kruchem ludzkiem naczyniu. A między temi dwoma utworami, powstał Jaszczur (1831), pełna polotu synteza życia i śmierci.
Wśród tych prac i tryumfów zagarnia Balzaka życie światowe. O czem napróżno marzył biedny chłopiec na poddaszu przy ulicy Lediguières, tego ma teraz do syta. Otacza go sława, zaczynają się nim interesować salony. Ten nieduży krępy człowiek o wspaniałych oczach, mówiący niezmęczenie, improwizujący świetne diatryby na wszystkie tematy, staje się jedną z osobliwości Paryża. Wielki poeta Lamartine, który dotąd prawie że nie znał utworów Balzaka, spotyka go u pani de Girardin. Uderzony jest tem zjawiskiem: „Stał przed kominkiem. Nie był wysoki, mimo że promieniowanie jego twarzy i ruchliwość postaci nie pozwoliły zdać sobie sprawy z jego wzrostu: ta postać mieniła się tak jak jego myśl. Zdawało się, że jest jakby przestrzeń pomiędzy nim a podłogą; to schylał się aż do ziemi jakgdyby poto aby podnieść snop myśli, to prężył się na końcach palców, aby biec za lotem swej wyobraźni w nieskończoność. Nie przerwał sobie dla mnie ani na chwilę; rzucił mi spojrzenie szybkie, urocze, życzliwe. Zbliżyłem się aby mu uścisnąć rękę; uczułem, że się rozumiemy bez słów. Był jakby puszczony w ruch, nie miał czasu się zatrzymać. Usiadłem, a on ciągnął swój monolog, jakgdyby moja obecność podnieciła go, zamiast mu przerwać...“
Tworzy się już wtedy legenda balzakowska, którą zresztą on sam podtrzymuje. Niepokoi, interesuje, wszyscy spodziewają się po nim czegoś wielkiego, choć nie odgadują dokąd on zmierza.
W istocie, są w nim wszystkie możliwości. Bo ten „spowiednik kobiecego serca“ żywi w owym czasie ambicje polityczne, rozbudzone rewolucją roku 1830. Zostać posłem, potem ministrem... Szczęściem dla literatury, nigdy ambicje te nie zostały spełnione. Zużył je w swojem dziele; obdzielił tą pasją polityczną kilku swoich bohaterów; głębokiego i prawego d’Artheza, szarlatana literacko-politycznego Natana, sceptyka Blondet, aferzystę Maksyma de Trailles, i tylu innych.
Sława młodego pisarza — ma lat zaledwie trzydzieści dwa! — wybiega już poza granice Francji. Goethe, wielki Goethe czytał Jaszczura i raczył się o nim wyrazić z zachwytem. Nakład Ludwika Lambert, którego zlekceważyła Francja, rozchwytano w Niemczech. Ale przedewszystkiem kobiety wszystkich krajów Europy szepcą, że znalazł się nareszcie pisarz, który je zrozumiał, i marzą o nim, i ślą do niego listy...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.