Bajki (La Fontaine)/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jean de La Fontaine
Tytuł Przedmowa
Pochodzenie Bajki
Wydawca Jan Noskowski
Data wydania 1876
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Noskowski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

PRZEDMOWA.

Pobłażanie, z jakiem niektóre moje bajki przyjęte zostały, napełnia mnie nadzieją, że i zbiór niniejszy równej życzliwości dozna. Wprawdzie jeden z naszych mistrzów wymowy zganił zamiar przyoblekania bajek w rymy: mniemał on, że brak wszelkiej ozdoby jest właśnie ich ozdobą największą, a przytem, że pęta poezyi w połączeniu z trudnościami naszego języka, będą mnie krępować w wielu miejscach i staną na przeszkodzie zwięzłości, którą można nazwać duszą bajki, ponieważ bez tego przymiotu musi słabnąć żywość opowiadania. Zdanie takie mógł wypowiedzieć tylko człowiek wytwornego smaku; pragnąłbym jednak, aby choć trochę odeń odstąpiwszy, zechciał uwierzyć, że wdzięk lacedemoński nie jest tak zaciętym wrogiem muzy francuzkiej, aby nie mógł nigdy iść z nią ręka w rękę.
Zresztą, mój zamiar poparły przykłady, nie powiem starożytnych, bo te nie są dla mnie obowiązującemi, ale nowszych pisarzy. Po wszystkie czasy i u wszystkich ludów uprawiających niwę poezyi, bajki były i są udziałem Parnasu. Zaledwie przypisywane Ezopowi opowieści ujrzały światło dzienne, a już Sokrates uznał za rzecz stosowną odziać je w szatę Muzy. Wzmianka jaką o tem czyni Platon, jest tak powabną, że bez wahania ją zamieszczam, jako ozdobę niniejszej przedmowy. Platon powiada, że gdy Sokrates został na śmierć skazany, musiano spełnienie wyroku odłożyć z powodu nadchodzących uroczystości. W dzień ostatni, Cebes przyszedł odwiedzić filozofa. Sokrates rzekł do niego, iż kilkakrotnie otrzymał był we śnie wezwanie od Bogów, aby przed zgonem przykładał się do muzyki. Z początku nie mógł zrozumieć znaczenia tego snu, bo na cóż zda się poświęcać muzyce, gdy ona nie czyni człowieka lepszym? Widocznie więc była w tem jakaś tajemnica, jakaś rzecz nieodgadniona, tembardziej, że Bogowie nie przestawali go zachęcać. Nawet już w dniach uroczystości otrzymał we śnie ponowne zawezwanie. Zastanawiając się przeto, czegoby od niego żądali bogowie, wpadł na myśl, że między muzyką i poezyą tak ścisły istnieje związek, iż może rada Bogów dotyczyła poezyi. Niema dobrej poezyi bez harmonijności, ale niema jej także bez urojenia; a Sokrates tylko prawdę mówić umiał. Nareszcie znalazł drogę właściwą: wybrał baśnie, zawierające w sobie prawdę, co jest właśnie cechą opowieści Ezopa, i ostatnie dni swego życia poświęcił na nadanie im formy poetycznej.
Nie sam tylko Sokrates poczytywał poezyę i bajki za siostrzyce: Fedr dowiódł, ze podziela to zdanie, a doskonałość jego utworów daje nam możność sądzenia o wzmiankowanej pracy księcia filozofów. Po Fedrze, Avienus zajmował się bajkami. Wreszcie, nowożytni pisarze poszli ich śladem: widzimy tego przykłady nietylko u nas, ale i u cudzoziemców. Trzeba wyznać, że w owym czasie, kiedy nasi poeci zatrudniali się tym przedmiotem, język francuzki tak dalece różnił się od dzisiejszego, że można tych bajkopisarzy uważać za cudzoziemców. To wszystko nie odstręczyło mnie od przedsięwzięcia: przeciwnie, pochlebiałem sobie, że jeśli nie wyjdę zwycięzcą ze szranek, to przynajmniej zostanie mi chwała, iż pierwszy ukazałem tę drogę naszym poetom.
Być może, iż praca moja zrodzi w innych chęć pójścia dalej w wytkniętym kierunku. Przedmiot nie jest wcale wyczerpany i można wiele bajek, opuszczonych przezemnie, w poetyczne odziać kształty. Ja wybrałem najlepsze, to jest te, które w rozumieniu mojem były najlepszemi; może pomyliłem się w wyborze, ale nawet tym które przełożyłem, nietrudno będzie nadać inną formę; a im krótszą takowa będzie, tem większe zyska pochwały. Bądź co bądź, zyskałem prawo do względności, czy to dla tego, że śmiałość moja cel osiągnęła i że nie zboczyłem z drogi właściwej, czy też dla tego, że zachęciłem innych, aby lepiej odemnie dokonali dzieła.
Sądzę, że dostatecznie usprawiedliwiłem dążność moją i zamiary: co do wykonania, niechaj publiczność orzecze. Niema w bajkach moich wdzięku ani zwięzłości Fedra; są to przymioty, którym zadość uczynić nie potrafię. Ale nie mogąc go naśladować w tym kierunku, starałem się natomiast urozmaicić treść bardziej, aniżeli on to uczynił. Nie zamyślam przeto ganić jego dosadności: język łaciński nie wymaga więcej, a baczny czytelnik odszuka w tym autorze piętno właściwe talentowi Terencyusza. Wspaniałą jest prostota tych wielkich ludzi: ja, nie posiadając tak udoskonalonego języka jak oni, nie mogę wznieść się do tej wyżyny. Musiałem więc ten niedostatek w inny sposób zastąpić, a czyniłem to tem śmielej, że już Quintylian wyrzekł, iż nawet nadmiar ożywienia nie czyni ujmy opowieści. Nie chodzi tutaj o przytaczanie jakichkolwiek argumentów: dość, że Quintylian tak powiedział. Zastanowiłem się jednak nad tem, że gdy bajki niniejsze będą wszędzie czytane, to nie zaszkodzi, jeśli nadam im cechę nowości za pomocą pewnych wydatnych zarysów. Tego dziś powszechnie żądamy: wesołości i nowości. Nie nazywam wesołością tego, co śmiech pobudza, lecz pewien wdzięk, pewien powab nieokreślony, który można nadać nawet najpoważniejszym przedmiotom.
Wszelako, miarą udatności mojego dzieła powinna być nietyle forma, ile treść i jej użyteczność; bo w apologu znajdujemy wszystko, co stanowi rzeczywistą wartość płodów ludzkiego ducha. Jest to prawda tak niezbita, że wielu starożytnych przyznawało Sokratesowi część znaczną dzieł Ezopa, twierdząc, że z pomiędzy śmiertelników ten tylko mógł być ich twórcą, kto najwięcej miał styczności z Bogami. Nie pojmuję zaiste, dla czego Bogowie sami nie zesłali tych bajek z Nieba, i dla czego nie wyznaczyli osobnego bóstwa, któreby opiekowało się zarówno apologiem, jak poezyą i wymową. To, co tutaj wypowiadam, nie jest pozbawione zasady; ponieważ — jeśli wolno łączyć nasze pojęcia o rzeczach najświętszych z błędami bałwochwalstwa — widzimy wszędzie, że prawda przemawiała do ludzi za pośrednictwem porównań, paraboli; a parabola nie jest niczem innem, jak tylko apologiem, czyli przykładem opartym na baśni, tem łatwiej zrozumiałym i tem bardziej skutecznym, im więcej jest pospolitym i swojskim. Ktoby zażądał, abyśmy naśladowali wyłącznie samych tylko mistrzów mądrości, dla tego mamy gotowe wytłumaczenie: nie potrzeba mędrców, skoro to, czego od nas żądacie, pszczoły i mrówki zdolne są wypełnić.
Dla tych to powodów Platon, wygnawszy ze swej »rzeczypospolitej» Homera, nadał w niej Ezopowi nader zaszczytne miejsce. Pragnie on, aby niemowlęta ssały z piersi matki, wraz z mlekiem, bajki Ezopa: aby niańki opowiadały je dzieciom, ponieważ należy jak najwcześniej nabywać mądrość i cnotę. Zamiast poprawiać obyczaje, trzeba je kierować na dobrą drogę wtedy, gdy umysł jest zarówno na złe i dobre obojętny. Pytam więc, czy do osiągnięcia tego celu może cokolwiek bardziej się przyczynić, aniżeli bajki? Powiedzcie dziecku, że Crassus, wypowiedziawszy wojnę Partom, zapuścił się w ich krainę nie bacząc jak z niej wyjść zdoła, i że w skutek tego, pomimo wysileń, zginął z całem wojskiem. Powiedzcie temu samemu dziecku, że Lis i Kozioł spuścili się do studni aby zaspokoić pragnienie; że Lis wydobył się, wyłażąc po grzbiecie i rogach towarzysza jak po drabinie, a Kozioł został w studni, bo niebył tyle oględnym i roztropnym jak Lis; i że dla tego, kto rzecz jaką przedsięweźmie, powinien patrzeć końca. Zapytuję, który z tych dwóch przykładów większe na dziecku zrobi wrażenie? Zaprawdę ostatni, jako bardziej odpowiedni nierozwiniętemu umysłowi dziecka. Niechaj nikt mi nie zarzuca, że myśli dziecka są same z siebie dziecinne i że nie potrzeba karmić ich nowemi błahostkami. Te błahostki są tylko pozorne; bo w gruncie rzeczy zawierają głęboką prawdę. Jak przez określenie punktu, linii, powierzchni i za pomocą innych prawd ogólnych, dochodzimy do nauki, dozwalającej nam wymierzyć ziemię i niebo, tak samo za pomocą wniosków, których dostarczają bajki, możemy udoskonalić poglądy, poprawić obyczaje i stać się zdolnemi do wielkich czynów.
Zaleta bajek nie ogranicza się na moralności: z nich czerpiemy pojęcia o usposobieniu i przyrodzie zwierząt, a tem samem i o naszej, bowiem my sami jesteśmy streszczeniem tego, co jest złem i dobrem w stworzeniach bezrozumnych. Prometeusz, zamierzywszy stworzyć człowieka, wziął z każdego zwierzęcia cechę najgłówniejszą i z tych różnorodnych danych zestawił rodzaj ludzki; dokonał owego dzieła, które nosi nazwę Małego Świata. Tak i bajki są obrazem, w którym każdy z nas widzi się odmalowanym. Ich treść utwierdza osoby dojrzałe w wiedzy nabytej doświadczeniem, a dzieci uczy tego, co im wiedzieć należy. Albowiem dzieci, jako nieoddawna żyjące na świecie, nie znają jego mieszkańców ani samych siebie; tę niewiadomość powinno się usuwać jak najwcześniej; trzeba im wyjaśnić co jest Lew, Lis i tak dalej, i dla czego niekiedy przyrównywa się człowieka do owego Lwa lub Lisa. Tego zadania dopełniają bajki: one wpajają w młodociane umysły pierwsze o tych rzeczach pojęcia.
Przekroczyłem już zwykłe i właściwe przedmowom rozmiary, a jednakże nie zdałem jeszcze sprawy z zasady, przewodniczącej mi w wykonaniu niniejszego dzieła.
Apolog składa się z dwóch części, z których jednę możnaby nazwać duszą, a drugą ciałem. Bajka jest ciałem; duszą sens moralny. Arystoteles wyłącza z bajki ludzi i rośliny, i tylko zwierzęta wprowadzać do niej pozwala. To prawidło jest raczej dowolnem, aniżeli koniecznem, bo nie zachowywał go ani Fedr, ani Ezop, ani żaden inny bajkopisarz, podczas gdy każdy zamieszczał sens moralny jako rzecz nieodzowną. Jeżeli przeto zdarzyło mi się pominąć sens moralny, to tylko w takich miejscach, gdzie nie można go było podać bez zepsucia wdzięku całości, i gdzie sam czytelnik łatwo ten niedostatek wypełnić może. We Francyi to tylko ma wartość, co się podoba: oto prawidło główne i — rzec można — jedyne. Nie sądziłem przeto, aby grzechem było przełamanie dawnych zwyczajów, jeżeli nie można ich zastosować bez ujmy dla nichże samych. Za czasów Ezopa, tok opowiadania w bajce odznaczał się prostotą, a sens moralny stanowił niejako część oddzielną i był zamieszczany zawsze na końcu. Fedr nie poddał się temu zwyczajowi: upiększył samo opowiadanie, a sens moralny przenosił często z końca na początek. Jeżeli zaś przyjmiemy zasadę, że w ogóle umieszczanie sensu moralnego jest rzeczą niezbędną, to uchybiam tej zasadzie wtedy tylko, gdy potrzebuję trzymać się innej, niemniej ważnej, podanej przez Horacyusza. Zaleca on, aby piszący nie upierał się w walce z obranym przedmiotom i z własnym umysłem, skoro rzecz jaka przechodzi zakres jego zdolności; nigdy (jak twierdzi Horacy) nie czyni tego człowiek pragnący zyskać powodzenie: porzuca on dobrowolnie przedmioty, których należycie zużytkować nie potrafi.

.... Et quœ
Desperat tractata nitescere posse relinquit.

Tak i ja postąpiłem kilkakrotnie w kwestyi sensu moralnego, widząc, że nie mogę mieć nadziei powodzenia.
Pozostaje mi jeszcze wspomnieć o życiu Ezopa. O ile mogę sądzić, życiorys skreślony przez Planudiusa jest powszechnie poczytywany za bajeczny. Zwolennicy tego poglądu twierdzą, że autor przypisał swemu bohaterowi charakter i przygody, odpowiednie jego bajkom. Z początku uległem temu zdaniu, ale potem przekonałem się, iż nie ma ono gruntownej podstawy. Krytyka opiera się w części na zdarzeniach zachodzących pomiędzy Ksantusem i Ezopem, i znajduje w nich wiele dzieciństwa. Ale gdzież jest mędrzec, któremu nigdy nic podobnego się nie przytrafiło? Nawet życie Sokratesa nie było zawsze i wyłącznie poważnem. Mniemanie moje potwierdza ta okoliczność, że charakter Ezopa, opisany przez Planudiusa, podobny jest do tego, jaki mu nadał Plutarch w swojej Biesiadzie siedmiu Mędrców, gdzie ojca bajkopisarzy przedstawia jako człowieka niezmiernie bystrego, posiadającego dar spostrzegawczy w nader wysokim stopniu. Można na to zrobić zarzut, że i Biesiada siedmiu Mędrców jest utworem wyobraźni. Łatwą jest rzeczą powątpiewać o wszystkiem: co do mnie, nie widzę dla czegoby Plutarch w tem dziele chciał łudzić potomność, on, który wszędzie indziej jest pisarzem wiarogodnym, i każdej kreślonej przez siebie postaci właściwy charakter zostawia. Gdyby jednakże tak było, to pisząc, popełniłbym kłamstwo; oparte na zdaniu cudzem: czy mniejszą zyskam wtedy wiarę, aniżeli gdybym opierał się na swojem? Nie mógłbym bowiem zrobić nic innego, jak tylko zebrać w całość swoje własne przypuszczenia i tej całości dać tytuł: Życie Ezopa. Choćbym taką pracę odział we wszelkie cechy prawdopodobieństwa, nikt jednakże nie uzna jej za prawdę; a wybierając między dwiema baśniami, czytelnik zawsze milej witać będzie baśń Planudiusa, aniżeli moją.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jean de La Fontaine i tłumacza: Władysław Noskowski.