Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wnych wydatnych zarysów. Tego dziś powszechnie żądamy: wesołości i nowości. Nie nazywam wesołością tego, co śmiech pobudza, lecz pewien wdzięk, pewien powab nieokreślony, który można nadać nawet najpoważniejszym przedmiotom.
Wszelako, miarą udatności mojego dzieła powinna być nietyle forma, ile treść i jej użyteczność; bo w apologu znajdujemy wszystko, co stanowi rzeczywistą wartość płodów ludzkiego ducha. Jest to prawda tak niezbita, że wielu starożytnych przyznawało Sokratesowi część znaczną dzieł Ezopa, twierdząc, że z pomiędzy śmiertelników ten tylko mógł być ich twórcą, kto najwięcej miał styczności z Bogami. Nie pojmuję zaiste, dla czego Bogowie sami nie zesłali tych bajek z Nieba, i dla czego nie wyznaczyli osobnego bóstwa, któreby opiekowało się zarówno apologiem, jak poezyą i wymową. To, co tutaj wypowiadam, nie jest pozbawione zasady; ponieważ — jeśli wolno łączyć nasze pojęcia o rzeczach najświętszych z błędami bałwochwalstwa — widzimy wszędzie, że prawda przemawiała do ludzi za pośrednictwem porównań, paraboli; a parabola nie jest niczem innem, jak tylko apologiem, czyli przykładem opartym na baśni, tem łatwiej zrozumiałym i tem bardziej skutecznym, im więcej jest pospolitym i swojskim. Ktoby zażądał, abyśmy naśladowali wyłącznie samych tylko mistrzów mądrości, dla tego mamy gotowe wytłumaczenie: nie potrzeba mędrców, skoro to, czego od nas żądacie, pszczoły i mrówki zdolne są wypełnić.