Autobiografia Murzyna/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
RASA MURZYŃSKA I RASA CZERWONOSKÓRA.


Podczas pobytu mojego w Waszyngtonie, a nawet jeszcze przedtem, objawił się ruch, w celu zastąpienia dotychczasowej stolicy Wirginii Zachodniej, miasta Wheeling, innem miastem, położonem bliżej środka. Wskazano trzy miasta, których wybór miał się odbyć przez głosowanie. Jedno z nich, Charlestown, leżało o pięć mil od Waldenu, mojej rezydencyi. Pod koniec szkolnego roku, przebytego w Waszyngtonie, otrzymałem pochlebne wezwanie od komitetu białych w Charlestown, z prośbą o objechanie całego stanu, dla poparcia interesów tego miasta. Zgodziłem się na to i przez całe trzy miesiące przemawiałem w różnych miejscowościach. Charlestown zwyciężyło i jest odtąd siedliskiem władz rządowych.
Opinia mówcy, jaką zdobyłem sobie podczas tej wyprawy, nasunęła ludziom myśl skierowania mnie do karyery politycznej. Ale i tym razem oparłem się zachętom, uznając, że na innej drodze mogę oddać większe usługi mojej rasie. Wtedy już miałem ugruntowane przekonanie, że mojemu ludowi potrzeba nadewszystko oświaty, znajomości rzemiosł i nabycia własności — rzeczy godniejszych ubiegania się, niż stanowisko, jakie daje karyera polityczna.
Co się tyczy mnie osobiście, chociaż czułem, że mógłbym mieć powodzenie na tej drodze, nie taiłem przed sobą, iż byłoby to tylko zadowoleniem samolubnej ambicyi kosztem naglącego obowiązku — pracy nad oświatą ludu.
W owym czasie murzyni, odbywający naukowe studya, marzyli o zostaniu adwokatami lub deputowanymi, a kobiety nauczycielkami muzyki. Ale ja uważałem za rzecz pilniejszą co innego, niż torowanie drogi znakomitym adwokatom, deputowanym i nauczycielkom muzyki.
Ich dążenia przypominały mi historyę starego murzyna, który za czasów niewolnictwa zapragnął nauczyć się grać na gitarze. Zwrócił się z prośbą do jednego z paniczów, który mając mierne wyobrażenie o zdolnościach muzycznych starego, odpowiedział:
— Wuju Jake! nauczę cię najchętniej grać na gitarze, ale będziesz musiał zapłacić trzy dolary za pierwszą lekcyę, dwa dolary za drugą, a jednego dolara za trzecią; ostatnia lekcya będzie cię kosztować tylko pięćdziesiąt centów.
A wuj Jake na to:
— Dobrze, paniczu, zgadzam się na te warunki, ale, paniczu, wolałbym zacząć od tej ostatniej.
Po powrocie z objazdu w interesach Charlestonu, spotkała mnie nowa radość, która była wielką niespodzianką. List od generała Armstronga, zapraszający mnie do Hamptonu na ceremonię rozdawania nagród, przy której miałem mieć mowę „dyplomowanych studentów.“ Nie byłbym nigdy śmiał marzyć o podobnym zaszczycie. Przygotowałem mowę, jak mogłem najlepiej, a za temat wziąłem — „Siłę, która zwycięża.“
Jadąc do Hamptonu, musiałem przebyć tę samą drogę, którą przed sześciu laty odbyłem jako uczeń. Tym razem jechałem bez przerwy koleją, a różnicę między temi dwiema podróżami miałem wciąż w pamięci. Mogę rzec śmiało, bez narażenia się na zarzut, że za wiele mówię o sobie, iż rzadko się zdarza, ażeby pięć lat sprowadziło tak zupełną zmianę w życiu człowieka.
Przyjęty zostałem z otwartemi rękoma przez nauczycieli i uczniów w Hamptonie. Zauważyłem, że od czasu mojego wyjazdu zakład ten przystosował się jeszcze lepiej do potrzeb ludu, że nauka rzemiosł i studya klasyczne uczyniły znaczny postęp. Szkoła nie naśladowała żadnych wzorów, wszystkie ulepszenia były dziełem generała Armstronga, wywołane zawsze wymaganiami danej chwili, i miały na celu jedynie dobro naszego ludu. Zbyt często zdarza się, że chcąc cywilizować rasy niżej stojące, misyonarze lub wychowawcy ulegają pokusie wprowadzenia tego samego, co wprowadzone zostało w krajach bardzo dalekich lub sto lat temu. Jest to stosowaniem jednego systemu do zupełnie odrębnych warunków, bez względu na stan umysłowości danych ludów. Tego błędu nie popełniano w Hamptonie.
Wszystkim podobała się moja mowa; mnóstwo pochwał i słów zachęty. Powróciwszy zaledwie do Maldenu, zostałem wezwany napowrót przez generała Armstronga do Hampton, gdzie zaproponował mi dalsze studya wzamian za nauczanie w niższych klasach. Było to w lecie 1879 r. Wkrótce po przybyciu do Zachodniej Wirginii wybrałem z pośród uczniów mojej szkoły czterech najzdolniejszych, a oprócz nich, dwóch moich braci, zamierzając przygotować ich do szkoły w Hampton. Zostali przyjęci wszyscy — i uznano ich za tak dobrze przygotowanych, że niezadługo po wstąpieniu posunięto ich do klas wyższych. Dzięki temu zostałem wezwany do Hampton jako nauczyciel. Pomiędzy chłopcami, przygotowanymi przezemnie, był doktór Samuel E. Courtney, dziś znany lekarz w Bostonie i członek School-boardu[1] w tem mieście.
Generał Armstrong postanowił w owym czasie zrobić nową próbę — rozpocząć w Hamptonie edukacyę czerwonych Indyan. Ogólne panowało mniemanie, że są oni zupełnie niezdolni do przyjęcia jakiejkolwiek oświaty i przyswojenia jej sobie.
Pomimo to generał Armstrong postanowił uczynić próbę na wielką skalę. Z Zachodnich Stanów sprowadził przeszło stu dzikich Indyan, zupełnie nieoświeconych, po większej części młodych. Życzył sobie, żebym miał ojcowski nadzór nad tymi młodzieńcami; miałem mieszkać w jednym domu z nimi, utrzymywać ich w karności, czuwać nad ich pokojami, ubraniem i t. p.
Propozycya była zachęcająca; ale oddalała mnie od mego zadania w Zachodniej Wirginii, do której przywiązałem się tak silnie, że wielką boleścią była dla mnie myśl o opuszczeniu tamtych stron. Uczyniłem jednak to poświęcenie dla generała Armstronga, któremu nie potrafiłbym nic odmówić.
W Hamptonie musiałem mieszkać z siedmdziesięciu pięcioma młodymi Indyanami; w całym domu byłem jedynym przedstawicielem rasy murzyńskiej. Wątpiłem jednak, czy będę mógł co z nich wyrobić.
Wiedziałem, że Indyanie wogóle uważają się za wyższych od ludzi białej rasy, a tembardziej od murzynów, którzy pozwolili się wprządz w jarzmo niewoli, czego Indyanie nigdyby nie znieśli. Mieli oni sami niewolników na swoich ziemiach za czasów niewolnictwa.
Myśl rozpoczęcia w Hamptonie dzieła cywilizacyi między Indyanami została przyjęta z ogólnem niedowierzaniem. Było to jednym więcej powodem do działania z pewną przezornością, bo czułem dobrze całą odpowiedzialność, jaka na mnie ciąży. Zdołałem wkrótce zjednać sobie zupełnie zaufanie Indyan, a nawet mogę rzec, ich przywiązanie i szacunek. Uczyniłem odkrycie, że są oni zupełnie tacy sami, jak inne ludzkie istoty: czuli na dobroć, a drażliwi wobec złego obejścia. Przykrością był dla nich przymus strzyżenia włosów, które przywykli nosić długie, nakrywanie się kołdrami wełnianemi zamiast sypiania w ubraniu i zakaz palenia tytoniu, ale Amerykanin białej rasy uważa za ucywilizowanych tylko tych ludzi, którzy ubierają się tak jak on, żywią się tem samem co on, mówią jego językiem i wyznają tę samą co on religię.
Raz opanowawszy trudność angielskiego języka, Indyanie z nie mniejszą od murzynów łatwością uczyli się rzemiosł i wszystkiego co wykładają w szkole.
Wzruszający był widok usłużności murzynów względem Indyan, przejmowało mnie to wielką radością. Byli między nimi i tacy, którzy niechętnie przyjęli dopuszczenie Indyan do szkoły, ale tych było niewielu. Ilekroć zaproponowano murzynom przyjęcie do siebie Indyan dla ułatwienia im postępu w języku angielskim, w przyswojeniu sobie cywilizowanych obyczajów, nie opierali się temu nigdy.
Ileż to zakładów szkolnych dla białych, przyjęłoby z równą serdecznością stu towarzyszów odmiennej rasy. Ileż to razy miałem chęć powiedzieć uczniom białej rasy, że powinni sami wznieść się do tych samych wyżyn, do jakich usiłują podnieść innych i że im bardziej która rasa jest wstrętna i nieszczęśliwa, tem więcej się uszlachetniają, jeżeli służą jej za dźwignię.
Przypomina mi to rozmowę, jaką miałem z Fryderykiem Douglassem.[2] Opowiadał mi o podróży do Pensylwanii, podczas której z powodu koloru swej skóry, zmuszony był przejść do towarowego wagonu, płacąc tyleż, co wszyscy podróżni.
Kilku białych przyszło tam do niego, wyrażając swoje współczucie z powodu tego poniżenia, ale on wyprostował się na pace, na której, siedział i odrzekł:
— Nikt nie zdoła poniżyć Fryderyka Douglass duszy, która jest we mnie, nic nie może znieważyć. Nie mnie ubliżają takie czyny; tylko tym, którzy się ich dopuszczają.
Ja sam byłem świadkiem bardzo zabawnego zdarzenia w okolicach, gdzie prawo wymaga osobnych wagonów dla każdej z ras, zdarzenia, dowodzącego, że niekiedy trudno oznaczyć linię graniczną pomiędzy białymi a murzynami.
Szło wtedy o murzyna, który był naprawdę murzynem, ponieważ inni za takiego go uznali, ale który jednak był tak biały, że tylko znawca mógł się na tem poznać. Człowiek ten odbywał podróż w wagonie dla murzynów. Kontroler wszedłszy, zakłopotał się bardzo: jeżeli to był murzyn — nie chciał go posłać do wagonu dla białych, jeżeli zaś był biały, nie chciał mu ubliżyć, pytając czy jest murzynem. Obejrzał go skromnie, przypatrzył się jego włosom, oczom, nosowi i rękom; ale to nie rozstrzygnęło wątpliwości. Nakoniec, dla ostatecznego upewnienia schylił się i obejrzał mu nogi. To — pomyślałem, powinno rozstrzygnąć trudność; jakoż tak się stało, bo kontroler odszedł, pozostawiając „murzyna“ na miejscu. Ja zaś ucieszyłem się, że moja rasa nie postradała jednego ze swych członków.
Jestem zdania, że można ocenić człowieka na podstawie jego postępowania z ludźmi rasy mniej uprzywilejowanej. Najwybitniejszym tego dowodem są dumni właściciele ze Stanów Południowych, kiedy się spotykają ze swymi dawnymi niewolnikami lub ich potomstwem.
Jerzy Waszyngton jest także jednym z takich przykładów. Spotkał raz murzyna, który ukłonił mu się grzecznie, a on odkłonił się również. Postępek ten uważano za zbytek uprzejmości, na co Waszyngton odrzekł:
— Chyba nie możecie tego żądać, ażeby biedny i nieoświecony murzyn był grzeczniejszym odemnie?
Podczas pobytu w Hamptonie stosunki moje z Indyanami wykazały mi wielokrotnie szczególne skutki, jakie wywołuje pojęcie kastowości. Zdarzyło się, że jeden z Indyan zachorował i trzeba go było przewieźć do Waszyngtonu, do ministra spraw wewnętrznych, dla otrzymania paszportu, pozwalającego mu powrócić na terytoryum zarezerwowane dla Indyan. Byłem wtenczas bardzo jeszcze mało obeznany ze zwyczajami światowemi.
Na statku, którym płynęliśmy do Waszyngtonu, czekałem, aż podróżni skończą obiad, zanim sam usiadłem do stołu. Kiedym przyszedł do sali jadalnej, starszy służący zawiadomił mnie bardzo grzecznie, że tylko Indyanin może tam jadać. Zapytywałem sam siebie, jakim sposobem potrafił on nas rozróżnić, bo Indyanin miał skórę prawie takiego samego samego koloru, jak ja. Zdaje się jednak, że służący był pod tym względem znawcą. W Hamptonie wyznaczono mi hotel, w którym miałem się zatrzymać w Waszyngtonie, ale i tam spotkało mnie to samo, gdyż tylko mój pupil został przyjęty, a ja musiałem zamieszkać w innem miejscu.
Drugi fakt podobny zdarzył się w mojej obecności. Byłem w jednem mieście, gdzie ludność tego dnia była w stanie tak wielkiego podniecenia, że można było lękać się wypadków lynchu. Wzburzenie to wywołane było przyjazdem człowieka o ciemnej skórze, który ośmielił się stanąć w jednym z hotelów miejscowych. Ale gniew uspokoił się zaraz, gdy się dowiedziano, że to był obywatel z Marokko, mówiący po angielsku. Sprawca zamieszania uznał, że przezorniej będzie na przyszłość nie mówić po angielsku.
W końcu pierwszego roku, przebytego z Indyanami, ofiarowano mi nową posadę, którą uważam zawsze jako środek zesłany mi przez Opatrzność dla przygotowania mnie do podjęcia później dzieła w Tuskegee. Generał Armstrong zauważył, że bardzo znaczna liczba młodych dziewcząt i chłopców murzyńskich pragnęła gorąco nauki, ale nie mogła wstąpić do szkoły w Hamptonie dla braku zasobów na opłatę szkolną i kupno książek. Postanowił więc otworzyć kurs wieczorny w łączności z tą szkołą. Do tej klasy miało się przyjmować ograniczoną tylko liczbę uczniów i to najzdolniejszych, chłopców i dziewcząt, pod warunkiem, że będą pracować dziesięć godzin w ciągu dnia, a wieczorem mieć dwie godziny lekcyi. Jako wynagrodzenie za swą pracę mieli otrzymywać więcej, niż kosztowała opłata szkolna. Większa część ich zarobków miała być składana do kasy szkolnej i służyć później na opłatę utrzymania w szkole, gdy wstąpią do niej po przebyciu roku lub dwóch na kursach wieczornych. Uzyskiwali tym sposobem pierwsze podstawy do niezbędnego wykształcenia i praktykę w rzemiosłach, nie mówiąc już o innych dobroczynnych wpływach zakładu.
Generał prosił mnie o pokierowanie temi wieczornemi kursami, a ja zgodziłem się na to, czego żądał. Na początek miałem tuzin chłopców i dziewcząt chętnych i poważnie myślących. W dzień chłopcy pracowali w szkolnym tartaku — dziewczęta w pralni.
Ani jedni ani drudzy nie mieli lekkiej pracy, ale w całym moim zawodzie nauczycielskim nie miałem nigdy uczniów, którzyby mi sprawiali więcej pociechy. Uczyli się i odrabiali lekcye doskonale. Nie byliby za nic w świecie skończyli przed dzwonkiem, a nawet niekiedy żądali przedłużenia lekcyi. Uczniowie ci mieli równy zapał do pracy dziennej, jak wieczornej, tak dalece, że dałem im przydomek „dzielnych“, który stał się wiadomym w całym zakładzie i pozostał im na zawsze. Kiedy uczeń uczęszczał już pewien czas na moje kursa wieczorne, otrzymywał świadectwo drukowane w tych słowach:
„Ja niżej podpisany zaświadczam, że John Smith uczęszcza do klasy „dzielnych“ i jest uczniem dobrym i pilnym“.
Uczniowie cenili bardzo te świadectwa, które zwiększały popularność kursów wieczornych. Przez kilka tygodni liczba uczniów doszła do dwudziestu pięciu. Pomiędzy nimi są tacy, których nie straciłem nigdy z oczu i którzy zajmują stanowiska wybitne i pożyteczne w różnych stronach Południa. Te kursa wieczorne w Hamptonie, zaczęte z dwunastu uczniami, liczą teraz od trzystu do czterystu uczniów i stały się ważnym czynnikiem w tym zakładzie naukowym.




Przypisy

  1. Rada szkolna, rozstrzygająca o kwestyach wychowawczych.   (Przyp. tłóm.)
  2. Fryderyk Douglass (1817—1895) był tak samo, jak i autor dawnym niewolnikiem i mówcą. W 1838 r. uciekł od swego pana i osiedlił się w Stanach Północnych, gdzie prowadził żywą agitacyę przeciw niewolnictwu. (Przyp. tłóm.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.