Atak na młyn/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Atak na młyn
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów, Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Tytuł orygin. L’Attaque du moulin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Młyn ojca Merlier pełen był uroczystości w ten piękny, letni wieczór. Trzy stoły, zestawione razem w pośrodku podwórza, czekały na biesiadników. Wszystkim wiadomem było dobrze, że tego dnia odbyć się mają zaręczyny córki młynarza Merlier, Franciszki, z Dominikiem, używającym wprawdzie trochę niepochlebnej opinii próżniaka, na którego wszakże wszystkie dziewczęta w promieniu trzech mil iskrzącemi spoglądały oczyma, taką miał dzielną minę ten chłopiec.
Młyn ojca Merlier — to była rozkosz prawdziwa. Znajdował on się w samym środku Rocreuse’y, w miejscu, gdzie główny gościniec zagina się w kolano. Wioska Rocreuse posiada tylko jednę ulicę, ujętą w dwa rzędy domów z obu stron. Tu jednak, na skręcie traktu, rozpościerają się znagła łąki a wielkie drzewa, rosnące wzdłuż biegu Mozelli, rzucają w głąb doliny rozkoszny cień. W całej Lotaryngii daremnieby szukać równie lubego zakątka. Na prawo i lewo czerni się gęsty las, stuletnie drzewa spinają się po łagodnych stokach, zalewając widnokręg morzem ciemnej zieleni, podczas kiedy ku południowi otwiera się równina cudownej żyzności, roztaczająca w nieskończoność szmaty uprawnej ziemi, pokrajane żywopłotem. Największym jednak z czarów Rocreuse’y jest chłód, wypełniający ten dół zieleni w najgorętsze nawet dni lipca i sierpnia.
Mozella, wypływająca z lasu Gagny, zdaje się wchłaniać po drodze w swe nurty zimno leśnych gąszczów, pod których osłoną toczyła się milami, nieść z sobą szmer liści i lodowaty chłód starego lasu. Nie jest ona jednakże jedynem źródłem ochłody. Wszelkie rodzaje wód płynących pluszczą się tutaj pod drzewami; na każdym niemal kroku wytryskają źródła; gdy stąpasz po wązkich ścieżynkach, czujesz pod niemi jakby jeziora podziemne, które przebijają się co parę kroków przez mchy i korzystają z najmniejszej szczeliny u stóp drzew, pomiędzy skałami, aby się na wierzch wydostać i w kryształowe rozlać krynice. Szmery i pluski tych strumyczków tak są mnogie i hałaśliwe, że przygłuszają nawet śpiew gilów, tłumnie żyjących w gąszczach. I zda ci się tutaj, że jesteś w jakimś zaczarowanym parku, gdzie zewsząd kaskady srebrzyste z wesołym tryskają szumem.
Na wilgotnych gruntach doliny rozpościerają się łąki. Olbrzymie kasztany rzucają miejscami na nie prawie czarny cień. Na skraju łąk topole szeleszczą pióropuszami swych liści, mieniących się w powiewie wiatru niby fałdy długich, powłóczystych kotar. Dwa szeregi ogromnych platanów przebiegają w skos łąkę w kierunku ruin starego zamku Gagny. Na tym gruncie, ustawicznie zraszanym, trawy wyrastają do niebywałej wysokości. Jestto jak gdyby bujny ogród pomiędzy dwoma zadrzewionymi stokami, ogród naturalny, w którym łąka zastępuje strzyżone trawniki a w miejsce klombów ozdobnych potężne drzewa rysują się na niebie sylwetami swych koron. Gdy o południu promienie słońca świecą prawie prostopadle, wówczas rzucane przez nie cienie zabarwiają się niebiesko, rozgrzane trawy drzemią w upale a jednocześnie lodowaty dreszcz chłodu przemyka się tu i owdzie popod liśćmi.
W takiej to miejscowości młyn ojca Merlier rozweselał swoim turkotem jeden z zakątków dziko rozrosłej zieleni. Budowla, sklecona z cegieł i drzewa, zdawała się starą jak świat, skąpana do połowy w Mozeli, tworzącej w tem miejscu krągły, jasny basen. Rzeczka, zatamowana śluzą w swym biegu, spadała tu z wysokości kilku metrów na koło młyńskie, które trzeszczało ustawicznie wśród obrotu, przypominając astmatyczny kaszel starej, wiernej sługi. Radzono nieraz ojcu Merlier, by wstawił nowe koło. Potrząsał jednak głową przecząco, utrzymując, że nowe ani nie będzie tak gorliwem w pracy, ani się na niej tak znać nie będzie, jak stare. I łatał je, gdy zaszła potrzeba, wszystkiem, co mu pod rękę padło: obręczami z beczek, zardzewiałem żelaztwem, kawałkami ołowianych i cynkowych blach, koło zaś, którego nastroszony mchem i chwastami profil, coraz dziwaczniej wyglądał, wydawało się z tego zupełnie zadowolonem i kiedy je woda smagała swym spadem srebrzystym, okrywało się całe w perlisty płaszcz pian a pod tą iskrzącą szatą widać było niewyraźnie nieustanne obroty jego cudacznego szkieletu.
Część młyna, moknąca w ten sposób w falach Mozeli, wyglądała niby stary, barbarzyński statek, co osiadł na mieliźnie. Połowa budynku wsparta była na palach. Woda zaciekała wszędzie pod deski i żłobiła dziury, dobrze znane w okolicy, jako kryjówki licznych węgorzy i ogromnych raków, które tam poławiano masami. Powyżej spadku jednak zbiornik posiadał przejrzystość zwierciadła i jeźli go bryzg pian, rzuconych kołem, nie zmącił, można było zobaczyć w mrocznej jego toni gromady dużych ryb, pływające zwolna, niby podwodna eskadra. U jednego z pali połamane schody spuszczały się w rzekę. Czółno było tu uwiązane do słupa. Ponad kołem przebiegał drewniany ganek. Tu i ówdzie otwierały się w murze okna nieregularnie porozrzucane. Była to mięszanina węgłów, przymurków, przybudówek, belek i dachów, nadająca młynowi fizyonomię starej, na poły zburzonej forteczki. Ale bluszcz i wszelkie rodzaje roślin pnących, zasłaniając co większe szczerby budynku, stroiły płaszczem wspaniałej zieleni stare domostwo. Był też młyn ojca Merlier ulubionym przedmiotem albumowych szkiców dla przejeżdżających panienek.
Od strony drogi budowa młyna była mocniejszą. Kamienny ganek wychodził tutaj na duży dziedziniec, ujęty z prawej i lewej strony w szereg stajen i szop. W pobliżu studni olbrzymi wiąz oblekał cieniem pół podwórza. W głębi cztery okna pierwszego piętra domu błyszczały w jednej linii, poniżej gołębnika. Jedynym objawem kokieteryi ze strony ojca Merlier było, że kazał bielić fasadę raz na lat dziesięć. Że było to właśnie po niedawnem jej bieleniu, olśniewała więc całą wioskę swym blaskiem, gdy promienie południowego słońca na nią padły.
Od lat dziesięciu był ojciec Merlier wójtem Rocreuse’y. Majątek, jaki zebrać zdołał, zapewnił mu ogólny szacunek. Taksowano go na jakieś ośmdziesiąt tysięcy franków, zebranych grosz po groszu. Zaślubiając przed laty Magdalenę Guillard, która mu młyn ten wniosła w posagu, nie posiadał nic więcej prócz swoich dziesięciu palców. Lecz Magdalena nie miała nigdy powodów żałować swego wyboru, tak dzielnie umiał mąż pokierować całem gospodarstwem. Obecnie Magdalena była już dawno w grobie a Merlier wiódł życie wdowca, z córką jedynaczką u boku. I Bogiem a prawdą mógłby już był właściwie odpocząć i pozwolić nareszcie staremu kołu swego młyna na dobrze zapracowaną drzemkę, wśród mchów. Obawiając się jednak, że w bezczynności będzie się nudził a dom wydawać mu się zacznie martwym, pracował dalej, dla rozrywki. Ojciec Merlier był w owym czasie wysokim starcem o długiej, milczącej twarzy, na której nie widziało się nigdy uśmiechu, lecz którego duszę napełniała mimo tego zawsze wesołość. Zrobiono go też wójtem nietylko dla jego pieniędzy, lecz także i dla tej sympatycznej miny, jaką, udzielając ślubów, przybierać umiał.
Franciszka Merlier skończyła właśnie rok ośmnasty. Pomiędzy okolicznemi dziewczętami nie zaliczano jej do pięknych, gdyż była wątłej budowy. Do lat piętnastu była nawet brzydką. Ludzie w Rocreuse pojąć nie mogli, jakim sposobem dziecko rodziców tak doskonale zbudowanych, jak ojciec i matka Merlier, tak słabo się rozwija i jest tak mizernem. Aż oto w piętnastym roku życia, nie tracąc nic z swej delikatnej budowy, Franciszka wyładniała na podziw. Włosy miała kruczej czarności, oczy również, przytem najpiękniejszą w świecie twarzyczkę, całą w rumieńcach, której usta śmiały się bez ustanku pomiędzy dwojgiem dołeczków a gładkie czoło zdawało się jaśnieć jak słońce. Jakkolwiek szczupła, wedle prawideł miejscowego smaku, nie była jednak chudą bynajmniej; znaczyło to poprostu tyle, że nie potrafi dźwignąć worka ze zbożem; z biegiem czasu jednakże stawała się coraz pulchniejszą i widać było, że kiedyś będzie tłuściutka jak przepiórka. Pod wpływem milczącego usposobienia ojca dziewczę stało się rozsądnem w bardzo już młodym wieku. Jeźli jej lica się śmiały, czyniła to ku uciesze drugich; w głębi duszy była poważną.
W całej okolicy naturalnie nadskakiwali jej wszyscy, więcej jeszcze dla jej talarów niż dla urody. W końcu więc zdecydowała się na wybór, zgorszyła nim wszakże wszystkich. Z tamtej strony Mozelli mieszkał wysoki, barczysty chłopak, nazwiskiem Dominik Peugner. Nie był on rodem z Rocreuse’y. Przybył dziesięć lat temu z Belgii, by objąć spadek po wuju, który posiadał tu niewielkie gospodarstwo na krawędzi lasu Gagny, tuż naprzeciwko młyna o kilka strzałów z fuzyi. Przybył z zamiarem sprzedania odziedziczonej zagrody — jak zapewniał — i powrotu do ojczyzny. Zdaje się jednak, że kraj mu się spodobał, bo nie ruszał się z niego wcale. Łowił ryby, polował w lasach, kilka razy nawet omal że nie wpadł w ręce strażników i nie dostał się przed sąd. Swobodna ta egzystencya, której środków wieśniacy nie umieli sobie dość jasno wytłómaczyć, popsuła mu w końcu reputacyę. Poczęto go uważać niemal za kłusownika. Na każdy sposób zaprzeczyć się nie da, że był próżniakiem, spotykano go bowiem często śpiącego wśród traw w godzinach, kiedy wszyscy porządni ludzie zwykli pracować. Rudera, w której mieszkał, na kraju lasu, nie wyglądała również jak mieszkanie porządnego człowieka. Pomimo to wszystko młode dziewczęta odważały się nieraz występować w jego obronie, bo też ten podejrzany ptaszek był chłopcem co się zowie dorodnym, wysoki i smukły jak topola, biały na twarzy, z blond brodą i włosami, błyszczącemi niby złote do słońca. Otóż pewnego pięknego poranku Franciszka oświadczyła ojcu Merlier, że kocha Dominika i nigdy nie zgodzi się zostać żoną innego mężczyzny.
Nietrudno sobie wyobrazić, jakim ciosem była dla starego podobna wiadomość. Nic jednak nie odrzekł córce, wedle swego zwyczaju. Oblicze ojca Merlier nie utraciło ani na chwilę swojej zwykłej powagi, tylko blask wesołości wewnętrznej jak gdyby przygasł mu w oczach. Dąsali się na siebie cały tydzień. Franciszka spoważniała również. Najbardziej jednak dręczącą rzeczą było dla ojca Merlier pytanie, jakim u licha sposobem ten hultaj kłusownik mógł zbałamucić mu córkę? Dominik nie był w młynie ni razu. Młynarz więc począł szpiegować i wypatrzył gacha na drugim brzegu Mozelli, jak ułożywszy się w trawie, udawał, że śpi. Franciszka mogła go widzieć z łatwością z swego okna. Jasnem teraz było, że robiąc do siebie, ponad młyńskiem kołem, słodkie oczy, musieli się w końcu pokochać.
Tymczasem upływał drugi tydzień a Franciszka z dniem każdym stawała się poważniejszą. Ojciec Merlier nie odzywał się do córki ciągle ni jednem słowem. Aż pewnego wieczora, nic nikomu nie mówiąc, sam przyprowadził do młyna Dominika. Franciszka właśnie nakrywała do wieczerzy. Nie okazując najlżejszego zdziwienia, dodała tylko jedno więcej nakrycie, na jej licach jednakże poczęły się żłobić jak dawniej dołeczki i uśmiech dawny okrasił je znowu. Nazajutrz rano ojciec Merlier poszedł odwiedzić Dominika w jego budzie na skraju lasu. Rozmawiali tam z sobą całe trzy godziny przy zamkniętych drzwiach i oknach. O czem mówili — pozostało dla wszystkich na zawsze tajemnicą. To jedno najmniejszej nie ulega wątpliwości, że wychodząc stamtąd ojciec Merlier traktował już Dominika jak syna. Widocznie stary musiał nabrać przekonania, że ten wisus, wylegający się bezczynnie po łąkach, aby się podobać dziewczętom, tęgim jednak w gruncie rzeczy jest chłopcem.
Wszystkie języki w całej Rocreuse znalazły się teraz w ruchu. Kobiety nie mogły się po prostu nagadać do syta o szaleństwie starego Merlier, który w taki niepojęty sposób wpuszczał znanego nicponia w swój dom. Nie zważał na to. Być może własne niegdyś małżeństwo stanęło mu w pamięci. I on również nie miał przy duszy grosza, kiedy zaślubiał Magdalenę i brał za nią młyn; nie przeszkodziło mu to wcale być jak najlepszym małżonkiem. Zresztą Dominik sam przeciął wprędce jak nożem plotki, biorąc się do pracy z taką szczerością, że wszyscy nie mogli się nadziwić. Właśnie parobek z młyna poszedł odbywać służbę wojskową, otóż Dominik nie chciał przystać, by przyjmowano innego. Sam podjął się dźwigać wory, furmanił, borykał się z starem koliskiem, a wszystko to z taką ochotą, że ludzie umyślnie przychodzili przypatrywać się jego robocie. Ojca Merlier nie opuszczała ani na chwilę jego niema, uśmiechem podszyta powaga. Był co się zowie dumny, że potrafił się poznać na tym chłopcu. Ale bo też nic tak jak miłość nie pobudza energii młodych ludzi.
W ruchawce nieprzerwanej pracy Franciszka i Dominik uwielbiali się. Nie rozmawiali z sobą nic a nic prawie, patrzyli za to na siebie oczyma wesela i słodyczy pełnemi. Ojciec Merlier nie wyrzekł dotąd ani słowa o małżeństwie, młodzi zaś szanowali jego milczenie, czekając cierpliwie na objawienie się woli starca. Dnia pewnego nakoniec, w połowie czerwca, kazał ustawić na podwórzu trzy stoły u stóp olbrzymiego wiązu, zaprosiwszy wpierw wszystkich swoich przyjaciół z Rocreuse’y, aby przybyli wychylić w jego domu szklanicę. Gdy się dziedziniec zapełnił a każdy z zebranych miał kubek w ręce, ojciec Merlier wzniósł swój wysoko i wyrzekł:
— Owóż chciałem mieć to szczęście oznajmić wam, moi mili, że moja córka Franciszka zostanie żoną tego oto zucha za miesiąc w dzień św. Ludwika.
Wszyscy trącili się ochoczo wśród wrzawy ogromnej, śmiechy napełniły podwórze. Ojciec Merlier zaś, podnosząc głos raz jeszcze, dodał:
— Dominiku! ucałuj swoją narzeczonę. Tak się należy.
Ucałowali się, czerwieniejąc oboje, co przez obecnych huczniejszym jeszcze przyjęte zostało zgiełkiem. Fetaż to była co się nazywa! Wypróżniono do dna sporą beczułkę. Potem, skoro już pozostali tylko najbliżsi znajomi, gawędka przybrała ton spokojniejszy. Dokoła zapadała noc gwiaździsta i jasna.
Dominik i Franciszka, usiadłszy na ławce jedno obok drugiego, nie mówili ni słowa. Sędziwy wieśniak prawił coś głośno o wojnie, wypowiedzianej Prusom przez cesarza. Cała młódź wioski wyruszyła już z domów pod broń. Niedawniej jak wczoraj maszerowało tędy wojsko. Będą się tłuc nie na żarty.
— Ba! — ozwał się na to ojciec Merlier z samolubstwem ludzi szczęśliwych. — Dominik rodził się w Belgii, jego nie wezmą... Chyba żeby Prusacy tu do nas przyszli, wówczas będzie bronił swej żony.
Przypuszczenie, aby Prusacy mogli pojawić się w Rocreuse, wydało się wszystkim niezłym żartem. Rozśmiano się. Wlepi się im porządnego szturchańca i historya skończona!
— Widziałem ja ich już i tutaj! widziałem!... — powtarzał głucho stary wieśniak.
Nastała chwila milczenia, poczem trącono znowu w szklanki. Franciszka i Dominik nie brali w rozmowie udziału; ująwszy się delikatnie za ręce, tak aby nikt tego nie dostrzegł, siedzieli obok siebie z oczyma utkwionemi w mrok i było im tak dobrze!...
Co za ciepła, przepyszna noc!... Wioska usnęła z obu stron białej drogi spokojnym snem dziecka. Daleko na okół nie słychać nic oprócz piania koguta, co się przebudził zbyt wcześnie. Z poblizkich lasów głębokie powiewy spływają na dachy domostw pieszczotą. Łąki, zalewający je cień, mają jakiś tajemniczy, skupiony majestat a niezliczone źródełka i strumyczki, nie przestające pluskać w mroku, są niby zdrowy, rytmiczny oddech uśpionej wsi. Niekiedy stare koło młyńskie zdawało się coś mruczeć przez sen, jak te psy-stróże, co chrapiąc, warczą; odzywały się w niem jakieś trzeszczenia i zgrzyty, gadało samo z sobą, trącane spadkiem Mozelli, której strugi, płynąc, wydawały dźwięki, tonom organowych piszczałek podobne. Nigdy jeszcze głębszy spokój nie tulił do snu tego szczęśliwego zakątka natury i siedzib ludzkich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.