Antoniusz i Kleopatra (Shakespeare, tłum. Ostrowski, 1895)/Akt piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Antoniusz i Kleopatra
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom II
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1895
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Krystyn Ostrowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom II
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron

AKT PIĄTY.

SCENA PIERWSZA.
Obóz Cezara przed Aleksandryą
CEZAR, AGRYPA, DOLABELA, MECENAS, GALUS, PR0KULEJUS i inni.

Cezar. Idź, Dolabelo, niech broń wreszcie złoży,
Po takiej klęsce, powiedz mu otwarcie,
Ze bezskuteczny szydzi z nas odwłoka.
Dolabela. Do usług.

(Wychodzi. Dercetas wchodzi z mieczem Antoniusza).

Cezar. Ktoś ty jest? któż cię ośmiela
Przed nami stawać?
Dercetas. Dercetas mię zowią.
Służyłem temu, kto był najgodniejszym
Najlepszej służby, póki żył dla sławy,
Był moim panem, a jam znosił życie,
By dać je mu w ofierze. Jeśli łaska,
Cezarze, przyjąć mię, chcę stać przy tobie,
Jak przy nim stałem, jeślim ci zbyteczny,
Weź moją krew bezpłatnie.
Cezar. Co ty mówisz?
Dereetas. Cezarze, mówię, że Antoniusz zmarły.
Cezar. O nie! zgon taki sprawiłby silniejszy
Po świecie rozgłos, grom ten lwy by rzucił
W ulice miast, a mieszczan w ich jaskinie.

Śmierć Antoniusza, nie jest jak zwyczajna,
W nim zgasłoby pół świata.
Dereetas. Skonał przecie,
Lecz nie zgładzony przez katowską rękę
Lub nóż najemny, bo tym samym mieczem,
Co w czynach swych zapisał jego sławę,,
A dziś, z odwagą z serca mu natchnioną,
To serce przeszył. Miecz ci ten przynoszę,
Wydarty z ran ziejących i zbroczony
Krwią najzacniejszą.
Cezar. Wszyscy się smucicie?
To słusznie i chwalebnie, przy tej wieści
Bogowie się rozpłaczą.
Agrypa. Rzecz szczególna,
Że serca głos nam każe się litować
Nad własnym czynem.
Mecenas. Pełnią cnót przeważał
Znikome skazy.
Agrypa. Nigdy duch wznioślejszy
Ludzkości nie przodkował, lecz niebianie
Człowieka godłem chcieli mieć ułomność.
Sam Cezar płacze.
Mecenas. To zwierciadło świetne
Mu własny los przedstawia.
Cezar. Antoniuszu!
Jam sprawcą twej niedoli — są choroby
Dla których nóż niezbędny. Trzeba było
Dla ciebie Rzym poświęcić, lub dla Rzymu
Twą władzę skruszyć, w świecie dla nas obu
Przestrzeni brakło. Przyjm to słowo żalu,
Z tą szczerą łzą, jak nasza krew serdeczna,
Wylaną nad mym bratem, rówiennikiem,
U szczytu, sławy zgasłym, nad współrządzcą
I towarzyszem wśród wojennych trudów,
Zastępów mych prawicą, wzniosłem sercem,
Gdzie duch mój się rozżarzał — Ze też nasze
Nieprzejednane gwiazdy to braterstwo
Rozerwać nam kazały! — Wiedzcie wszyscy,
Lecz więcej powiem przy swobodnej chwili.

(Skarus wchodzi).

Bo człowiek ten ma ważną wieść w obliczu,
Musimy go wysłuchać. — Skąd przychodzisz?
Skarus. Jam prosty kmieć egipski. Moja pani
Dziś bez przytułku, w swym grobowcu skryta,
Świadomą pragnie być o twych zamiarach,
By według nich się mogła przysposobić
Do swej zmuszonej doli.
Cezar. Na otuchę,
Już dziś się dowie, przez którego z naszych,
Jak względem niej zaszczytnie i uprzejmie
Postąpić chcemy, bo Cezara szczęściem
Jest przebaczenie.
Skarus. Żegnam cię, Cezarze!

(Wychodzi).

Cezar. Na ciebie, Prokuleju. Idź i powiedz,
Że nie znam zemsty: zanieś jej pociechę
Stosowną do wielkości jej cierpienia,
By w dumie swej, zamachem zabójczym
Nie uszła z naszych rąk; żyjąca w Rzymie
Zwycięstwom naszym świetność da niezgasłą.
Idź i najspieszniej donieś nam co mówi,
A zwłaszcza co stąd wnosisz.
Prokulejus. Wnet odpowiem.

(Wychodzi).

Cezar. Idź za nim, Galu. — Niech i Dolabela
W tej sprawie wam pomoże.

(Galus wychodzi).

Wszyscy. Dolabela!
Cezar. Sam właśnie go wysłałem; nim powróci,
Wy ze mną do namiotu: zobaczycie,
Jakem niechętnie wdał się w tę wyprawę,
Jak moje listy, zgodne i spokojne,
Zażegnać chciały tę powszechną wojnę.

(Wychodzą).
SCENA MRUGA.
W Aleksandryi. W grobowcu.
KLEOPATRA, CHARMION i IRAS.

Kleopatra. Strapiony duch już się uczciwiej rządzi.
O Charmion, co za wstyd zwać się Cezarem;

Być nie fortuną, lecz jej posługaczem,
Narzędziem jej swawoli; wszak szlachetniej
Uczynić to, co wszelki czyn dopełnia.
Przygody wiąże, zmienny los krępuje,
Usypia i odsądzą nas od mierzwy,
Karmiącaj kmiecia i Cezara.

(Wchodzą i obsadzają wejścia na zewnątrz: Prokulejus, Gains i żołnierze).

Prokulejus. Pani,
Egiptu księżno, Cezar cię pozdrawia,
Wzywając do namysłu nad prośbami
Godnemi jego względów.
Kleopatra. Twe nazwisko?
Prokulejus. Prokulej, na usługi.
Kleopatra. Sam Antoniusz
Zachęcił mię, bym ci wierzyła; wszakże
Nie bardzo dbam o wierność obcych ludzi,
Gdy zdrad już się nie lękam. Jeśli Cezar
Chce w księżnej mieć żebraczkę, to mu powiedz,
Że mój majestat, dla godności tronu,
O mniej niż o królestwo się nie schyli.
Zdobyty Egipt niech mój syn posiędzie,
To ja mu klęcząc złożę hołd dziękczynny
Za zwrot choć tej własności.
Prokulejus. Miej nadzieję,
W monarsze dłonie wpadłaś, to ci ręczę.
Dowolnie zdaj się na Cezara łaskę,
Bo tak jest szczodrą, że jej nadmiar spływa
Na wszelką nędzę. Niech mu więc odniosę
Wieść twej lenności, znajdziesz w nim zwycięzcę,
Co tem wspanialszą wesprze cię pomocą,
Im korniej przed nim klękniesz.
Kleopatra. Powiedz, proszę,
Żem jest zdobyczą jego, więc uznaję
Objętą przezeń władzę. Wciąż się wprawiam
W niezwykłą mi naukę posłuszeństwa,
I radabym go poznać.
Prokulejus. On wzajemnie,
Bo wiem, że nad twą dolą się lituje
I radby ją polepszyć.

Galus. Patrz, jak łatwo
Zdobywać twierdze.

(Galus i dwaj żołnierze wstępują drabiną do grobowca, otwierają rygle wejścia; za nimi Prokulejus z resztą żołnierzy).

Strzedz jej dla Cezara.

(Wychodzi).

Iras. O pani!
Charmion. Kleopatro! tyś ujęta! —
Kleopatra. O, jeszcze nie; do czynu.

(Dobywa sztylet).

Prokulejus. Stój, królowo!

(Rozbraja Kleopatrę).

Co czynisz? to szaleństwo! nie przychodzę
Cię zdradzić, lecz wyzwolić.
Kleopatra. Czy od śmierci,
Co chorych psów uzdrawia?
Prokulejus. Kleopatro.
Nie szydź z Cezara łaski. Chcieć się zabić,
To myśl niegodna ciebie: niech świat widzi
Spełnioną jego dobroć; a śmierć twoja
Zniweczy plon jej.
Kleopatra. Śmierci, śmierci, śmierci!
Gdzież jesteś? chodźże, czeka cię królowa
Pilniejsza od niemowląt i żebraków!
Prokulejus. Umiarkuj się.
Kleopatra. Już jeść nie będę, panie,
Już nie chcę pić, a jeśli to nie starczy,
Nie będę spać. Roztrącę tę powłokę,
Niech Cezar sobie radzi. Ja zaś żywcem
Nie dam się wlec w orszaku twego władzcy,
I nie pozwolę, by Oktawia głupia
Zelżyła mię spojrzeniem. Wyście chcieli
Wystawić mię na widok podłej tłuszczy
Ohydnych Rzymian! Raczej rów w Egipcie
Mię dziś pogrzebie! raczej w muł Nilowy
Zagrzęznę naga, i robactwo wodne
Roztoczy mię do kości! raczej wzniosę
Na szczycie mych piramid szubienicę
I nań łańcuchem rzymskim się powieszę!

Prokulejus. Obecny Cezar wnet ci udowodni,
Że postrach twój go krzywdzi.
Dolabela (wchodząc). Prokuleju,
O twym zamachu Cezar już świadomy,
Przysyła mię po ciebie; a królowę
Pod moją straż oddaje.
Prokulejus. Dolabelo,
Spełniłem rozkaz bądźże dlań uprzejmym. —
Co tylko zlecisz mi łaskawa pani,
To mu obwieszczę.
Kleopatra. Umrzeć bym pragnęła.

(Wychodzą Prokulejus i żołnierze).

Dolabela. Wszak już słyszałaś o mnie, cesaizowo?
Kleopatra. Nie pomne wcale.
Dolabela. Jam jest Dolabela.
Kleopatra. Dziękuję. Znam czy nie znam, cóż mi z tego.
Śmiejcie się, gdy chłopcy lub dziewczęta
O swoich snach gadają.
Dolabela. Nie rozumiem.
Kleopatra. Otóż mnie śniło się, że pewien mocarz —
O, więcej takich snów, bym wyśnić mogła
Równego mu człowieka!
Dolabela. Racz łaskawie —
Kleopatra. Twarz jego słońcem, a księżycem skronie
Pod wieńcem gwiazd, złocące w swym obiegu
Ten drobny krąg, tę ziemię.
Dolabela. Chciej królowo —
Kleopatra. Nad oceanem stąpał: swem ramieniem
Ocieniał świat; głos jego brzmiał jak lutnia
Harmonii wiecznych, w mowie do przyjaciół,
Lecz gdy w natarciu rzucał krzyk zwycięski,
W grom śmierci się rozdźwięczał. W jego łasce
Nie było zimy; to jak jesień wschodnia,
Plenniejsza po zebraniu. Miłość jego,
To młody rój delfinów, pląsający
Nad modrym swym żywiołem. Miał przy sobie
Tłum królów, książąt; wyspy i mocarstwa
Perłami z rąk płynęły.
Dolabela. Kleopatro —

Kleopatra. Czy kiedy był, lub mógł być, taki człowiek,
Jak ten o którym śniłam?
Dolabela. Nie, zaiste.
Kleopatra. Ty kłamiesz, świadczę się jasnością nieba;
Lecz jeśli żył lub żyć ma ktoś podobny,
To tylko sen wymarzy: bo przyroda
W twórczości mu nie zrówna; takim tworem
Przemogłaby zmyślenie wyobraźni
I snom zadała kłamstwo.
Dolabela. Racz mię słuchać.
Nieszczęście twoje, wielkie jak ty sama,
Z godnością znosisz. Niech mój zamiar nigdy
Nie dojdzie skutku, jeślim jest nieczuły
Na boleść twoją, w sercu mem odbitą.
Kleopatra. Czy wiesz, co Cezar o mnie postanawia?
Dolabela. Choć wiem, z niechęcią spełniam to zlecenie.
Kleopatra. Ach, powiedz, proszę —
Dolabela. Żadna w tem sromota —
Kleopatra. Mam żywcem wejść do Rzymu?
Dolabela. Tak jest, pani.
Kleopatra. Już dość. — I tyś się podjął tej podłości?
Precz stąd, zuchwalcze!
Dolabela. Pani —
Kleopatra. Do mnie, siostry!

(Głos za sceną).

Na ustęp, oto Cezar.

(Wchodzą CEZAR, GALUS, PROK0LEJUS, MECENAS, SELEUKUS i służba).

Cezar. To królowa?
Dolabela. Tak jest. — Oktawiusz, twój zwycięzca.

(Kleopatra klęka).

Cezar. Powstań,
Nie klękaj, pani, proszę cię.
Kleopatra. Bogowie
Tak rozrządzili, składam hołd powinny
Mojemu panu.
Cezar. Nie korz się przede mną.
Choć w naszem łonie tkwią doznane krzywdy,

Zapomnim o nich, jakby tylko były
Przypadku dziełem.
Kleopatra. O, wszechwładzco świata,
Nie zdołam tak wysłowić mej obrony,
By mię twój sąd rozgrzeszył, lecz wyznaję,
Żem choć królowa, była zbyt przystępną
Ułomnej płci słabościom.
Cezar. Kleopatro,
Ja twym obrońcą, nie oskarżycielem.
Do naszej chęci jeśli się odwołasz,
(A ta ci jest przyjazną) w tej dążności
Odniesiesz wielką korzyść, lecz nie zmuszaj
Do srogich praw odwetu, Antoniusza
Stąpając torem, gdyż nie tylko siebie
Pozbawisz mych dobrodziejstw, twoje dzieci
Pchniesz w otchłań, z której pragnę je wydobyć
Przy twej pomocy. Rzekłem i pozdrawiam.
Kleopatra. Świat ci otworem stoi, ty nim władasz,
My twej zdobyczy godłem i pomnikiem,
Tam staniem, gdzie rozkażesz. Przyjm to pismo.
Cezar. Bądź mym doradzcą, co do Kleopatry.
Kleopatra. To spis pieniędzy, sreber i klejnotów,
Będących mą własnością, spis rzetelny,
Drobnostki w nim nie zbywa. — Gdzie Seleukus?
Seleukus. Co łaska?
Kleopatra. Mój podskarbi niech zaświadczy
Pod karą miecza, czym zastrzegła sobie
Najmniejszą rzecz. Seleuku, powiedz prawdę.
Seleukus. Niech język mój strętwieje, zanim skłam ię,
Pod karą miecza.
Kleopatra. Com ze skarbca wzięła?
Seleukus. Dość by wykupić wszystko co zawiera.
Cezar. Nie rumień się królowo, dziś mocarzom,
Przezorność jest konieczną.
Kleopatra. Patrz, Cezarze!
Jak szczęście zwabia! moi chcą być twymi,
W zamianie losów, byłoby odwrotnie.
Niewdzięczność tego kłamcy do wściekłości
Mię przyprowadza. — Sługo, tak niewierny
Jak miłość wynajęta! — Ty się cofasz?

Ty mi nie zbiegniesz, ja ci oczy wydrę,
Choćbyś miał sępie skrzydła. Psie bez duszy!
Najlichszy łotrze!
Cezar. Błagam cię, królowo.
Kleopatra. Cezarze! patrzaj, co za wstyd okropny,
Że gdy w tym grobie raczysz mię odwiedzać,
Twym majestatem szczycąc mię, bezwładną,
Mój własny sługa, ciężar mej niedoli,
Obarcza swą podłością! Dajmy na to,
Żem przechowała jakiś grat niewieści,
Bezcenny drobiazg, takie źdźbło znikome,
Jakiem i płoche darzą się mieszczanki,
Żem nawet skryła pewien fant świetniejszy
Dla Liwii lub Oktawii, by wyjednać
Ich pośrednictwo, mamże być skarżoną
Przez tych, co ze mnie żyli? O bogowie!
Ten cios mię głębiej strąca. Precz odemnie,

(do Seleuka).

Nim tchnieniem zemsty duch mój rozpłomienię
Na zgliszczach mej niedoli. — Będąc człekiem,
Miałbyś nade mną litość.
Cezar. Idź Seleuku.

(Seleukus wychodzi).

Kleopatra. Widzicie, że nas królów świat potępia
Za to, co drudzy czynią. Gdy upadniem,
Co było cnotą, staje się występkiem.
Ach, wielkość, to nieszczęście!
Cezar. Kleopatro,
Coś ukryć mogła, lub coś tu przyznała,
Nie wchodzi w skład zdobyczy, to jest twojem,
Rozrządzaj niem do woli, w przekonaniu,
Że Cezar nie jest zbójcą i nie umie
Brać to, co nabyć może. Nie czyń sobie
Katuszy z własnych myśli, nie, królowo,
Bo zamierzamy tak postąpić z tobą
Jak sama nam poradzisz. Jedz, spoczywaj,
A nadewszystko wierz w Cezara chęci,
Przyjazne ci do końca, żegnam zatem.
Kleopatra. Łaskawy panie!

Cezar. Zwij mię raczej bratem.

(Zatrąbienie. Cezar wychodzi z orszakiem).

Kleopatra. On łudzi mię słowami, bym straciła
Poczucie mej godności. Słuchaj, Charmion.

(Mówi jej do ucha).

Iras. Już dość, królowo, jasny dzień się zmierzcha,
Wnet pomrok cię zaskoczy.
Kleopatra. Spiesz i wracaj,
Mój wyrok już wydany, jam gotowa,
Idź, powiedz, że mi pilno. —

(Charmion wychodzi).

Dolabela?
Dolabela (wchodząc). Rozkazem pani dane mi zlecenie
Współczucie własne spełnić mi doradza.
Więc jej obwieszczam, że z Cezarem wojsko
Przez Syryę kroczy, że przed trzecią, dobą
Sam wyszle przodem ciebie i twe dzieci.
Z tej wieści zrób użytek; jam uczynił,
Com przyrzekł, com powinien.
Kleopatra. Dolabelo,
Ja dłużną ci zostaję.
Dalalbela. Ja twym sługą
Najuniżeńszym.
Kleopatra. Żegnam, i na długo.

(Dolabela wychodzi).

Nareszciem wolna. Iras, cóż ty myślisz?
Egipska lalko, chcesz być wystawioną
Wraz ze mną, w Rzymie: gdzie tragarze brudni,
Z fartuchem stęchłym, łokciem i młotami,
Podniosą nas na pręgierz, ich oddechem
Zatrutym lichą strawą wskroś przejęte,
I potem ich skąpane?
Iras. Nie, o nigdy!
Kleopatra. A przecież to nas czeka. Tłum liktorów
Pogłaszcze jak sprośnice; wieszcz obdarty
Satyrą nas oszczeka; miejskie błazny
Prologiem poczęstują i przedstawią
Aleksandryjskie uczty, gdzie Antoniusz
Pod stołem zaśnie, ja zaś widzieć będę

Chłopaka grającego mię, królowę,
W postaci dziewki.
Iras. O bogowie mocni!
Kleopatra. I to nas czeka.
Iras. Tego nie zobaczę;
Paznogcie pierwej w oczach mych utopię.
Kleopatra. Tak, to jedyny sposób, by zniweczyć
I wyśmiać ich zamiary. — Oto Charmion. —

(Charmion wraca).

Ubierzcie mię siostrzyce, jak do tronu —
W szkarłatne stroje — znów na Cydnus wsiędę
I spotkam Antoniusza. — Spiesz się, Iras. —
Ty, wdzięczna Charmion, z nią przyrządzisz wszystko;
Po pracy tej ostatniej, będziesz wolną
Aż po dzień sądu. — Daj koronę, perły.
Skądże ten zgiełk?

(Iras wychodzi. Zgiełk za sceną).

Żołnierz (wchodząc). Jest tam pachołek wiejski;
Domaga się przystępu do królowej,
Z plecionką fig.
Kleopatra. Niech wejdzie. Czyn szlachetny.

(Żołnierz wychodzi).

Ten płaz dokona! on mi wolność niesie.
Mój zamiar już stanowczy, nie mam w sobie
Nic niewieściego: całam jak z marmuru,
Od stóp do głowy; zmienny krąg miesiąca
Przestaje być mą gwiazdą.

(Wraca żołnierz z wieśniakiem przynoszącym figi).

Żołnierz. Oto człowiek.

(Wychodzi).

Kleopatra. Ustąpcie mu. Masz żmijkę tę Nilową
Dającą śmierć bez bólu?

Wieśniak. Zaprawdę przyniosłem, ale nie radzę dotykać się go, bo ukąszeniem śmierć niesie. Ludzie, których ząb jego zabił, prawie nigdy, a przynajmniej rzadko, powracają do życia.
Kleopatra. Czy znałeś ludzi, którym śmierć zadał?
Wieśniak. Bardzo wielu, tak mężów jak niewiast. O jednej nie później słyszałem jak wczoraj. Była to bardzo zacna białogłowa, choć co prawda, nieco lubiąca mijać się z prawdą. Kobieta ta opowiadała o śmierci i cierpieniach, które jego ząb jej za dał: świadczyła jak najlepiej o robaku, ale temu, który w połowie ludzkim słowom wierzy, w połowie nawet ludzkie nie pomogą czyny. To tylko jest prawda, że to arcy ciekawy robak.
Kleopatra. Odejdź już, przyjacielu.
Wieśniak. Bawcie się z robakiem.
Kleopatra. Bądź zdrowym.

(Wieśniak stawia kosz).

Wieśniak. Tylko w rozumne ręce powierzyć go można; w nim tkwi wiele złego.
Kleopatra. Nie frasuj się o to. Baczyć o nim będziem.
Wieśniak. Wybornie. Nie dawajcie mu jeść, bo nie wart jest strawy.
Kleopatra. A mnie będzie chciał jeść?
Wieśniak. Nie bierzcie mnie znów za głupca; wiem dobrze, że sam bies nie chciałby skosztować białogłowy.

Kleopatra. Odejdź już, bądź mi zdrowym

Wieśniak. Odchodzę, bawcie się z robakiem.

(Wychodzi wieśniak — wchodzi Iras, niosąc koronę i szaty królewskie).

Kleopatra. Dajże mi płaszcz, koronę; nieśmiertelne
Przejmują mię pragnienia. Od tej chwili
Miód gron Egipskich już tych ust nie zmoczy. —
Co żywo, Iras. — Zda mi się, że słyszę
Głos Antoniusza; gdy powstały z grobu
Mój czyn uwielbia i wyszydza marne
Cezara szczęście, z niebios mu zesłane,
Jak przyszłych klęsk wyrocznię. Otóż idę
Do ciebie, mężu: jam tej nazwy godna!
Jam duch i płomień; ziemskie me żywioły
Niech w ziemię wrócą. — Czyście już gotowe?
Więc przyjmcie moich warg ostatnie żary.
Bądź zdrowa, Charmion — Iras, żyj szczęśliwa.

(Daje im pocałunek. Iras pada i umiera).

Czy mam gadzinę w ustach? Tyś upadła?
Jeżeli z życiem żegnasz się tak mile.
To snać grom śmierci jest boleścią lubą
Jak dreszcz miłosny. Czy nie wstaniesz więcej?
Tak szybkim zgonem świadczysz, że świat cały
Nie godzien podziękowania.
Charmion. Mgły wezbrane,
Bozpłyńcie się strumieniem, niech łzy wasze
Z jej duchem w raj odlecą!
Kleopatra. To mię gnębi.
Jeżeli pierwsza spotka go w Olimpie,
Pytając o mnie, da jej pocałunek,
Co był mem niebem. Chodź, śmiertelny gadzie,

(Przykładając żmiję do piersi).

Zatrutem żądłem rozwiąż lub rozerwij
Zwinięty kłąb żywota. Nędzny zbójco,
Czyś niedość gniewny? Niech twój pisk usłyszę,
Kąsając powiedz, że ów Cezar wielki,
Jest wielkim karłem.
Charmion. O bogini wschodu!
Kleopatra. Milcz! u mej piersi widzisz to niemowlę,
Co ssąc usypia mamkę?
Charmion. Sen okropny!
Kleopatra. Jak balsam słodki, lekki jak powietrze. —
Antoniusz woła! — Druga ślad jej zetrze. —

(Przykłada drugą żmiję do ramienia).

Nie warto żyć —

(Pada na łoże i kona).

Charmion. Na ziemi? — Żegnam ciebie. —
O śmierci, chwal się, żeś zaćmiła w niebie
Najżywszą gwiazdę. — Zmrużcie się, okienka;
Słoneczne blaski dała ta jutrzenka,
Już zgasła! kiedyż przejrzą się niebiosa
W tak świetnem źródle? Wieniec twój z ukosa;
Daj, niech poprawię: to mej służby koniec,
A potem — wolność.
Pierwszy żołnierz (wpadając). Od Cezara goniec!
Charmion (chwytając żmiję). Zapóźno! — Cbodźże! już twe żądło czuję.

Pierwszy żołnierz. Żołnierze, za mną! ktoś tu zdradę knuje.
Drugi żołnierz. Patrz, przed jej trupem, Cezar sam uklęknie.
Pierwszy żołnierz. Coście zrobiły? — Charmion, czy to pięknie?
Charmion. Mów ciszej; córce książąt i rycerzy,
Królowej z królów, umrzeć tak należy.
Ach, pani!

(Kona).

Dolabela (wchodząc). Cóż tu zaszło?
Drugi żołnierz. Wszystkie zmarły.
Dolabela. To ród olbrzymi, my jesteśmy karły. —
Za wielkość Rzymu ginie ta ofiara,
Wspaniałym zgonem.
Głosy (za sceną). Miejsce dla Cezara!

(Cezar wchodzi z całym orszakiem).

Dolabela. Cezarze! coś przewidział, to się stało:
Z rąk nam uchodzą
Cezar. To szlachetnie, śmiało!
Odgadła naszą myśl i własnym torem
Królewskim poszła. — Lecz jak się zabiły?
Nie widzę krwi.
Dolabela. Kto był ostatni z niemi?
Pierwszy żołnierz. Ów prosty wieśniak, co im przyniósł figi
W tym koszu.
Cezar. Więc otrute?
Pierwszy żołnierz. Niewiadomo.
Dopieroco ta żyła; bom ją widział
I słyszał, jak się zaprzątała wieńcem
Swej zmarłej pani: wstała drżąc i nagle
Na ziemię padła.
Cezar. Mężny duch w mdłej piersi! —
Gdyby się struły, to by poznać można
W nabrzmieniu członków; sen jej tak pogodny,
Jak gdyby siecią czarów swych łowiła
Drugiego Antoniusza.
Dolabela. Tu, na piersi,
Jest krwawy znaczek i spuchnięcie drobne;
Tu drugie, na ramieniu.

Pierwszy żołnierz. To ślad żmii,
Na liściach piany, jak w Nilowej grocie,
Po przejściu węża.
Cezar. Zdaje się w istocie,
Że tak skonała. Lekarz jej powiadał,
Że z nią tysiącznych już sposobów badał
Najlżejszej śmierci. — Złożyć ją na tronie
I zmarłe sługi wynieść. Niech po zgonie
Spoczywa przy tym, który żył jej życiem.
Gdzież znajdę ziemię godną być nakryciem
Tak świetnej pary? Pamięć ich nietknięta
W litości wieków będzie żyć tak święta,
Jak sława ich zwycięzcy. Przy obrzędzie,
Za trumną wojsko iść orszakiem będzie,
A stąd, do Rzymu. — Rozkaz daj niebawem
Uczczenie zmarłych jest ludzkości prawem.

(Wychodzą).
KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Krystyn Ostrowski.