Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga
Pobierz jako: Pobierz Cała część II-ga jako ePub Pobierz Cała część II-ga jako PDF Pobierz Cała część II-ga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Utworzenie kompletu seminarzystek.

Maryla odłożyła robotę ręczną na kolana i oparła się w swym fotelu. Oczy miała zmęczone; przez głowę przemknęła jej myśl, że przy najbliższej bytności w mieście zmuszona chyba będzie zmienić szkła okularów na silniejsze. W ostatnich czasach tak często i łatwo wzrok jej się nużył.
Było prawie ciemno, gdyż listopadowy zmierzch otulił już Zielone Wzgórze i jedyne światło padało od czołgających się w kominku czerwonych języków ognia.
Ania siedziała na dywaniku przed kominkiem i spoglądała w resztki rozżarzonych głowni drzewa klonowego. Czytała, ale oto książka zsunęła się z jej rąk na podłogę, i dziewczynka zatopiła się w marzeniach, z uśmiechem na przymkniętych ustach. Z mgieł i tęczy jej bogatej wyobraźni wysnuwały się świetne zamki na lodzie; cudne czarowne przygody spotykały ją w krainie obłoków... przygody, które tam kończyły się zawsze szczęśliwie i nigdy nie przyprawiały jej o przykre sytuacje, jak to, niestety, zdarzało się często w życiu codziennem.
Maryla spoglądała na nią z czułością, na jaką nie pozwoliłaby sobie nigdy w świetle jaśniejszem, niż to harmonijne połączenie zmroku ze światłem zarzewia. Miłości, wyrażającej się w szczerej mowie i spojrzeniu oczu, Maryla nie potrafiła się nauczyć. Lecz umiała kochać to szczupłe, szarookie dziewczę uczuciem tem głębszem i silniejszem, iż tak mało na zewnątrz wyjawianem. Lękała się trochę, że to przywiązanie czyni ją może zbyt pobłażliwą. Doznawała przykrej obawy, czy takie gorące ukochanie jednej ludzkiej istoty nie jest niesprawiedliwością, i z tego powodu nieraz zadawała sobie pewien gwałt, starając się być surowszą i krytyczniej usposobioną dla swej wychowanki, niż czyniłaby to wtedy, gdyby była mniej do niej przywiązana. Niewątpliwie Ania sama nie miała pojęcia o tem, jak bardzo Maryla ją kochała. Niejednokrotnie myślała, że niezmiernie trudno jest zadowolić Marylę, która zapewne nie ma dla niej sympatji i zrozumienia. Lecz natychmiast z wyrzutem odsuwała od siebie myśl podobną, przypominając sobie, jak wiele zawdzięcza swej opiekunce.
— Aniu — rzekła nagle Maryla — panna Stacy była tutaj podczas twej nieobecności.
Ania drgnęła i z westchnieniem powróciła z dalekich światów.
— Była? Ach, jakże żałuję! Dlaczego Maryla nie zawołała mnie? Byłyśmy z Djaną tylko w Lesie Duchów. Cudnie jest teraz w lasach! Cały drobiazg leśny... paprocie, krzaczki jagód i trawy ułożyły się do snu, jak gdyby je kto nakrył kołderką z liści... poleżą tak do wiosny. Wyobrażam sobie, że mały popielaty elf, spowity w szal o tęczowych barwach, zakradł się ku nim, na paluszkach, ostatniej księżycowej nocy i pootulał je pieczołowicie. Djana nie bardzo temu wierzy. Nie zapomniała ona dotąd nagany, jaką w swoim czasie udzieliła jej matka za owe zaczarowane istoty w Lesie Duchów. Miało to bardzo zły wpływ na jej wyobraźnię... Djana i ja przyrzekłyśmy sobie zupełnie poważnie nigdy nie wyjść za mąż i mieszkać razem jako stare panny. Jednak Djana nie powzięła jeszcze absolutnie stanowczej decyzji, bo uważa, iż może szlachetniej byłoby zostać żoną jakiegoś zepsutego, rozrzutnego hulaki i nawrócić go na dobrą drogę. Djana i ja rozmawiamy obecnie najczęściej o poważnych sprawach. Uważamy, żeśmy na tyle już dorosły, iż nie powinnyśmy rozprawiać o kwestjach dziecinnych. To coś tak uroczystego — świadomość, że się ma lat czternaście. Panna Stacy zabrała nas, starsze, w środę nad staw i rozmawiała z nami na ten temat. Twierdziła, że żadne starania nie są zbyt wielkie, kiedy chodzi o urobienie charakterów i stworzenie ideałów w tym naszym wieku podrastających dziewcząt. Albowiem, gdy dojdziemy wieku lat dwudziestu, charaktery nasze będą już ustalone, i fundament na całe przyszłe życie założony. A jeśli fundament będzie niepewny, nie potrafimy nigdy zbudować na nim czegoś wartościowego — dodała — Djana i ja rozmawiałyśmy o tem długo, wracając ze szkoły. Byłyśmy bardzo poważnie nastrojone, Marylo. I postanowiłyśmy starać się urabiać w sobie dzielne charaktery, zdobywać rozsądne przyzwyczajenia, uczyć się jak najwięcej, rozwinąć w sobie dobroć, aby w dwudziestym roku życia być skończenie rozwiniętym człowiekiem. Strasznie jest pomyśleć sobie, że się ma lat dwadzieścia! To brzmi tak poważnie i staro. Ale dlaczego panna Stacy przyszła do nas?
— Właśnie chciałam ci to powiedzieć, Aniu, jeżelibyś pozwoliła mi wtrącić słówko. Mówiła ze mną o tobie.
— O mnie? — Ania zmieszała się nieco. Poczem zarumieniła się i zawołała:
— Aha, wiem już, co mówiła. Sama miałam zamiar opowiedzieć to Maryli, ale naprawdę zapomniałam. Panna Stacy zastała mnie wczoraj po południu w szkole nad czytaniem „Ben Hura“, zamiast nad lekcją historji Kanady. Pożyczyłam tę książkę od Janki Andrews. Czytałam ją podczas pauzy obiadowej i właśnie zaczęłam rozdział o wyścigach, gdy trzeba było powrócić do szkoły. Ginęłam z ciekawości dowiedzenia się o rezultacie — chociaż byłam pewna, że Ben Hur musi zwyciężyć, gdyż w przeciwnym razie nie byłoby sprawiedliwości powieściowej — więc rozłożyłam historję otwartą na pulpicie, a „Ben Hura“ położyłam na kolanach, oparłszy go o pulpit. Zdawało się wszystkim, że pracuję nad lekcją historji, a tymczasem czytałam spokojnie. Byłam tak bardzo zajęta, że nie zauważyłam nawet, iż panna Stacy przeszła pomiędzy ławkami i stanęła obok mnie. Dopiero spojrzawszy nagle w jej stronę, zobaczyłam ją, wzrokiem pełnem wyrzutu spoglądającą na mnie. Nie mogę wcale wypowiedzieć, jak bardzo zawstydziłam się, szczególniej, gdy usłyszałam za sobą chichotanie Józi Pay... Panna Stacy zabrała „Ben Hura“, ale nie wyrzekła ani słowa. Dopiero po skończonych lekcjach pomówiła ze mną i zwróciła mi uwagę, że postąpiłam niewłaściwie pod dwoma względami. Po pierwsze marnowałam czas, przeznaczony na naukę, po drugie oszukiwałam nauczycielkę, udając, że uczę się historji, gdy właściwie czytałam powieść. Nigdy przedtem nie miałam pojęcia, że to, co uczyniłam, było oszustwem... Zdumiałam się! Płakałam gorzko, prosząc pannę Stacy, by mi przebaczyła, a nigdy już nie uczynię nic podobnego. Przyrzekłam, iż za karę postanawiam cały tydzień nie zajrzeć do „Ben Hura“, nie przekonać się nawet, jak się skończyły wyścigi. Ale panna Stacy rzekła, że wcale nie wymaga takiej ofiary i wybacza mi. Dlatego sądzę, że niesprawiedliwie postąpiła, zwracając się z tą kwestją do Maryli.
— Panna Stacy nie wspominała mi nawet o tem, Aniu. To twoje nieczyste sumienie nie daje ci spokoju. Nie powinnaś zabierać powieści do szkoły. Ty i tak tracisz zbyt wiele czasu na czytanie nowel. Kiedy ja byłam w twoim wieku, nie wolno mi było nawet spojrzeć na powieść.
— Ach, jakże można nazwać „Ben Hura“ nowelą? Wszakże to prawie poważna książka! — zaprotestowała Ania. — Toć ja obecnie nie czytam nic, czego panna Stacy lub pani Allan nie uznają za odpowiednie dla dziewczęcia w wieku lat trzynastu i trzech kwartałów. Panna Stacy wzięła odemnie takie przyrzeczenie. Pewnego dnia zastała mnie zagłębioną w czytaniu „Strasznej tajemnicy Zamku Upiorów“. Pożyczyłam tę książkę od Ruby Gillis. Ach, Marylo, jakie to było okropne i przykuwające uwagę opowiadanie! Poprostu ścinało lodem krew w żyłach. Ale panna Stacy uważała, iż to niezmiernie głupia i szkodliwa książka i prosiła, bym już nigdy nie czytała podobnych bzdurstw. Rozumie się, że przyrzekłam, iż więcej tego nie uczynię, ale dużo siły woli trzeba było, aby nie dokończyć takiej ciekawej powieści i nie dowiedzieć się o losie jej bohaterów. Jednakże przywiązanie moje do panny Stacy zwyciężyło pokusę i dotrzymałam przyrzeczenia. Naprawdę, Marylo, zadziwiającem jest, ile można wymóc na sobie, gdy pragniemy sprawić przyjemność ukochanej istocie.
— Widzę, że mogę zapalić lampę i zabrać się do roboty — rzekła Maryla. — Zdaje się, iż nie ciekawa jesteś tego, co panna Stacy mówiła. Najbardziej zajmuje cię twoja własna paplanina.
— Ale cóż znowu, Marylo, ja bardzo pragnę usłyszeć o co chodzi! — wybuchnęła Ania przerażona. — Nie powiem już ani jednego wyrazu... nic wcale. Wiem, że mówię zbyt wiele, i staram się poprawić z tej wady. Gdyby jednak Maryla wiedziała, ile chciałabym powiedzieć i ile przemilczam, z pewnością miałaby dla mnie szacunek. Słucham więc, Marylo!
— Otóż panna Stacy ma zamiar zorganizować komplet z pośród najbardziej posuniętych uczniów i uczennic, pragnących zdawać egzaminy do Seminarjum. Chce ona dawać im specjalne lekcje, codziennie godzinę, po szkole. Przyszła więc zapytać Mateusza i mnie, czybyśmy zechcieli ciebie przyłączyć? Cóż ty myślisz o takim projekcie, Aniu? Czy chciałabyś pójść do Seminarjum i zdawać na nauczycielkę?
— O, Marylo! — Ania zsunęła się na kolana i złożyła dłonie. — Było to marzeniem mego życia... rozumie się od pół roku dopiero, gdy Ruby i Janka zaczęły rozprawiać o przygotowywaniu się do egzaminu. Lecz nie chciałam nic mówić, gdyż uważałam to za zupełnie niewykonalne. Jakże gorąco pragnęłabym zostać nauczycielką! Czyż to nie będzie jednak zbyt kosztowne? Pan Andrews mówił, że zdanie egzaminów przez Prissy kosztowało go sto pięćdziesiąt dolarów. A wszakże Prissy nie była tępa w geometrji.
— Nie niepokój się wcale tą stroną kwestji. Kiedyśmy z Mateuszem zaopiekowali się tobą, postanowiliśmy uczynić dla ciebie, co tylko będzie w naszej mocy i dać ci jak najlepsze wychowanie. Uważam, iż każde młode dziewczę powinno umieć zapracować na swe utrzymanie, bez względu na to, czy będzie tego potrzebowało, czy też nie. Dopóki Mateusz i ja będziemy żyli, Zielone Wzgórze nie przestanie być twem domowem ogniskiem. Lecz nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się stać może na tym niepewnym świecie, i dobrze jest być na wszystko przygotowanym. A więc jeśli tylko chcesz, możesz się przyłączyć do kompletu.
— O, Marylo, dziękuję! — Ania zarzuciła ramiona na szyję Maryli i poważnie spojrzała jej w oczy. — Jestem wam niewypowiedzianie wdzięczna! Będę pracowała tak gorliwie, jak tylko potrafię, i postaram się być waszą chlubą. Nie oczekujcie aby zbyt wiele co do geometrji. Za to w innych przedmiotach, ucząc się pilnie, niewątpliwie zrobię postępy.
— Przypuszczam, że dasz sobie radę. Panna Stacy twierdzi, że jesteś zdolna i pilna.
Za nic w świecie Maryla nie powiedziałaby Ani, jak gorąco panna Stacy ją chwaliła. Uważałaby to za schlebianie jej próżności.
— Tylko nie przesadzaj i nie przepracowuj się, zabijając się nad książkami. Wszakże niema pośpiechu. Nie będziecie zdawały egzaminów wcześniej, niż za półtora roku. Lepiej jest jednak zacząć naukę zawczasu i mieć mocne podstawy, twierdzi panna Stacy.
— Z pewnością będę pracowała z większem jeszcze zajęciem, niż dotąd — rzekła Ania uszczęśliwiona. — Teraz bowiem mam cel w życiu. Pan Allan powiada, że każdy winien mieć w życiu cel jakiś i dążyć do niego wytrwale. Tylko, twierdzi, należy się przedtem upewnić, że jest to cel godny zabiegów. Czyż to nie szlachetne dążenie zostać nauczycielką, taką, jak panna Stacy? Co, Marylo? Mnie się wydaje, że to musi być niezmiernie piękne powołanie!
Komplet przyszłych seminarzystów został zorganizowany we właściwym czasie. Należeli doń Gilbert Blythe, Ania Shirley, Ruby Gillis, Janka Andrews, Józia Pay, Karolek Slone, Moody Spurgeon i Mac Pherson. Djany brak było w tem gronie, gdyż państwo Barry nie mieli zamiaru wysłać jej do Seminarjum. Ania była zrozpaczona tym faktem. Od owej pamiętnej nocy, w której Mimi przechodziła krup, dziewczynki nie rozstawały się prawie. Owego popołudnia, gdy nowoutworzony komplet pozostał po raz pierwszy w szkole dla specjalnej lekcji z panną Stacy, Ania, widząc swą najdroższą przyjaciółkę, wychodzącą wraz z innymi, aby samotnie Ścieżką Brzóz i Doliną Fiołków udać się do domu, omal że nie zerwała się z miejsca, by pobiec za nią. Coś ścisnęło ją za gardło, i szybko zaczęła przeglądać kartki swej rozłożonej na pulpicie gramatyki łacińskiej, aby przed towarzyszami ukryć łzy, napływające do oczu. Za skarby świata nie zgodziłaby się, aby Gilbert Blythe lub Józia Pay spostrzegli te łzy.
— Wistocie, Marylo, wydało mi się, że zakosztowałam goryczy śmierci, jak to pan Allan się wyraził w swem niedzielnem kazaniu, widząc Djanę, odchodzącą samotnie — opowiadała tegoż wieczoru Maryli. — Wyobrażam sobie, jakby było pięknie, gdyby i Djana należała do naszego kompletu. Ale niema doskonałości na tym niedoskonałym święcie, mawia pani Linde, i chociaż nieraz nie miewa słuszności, bez wątpienia często wypowiada bardzo rozumne zdania. Wydaje mi się, że nasze wykłady będą niezmiernie zajmujące. Janka i Ruby chcą zdawać egzamin nauczycielski; jest to szczyt ich ambicji. Ruby mówi, że będzie dawać lekcje tylko dwa lata po ukończeniu, a potem zamierza wyjść za mąż. Janka chce całe życie poświęcić nauczycielstwu i nigdy, nigdy nie wyjść za mąż. Twierdzi bowiem, że jako nauczycielka będzie zarabiała, a mąż nie płaci żadnej pensji i w dodatku gniewa się, gdy żona żąda udziału w zarobkach z wyrobu masła i sprzedaży jaj. Domyślam się, że Janka mówi ze smutnego doświadczenia, bo pani Linde powiada, że jej ojciec jest skończony stary zrzęda i skąpiradło, jakich mało. Józia Pay dowodzi, że ona podejmuje studja dla samej nauki, bo przecież nie będzie potrzebowała zarobkować na swe utrzymanie. Twierdzi, że inaczej rzecz się ma z sierotami, żyjącemi z cudzej łaski... te muszą pracować. Moody Spurgeon ma zamiar zostać pastorem. Pani Linde mówi, że on nie może być niczem innem, jeśli ma przynieść zaszczyt nazwisku, jakie nosi[1]. Zdaje mi się, że nie jestem złośliwa, Marylo, ale naprawdę myśl o Moody Spurgeonie w roli pastora pobudza mnie do śmiechu. Jest on przecież taki pocieszny z tą tłustą okrągłą twarzyczką, z maleńkiemi niebieskiemi oczami i uszami odstającemi, jak dwie klapy. Może być jednak, że gdy podrośnie, zyska inteligentniejszy wyraz twarzy. Karolek Slone już postanowił obrać karjerę polityczną i zostać członkiem parlamentu, ale pani Linde twierdzi, że niema dla niego przyszłości na tej drodze, bo Slonowie są to uczciwi ludzie, a w obecnych czasach tylko łotrzy biorą się do polityki.
— A czemu Gilbert Blythe postanowił się poświęcić? — spytała Maryla, widząc, że Ania otwiera swego „Cezara“.
— Nie ciekawa byłam planów Gilberta Blythe... jeśli wogóle posiada jakiekolwiek — odrzekła Ania pogardliwie.
Pomiędzy Gilbertem a Anią zawrzało obecnie otwarte współzawodnictwo. Dawniej jasnem było, że tylko jedno z nich dąży do zajęcia pierwszego miejsca, ale teraz nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, że Gilbert na równi z Anią zdecydowany jest zostać prymusem. Wistocie był to przeciwnik, godny jej w zupełności. Wszyscy pozostali zgodnie, choć w milczeniu, uznali ich wyższość i nikomu nie wpadło na myśl stanąć z niemi do walki.
Od owej chwili, gdy nad stawem Ania odmówiła Gilbertowi wysłuchania jego prośby o przebaczenie, ten poza współzawodnictwem z nią w nauce, ignorował najzupełniej jej obecność w klasie. Gawędził i żartował z innemi koleżankami, pożyczał im książki, omawiał z niemi lekcje i plany, od czasu do czasu odprowadzał tę lub inną do domu. Tylko Ania Shirley nie istniała dlań.
Ania wkrótce przyszła do wniosku, że nieprzyjemnie jest być ignorowaną. Napróżno dumnie potrząsając głową, mówiła sobie w duchu, że to ją nic nie obchodzi. W głębi swego upartego kobiecego serduszka czuła jednak, że to ją bardzo obchodzi, i gdyby raz jeszcze powtórzyć się mogła owa sposobność nad Jeziorem lśniących wód, z pewnością odpowiedziałaby zupełnie inaczej.
I nagle z przerażeniem, które starała się zataić, poczuła, że dawna niechęć, jaką pielęgnowała w sobie ku Gilbertowi, znikła... znikła właśnie wówczas, gdy najbardziej potrzebna jej była dla znoszenia codziennych upokorzeń. Napróżno odświeżała w pamięci każdy szczegół owej pamiętnej sceny z „marchewką“ i starała się rozbudzić w sobie dawne oburzenie. Drgnęło ono po raz ostatni podczas owego spotkania w łodzi. Ania przekonała się, iż przebaczyła urazę i zapomniała, sama nie wiedząc o tem. Ale teraz było już za późno!
Szczęściem przynajmniej Gilbert, ani nikt inny, nawet Djana, nie domyślali się ani na chwilę, jak Ania bardzo na tem cierpiała i jak bardzo żałowała, iż okazała się wówczas tak dumną i nieubłaganą! Postanowiła „ukryć swe uczucia w najgłębszem zapomnieniu“, i należy przyznać, że udawało jej się to tak znakomicie, że sam Gilbert, prawdopodobnie tak niezupełnie obojętny, jak się to pozornie zdawało, nie mógł się pocieszyć ani jednym bodaj dowodem, że Ania żałowała swego pogardy pełnego odwetu. Jedyną jego pociechą było, że niemiłosiernie, bezustannie, acz niesprawiedliwie, żartowała z Karolka Slone.
Zima mijała w ciągłem kole przyjemnych obowiązków i poważnej nauki. Dla Ani dni prześlizgiwały się jak złote perły na naszyjniku roku. Była szczęśliwa, pilna, pracowała nad zdobywaniem zaszczytnych wzmianek, miała prześliczne książki do czytania, nowe pieśni, których należało się uczyć dla chórów szkoły niedzielnej. Sobotnie popołudnie spędzała zazwyczaj na probostwie w towarzystwie pani Allan, i zanim się spostrzegła, wiosna zawitała znowu na Zielone Wzgórze, cały świat ponownie stanął umajony.
Wtedy zapał do nauk ostygł cokolwiek. Przyszli seminarzyści, pozostający w klasie, podczas gdy reszta uczni i uczennic śpieszyła na zielone łąki, do cienistych gajów i wspaniałych alei, spoglądali smutnie poprzez okna i nagle przychodzili do wniosku, że czasowniki łacińskie i ćwiczenia francuskie utraciły do pewnego stopnia ów urok, jaki posiadały podczas surowych zimowych miesięcy. Nawet Ania i Gilbert wolniej i obojętniej posuwali się naprzód, i zarówno nauczyciele, jak i uczniowie byli bardzo radzi, kiedy nadszedł termin ukończenia lekcyj i radosne dni wakacyj ponętnie zajaśniały przed nimi.
— Uczciwie i sumiennie pracowaliście tego roku — rzekła panna Stacy, żegnając swój komplet na ostatniej lekcji — i zasłużyliście na przyjemne, wesołe wakacje. Używajcie do syta swobody na świeżem powietrzu i przygotujcie nowy zapas zdrowia, sił i ochoty do pracy w roku przyszłym. Będzie to przełomowa chwila w waszem życiu, ostatni rok przed składaniem egzaminów!
— Czy pani powróci do nas w roku przyszłym? — spytała Józia Pay.
Bo Józia nigdy nie ociągała się z zadawaniem pytań. Tym razem jednak klasa wdzięczną jej była za śmiałość, bo nikt nie odważył się spytać o to panny Stacy, pomimo że niecierpliwie wyczekiwano objaśnienia w tej kwestji. Od niejakiego bowiem czasu w szkole krążyły głuche wieści, że panna Stacy nie powróci po wakacjach, gdyż ofiarowano jej posadę nauczycielki w wyższej szkole w rodzinnem mieście, którą to propozycję bez wątpienia przyjmie. Więc przyszli seminarzyści w milczeniu, bez tchu, oczekiwali jej odpowiedzi.
— Owszem, sądzę, że tak — odrzekła panna Stacy. — Miałam zamiar objąć inną szkołę, lecz ostatecznie postanowiłam zostać w Avonlei. Przyznaję, że takem się do was przywiązała, że trudno mi będzie rozstać się z wami. Pozostanę więc, by doprowadzić was do celu.
— Wiwat! — wykrzyknął Moody Spurgeon.
Kandydat na pastora jeszcze nigdy nie pozwolił się tak dalece unieść swym uczuciom, i przez cały tydzień, ilekroć przypomniał sobie ową chwilę, czerwienił się z zakłopotania.
— Ach, jakże się cieszę! — rzekła Ania z rozpromienionym wzrokiem. — Kochana panno Stacy, byłoby to okropne jeśliby pani nas opuściła! Zdaje mi się, iż straciłabym wszelką ochotę do nauki, gdyby inny nauczyciel zajął pani miejsce.
Powróciwszy tego popołudnia do domu, Ania włożyła wszystkie swe szkolne książki do starego kufra na strychu i klucz odeń ukryła na dnie pudełka.
— Ani zajrzę do szkolnych książek podczas wakacyj! — oznajmiła Maryli. — Pracowałam całą zimę tak gorliwie, jak tylko potrafiłam. Ślęczałam nad tą nieznośną geometrją tak długo, aż wyuczyłam się na pamięć wszystkich twierdzeń i dowodzeń z pierwszej części. Umiem je znakomicie, nawet gdy litery są pozmieniane. Czuję się doprawdy zmęczona wszystkiem, co jest poważną pracą, i postanowiłam w lecie mojej wyobraźni pozwolić znów bujać swobodnie. O, niech się Maryla nie lęka! Pozwolę jej się rozbujać jedynie w granicach rozsądku. Lecz pragnę spędzić to lato prawdziwie wesoło, gdyż będzie ono ostatniem mojego dzieciństwa. Pani Linde mówi, że jeśli w przyszłym roku urosnę tak, jak tej zimy, będę musiała włożyć długą suknię. A wtedy powinnam umieć zachowywać się w odpowiedni sposób. Boję się, że wówczas nie wolno mi już będzie wierzyć w elfy, więc też chcę całą duszą nacieszyć się niemi podczas lata. Zdaje mi się, że wakacje tegoroczne przejdą nam bardzo wesoło. Wkrótce z okazji urodzin Ruby Gillis będziemy zaproszone do niej na podwieczorek, a w przyszłym miesiącu ma się odbyć wycieczka Szkoły niedzielnej i koncert na cele misji. Pan Barry znowu przyrzekł, że któregoś wieczoru zabierze Djanę i mnie do hotelu na Białych Piaskach, na obiad. Maryla wie wszakże, iż tam obiadują wieczorem. Janka Andrews była tam razu jednego, latem, i mówi, że wspaniałe wrażenie sprawiał widok świateł elektrycznych, mnóstwa kwiatów i strojnie ubranych dam. Janka twierdzi, że wtedy po raz pierwszy poznała, co to jest życie highlife’u i nigdy tego nie zapomni.
Nazajutrz po południu pani Linde przyszła się dowiedzieć, dlaczego Maryla nie była na czwartkowem posiedzeniu w szwalni. Skoro nie stawiła się na zebranie, domyślano się ogólnie, że w domu Cutbertów zaszło coś niezwykłego.
— Mateusz miał we czwartek lekki atak sercowy — opowiadała Maryla — i nie chciałam pozostawić go samego. Co prawda, czuje się już znowu zupełnie dobrze, ale napady podobne zdarzają mu się obecnie coraz częściej, i lękam się o niego. Lekarz twierdzi, iż Mateusz powinien wystrzegać się wszelkich wzruszeń. Spełnienie tej rady nie jest trudne, bo wszakże Mateusz nigdy nie był skory do irytacji, ale nie wolno mu też ciężko pracować; a Mateuszowi praca jest równie konieczna do życia, jak powietrze do oddychania. Zdejmijże okrywkę, Małgorzato. Wszakże pozostaniesz u nas na herbacie?
— Jeśli sobie tego życzysz, zostanę chętnie — odpowiedziała pani Małgorzata, która wcale nie miała szczerego zamiaru odejść.
Obie panie zasiadły wygodnie w bawialce, a Ania zajęła się przygotowywaniem herbaty i sucharków, tak lekkich i rumianych, że mogły wytrzymać krytykę nawet pani Małgorzaty.
— Muszę przyznać, że Ania wyrosła na dzielne dziewczę — rzekła pani Małgorzata, kiedy po zachodzie słońca Maryla odprowadzała ją na drogę. — Musi ci ona być wyręką nielada.
— Jest nią w istocie — odpowiedziała Maryla — a w ostatnich czasach stała się też o wiele poważniejsza i systematyczniejsza. Z początku lękałam się, że pozostanie na zawsze taką postrzeloną kozą, ale obecnie mogę jej we wszystkiem zaufać.
— Nie uwierzyłabym nigdy w taką przemianę wówczas, gdy zobaczyłam ją u was po raz pierwszy trzy lata temu — rzekła znowu pani Linde. — Boże miłosierny, nie zapomnę nigdy sceny, jaką mi ona wtedy urządziła. Powróciwszy owego wieczoru do domu, powiedziałam do Tomasza: „Pamiętaj moje słowa, Tomaszu. Maryla Cutbert pożałuje tego, co uczyniła“. Ale omyliłam się i rada jestem temu. Szczęściem, Marylo, nie należę do tych ludzi, którzy nigdy nie chcą przyznać, że się pomylili. Nie, nie należę do nich. Mogłam się pomylić w ocenieniu Ani, lecz nic w tem dziwnego, gdyż oryginalniejszego i bardziej niezwykłego dziecka nie było chyba na świecie. Wszelkie wnioski słuszne, nie zawodzące w stosunku do innych dzieci, nie mogły być do niej zastosowane. Zadziwiającem jest, jak bardzo zmieniła się przez te trzy lata, szczególniej co do powierzchowności. Wyrosła na zupełnie ładne dziewczę, chociaż osobiście nie jestem zwolenniczką tych bladych wielkookich podlotków. Wolę okrągłe buziaki i mocne rumieńce Djany lub Ruby Gillis. Ruby jest bardzo efektowna. A jednak... nie wiem czemu, kiedy widzę Anię w ich towarzystwie, one obok niej wyglądają pospolicie i napuszenie. Zupełnie jak owe białe lilje, które Ania nazywa narcyzami, obok wielkich, czerwonych piwonij.





Przypisy

  1. Moody i Spurgeon są to nazwiska dwóch najpopularniejszych kaznodziejów w Ameryce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.