Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga
Pobierz jako: Pobierz Cała część II-ga jako ePub Pobierz Cała część II-ga jako PDF Pobierz Cała część II-ga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

Niefortunne przedstawienie.

— Rozumie się, że ty, Aniu, będziesz Elaine — rzekła Djana. — Ja nigdybym nie miała dość odwagi, by zdać się na łaskę prądu.
— Ani ja — potwierdziła Ruby Gillis stanowczo. — Rozumiem, iż przyjemnie jest, siedząc we dwie lub we trzy w łodzi, kołysać się na falach. Tak, to jest duża rozkosz! Lecz leżeć na dnie i udawać umarłą... nie potrafiłabym nigdy! Umarłabym naprawdę ze strachu.
— Niewątpliwie byłoby to romantycznie! — dodała Janka Andrews. — Ale jestem pewna, iż nie umiałabym zachować się bez ruchu. Co chwila zerkałabym wokoło, aby się przekonać, gdzie jestem, i czy prąd nie uniósł mnie zbyt daleko. A rozumiesz przecież, Aniu, że popsułoby to zupełnie wrażenie.
— Ależ śmiesznie byłoby wybrać rudowłosą Elaine — zaoponowała Ania. — Ja nie lękam się bynajmniej zdania się na łaskę prądu i pragnęłabym gorąco odegrać rolę Elaine. Niemniej jednak uważam, iż byłoby to śmieszne. Ruby powinna być Elaine, gdyż jest taka biała i ma przepyszne długie, złote włosy. „Jasne włosy Elaine spływały w dół“, znacie ten wiersz!
— Ty masz cerę równie jasną jak Ruby — rzekła Djana poważnie — a włosy twoje znacznie ściemniały, odkąd je podcięłaś.
— Czy naprawdę tak uważasz? — zawołała Anią, rumieniąc się z radości. — I mnie samej niejednokrotnie tak się zdawało... lecz nigdy nie odważyłam się spytać o to kogokolwiek z obawy, aby mnie nie wyśmieli. Jak ci się zdaje, Djano, czy możnaby je nazwać kasztanowatemi?
— Owszem i wydają mi się naprawdę piękne — rzekła Djana, z podziwem przyglądając się krótkim jedwabistym lokom, okrywającym głowę Ani i opasanym wedle jej rady czarną aksamitką z kokardką u boku.
Dziewczęta stały na boku stawu, w dole Sosnowego Wzgórza, gdzie wrzynał się niewielki przylądek, wysadzony brzozami. Na jego cyplu zbudowany był drewniany pomost, wysunięty w wodę dla wygody rybaków i polujących na kaczki. Ruby i Janka przyszły dziś na całe popołudnie do Djany, i Ania nadbiegła, aby z niemi pogawędzić.
Ania i Djana spędzały tego lata prawie wszystkie wolne chwile na stawie lub w pobliżu. Zacisze Słowika należało już do przeszłości, gdyż pan Bell kazał na wiosnę bezlitośnie wyrąbać drzewka tego gaiku. Ania płakała, siedząc pomiędzy ściętemi pniakami, lubując się romantyczną stroną sytuacji. Pocieszyła się jednak wkrótce, bo pomimo wszystko musiała przyznać wraz z Djaną, że, jako podlotki w czternastej wiośnie, były już zbyt stare dla takich dziecinnych zabaw, jak urządzanie sobie domku. Zresztą o wiele bardziej zajmujący sport znalazł się wkrótce wokoło stawu. Z mostku znakomicie dawały się łowić pstrągi, i dziewczynki wkrótce nauczyły się samodzielnie wiosłować, płynąc w płytkiej łodzi, zakupionej przez pana Barry dla polowania na kaczki.
Ania wpadła na pomysł uscenizowania Elaine.
Poprzedniej zimy przestudjowały w szkole ten wzruszający poemat Tennysona. Zanalizowały go, podzieliły i rozebrały wszystkie zdania, aż dziw brał, że ani jedna myśl nie pozostała dla nich niejasna. Elaine, owo urocze dziewczę, Lancelot, Guinevére, król Artur, wszyscy przybrali w ich oczach cielesną postać, a Ania tajemnie martwiła się, że nie przyszła na świat w epoce rycerstwa. Owe czasy, mówiła, były o tyle romantyczniejsze od obecnych!
Pomysł Ani przyjęto z entuzjazmem. Dziewczęta przyszły do wniosku, że jeśli czółno zostanie odepchnięte od przystani, to prąd uniesie je aż pod mostek i wreszcie doprowadzi do drugiego przylądka, tam, na skręcie stawu. Niejednokrotnie już łódź niosła je w ten sposób, który teraz wydał im się świetny dla odegrania Elaine.
— A więc dobrze... będę Elaine — postanowiła Ania, zawsze jeszcze nieco opornie, gdyż pomimo, że gorąco pragnęłaby odegrać rolę bohaterki, jednak artystyczny zmysł jej opierał się temu, wskazując brak zewnętrznych warunków.
— Ty, Ruby, będziesz królem Arturem, Janka będzie Guinevére, zaś Djana Lancelotem. Ale przedtem odegracie role ojca i braci. Nie możemy wprowadzić starego niemego sługi, gdyż na dnie łódki nie będzie miejsca dla dwóch osób z chwilą, gdy ja się położę. Dno łódki wyłożymy czarnym aksamitem. Stary czarny szal twojej matki, Djano, będzie najodpowiedniejszy po temu.
Otrzymawszy żądany szal, Ania rozpostarła go w łodzi, a następnie położyła się na niem wyciągnięta, przymknęła powieki i złożyła ręce na piersiach.
— Ach, wygląda zupełnie jak umarła — szepnęła nerwowo Ruby Gillis, spoglądając na nieruchomą bladą twarzyczkę pod ślizgającemi się po niej cieniami brzóz. — Wiecie, dziewczęta, strach mnie ogarnia! Czy wogóle powinnyśmy bawić się w ten sposób? Pani Linde twierdzi, że teatralne przedstawienia są szkaradne.
— Ruby, nie powinnaś teraz wspominać o pani Linde — odezwała się surowo Ania. — Psujesz wrażenie, bo wszystko to działo się setki lat przed urodzeniem pani Linde. Janko, ty zarządzaj! Wszakże Elaine nie powinna mówić, jeśli umarła.
Janka chętnie usłuchała. Nie było złotej kapy do nakrycia leżącej dziewczynki, lecz stara serweta fortepianowa z żółtej japońskiej krepy znakomicie ją zastępowała. Nie było też pod ręką białej lilji, ale w zupełności wystarczył piękny szafirowy kosaciec, umieszczony w splecionych dłoniach Ani.
— Oto jest już gotowa! — zawyrokowała Janka. — Teraz ucałujcie jej czyste czoło, i ty, Djano, powiedz: „Żegnaj, siostro, na wieki!“ — a ty, Ruby, powiedz: „Żegnaj, miła siostrzyco!“. Tylko jaknajsmutniejszym głosem! Aniu, uśmiechnij się choćby leciutko! Przypominasz sobie zapewne „Elaine z bladym uśmiechem na ustach“. Tak, teraz jest lepiej. Możecie pchnąć łódkę!
I łódź została pchnięta, uderzywszy w tym ruchu mocno o jeden ze starych, wystających pali. Djana, Janka i Ruby czekały tylko, dopóki woda jej nie uniosła, poczem poskoczyły w las i pobiegły dróżką ku owemu oddalonemu przylądkowi, gdzie jako Lancelot, Guinevére i król miały być gotowe do przyjęcia Elaine.
Ania, powoli unoszona przez prąd wody, napawała się kilka chwil romantycznością swego położenia. Lecz nagle stało się coś bynajmniej nieromantycznego. Woda zaczęła się dostawać do łodzi. Po kilku minutach Elaine była zmuszona zerwać się ze swego łoża, unieść złotem haftowaną szatę i ściągnąć czarny całun, aby z rozpaczą przekonać się o istnieniu na dnie łodzi sporego otworu, przez który niewątpliwie przedostała się woda. Ostry pal u przystani przedziurawił łódź.
Ania nie miała pojęcia o tem, lecz niewiele czasu potrzebowała, aby się przekonać, że jest w niebezpieczeństwie. Łódź będzie się napełniała wodą i bez wątpienia zatonie, zanim zdąży się dostać do owego drugiego przylądka. Gdzież były wiosła? Pozostały prawdopodobnie w przystani.
Ania wydała krótki, przytłumiony, przez nikogo nie dosłyszany okrzyk, lecz nie straciła przytomności. Jedna tylko była rada, jedna, jedyna...
— Byłam okropnie przerażona — opowiadała Ania nazajutrz pani Allan i latami wydawał mi się czas, zanim łódź dotarła do mostu, podczas gdy woda coraz więcej napływała do środka. Zaczęłam się modlić bardzo gorąco, lecz nie przymykałam oczu, wiedziałam bowiem, że jedynym sposobem ratunku było, aby łódź zbliżyła się do pali u mostu, tak, iżbym zdążyła się uchwycić którego z nich. Pani wie, iż owe pale są to stare pnie drzew, ze sterczącemi odłamkami gałęzi i sękami. Słuszną rzeczą było się pomodlić, ale jednocześnie należało uważać i mieć oko zwrócone na wszystko. Powtarzałam bezustannie: „Kochany Boże, pozwól, niech tylko łódka przybliży się do pali!“ W takich okolicznościach nie można myśleć nad ułożeniem pięknej modlitwy. Jednakże moja została wysłuchana, gdyż łódka na chwilę zbliżyła się do jednego z pali, a wówczas, zarzuciwszy szybko serwetę i szal na ramię, wdrapałam się na wystający sęk. I tak pozostałam, przytulona do śliskiego pala, bez możności poruszenia się w tę lub ową stronę. Była to bardzo nieromantyczna sytuacja, ale w owej chwili nie myślałam o tem. Trudno jest zastanawiać się nad romantycznością, kiedy się tylko co wymknęło z mogiły pod wodą. Odmówiłam dziękczynną modlitwę i całą uwagę skierowałam na mocne trzymanie się sęka, wiedziałam dobrze, że bez pomocy ludzkiej nie potrafię wydostać się na ląd.
Tymczasem łódka przesunęła się koło mostu i szybko zniknęła pod wodą. Ruby, Janka i Djana, oczekujące jej u owego drugiego przylądka, ujrzały nagle, że łódź tonie i ani na chwilę nie wątpiły, że i Ania znalazła się pod wodą. Stanęły nieruchome, blade, zamarłe z trwogi. Potem z głośnym okrzykiem przerażenia pomknęły w szalonym pędzie przez las, nie rzuciwszy ani jednego spojrzenia na most. Ania, rozpaczliwie przytulona do swej zbawczej podpory, widziała poruszające się w biegu ich sylwetki i słyszała ich okrzyki. Niewątpliwie pomoc zjawi się wkrótce, tymczasem jednak położenie jej było niezmiernie trudne.
Minuty mijały, a każda z nich wydawała się godziną nieszczęśliwemu dziewczęciu. Dlaczegóż nikt się nie zjawiał? Dokąd pobiegły koleżanki? A jeśli zemdlały z przerażenia i nikt nie nadejdzie! A jeśli ona tak opadnie z sił i zdrętwieje, że nie potrafi się dłużej utrzymać? Ani spojrzała w roztaczającą się pod jej stopami głęboką zieloną przepaść, gdzie długie cienie przeciągały leniwie... i zadrżała. Wyobraźnia zaczęła stawiać przed jej oczami rozmaite straszne obrazy.
Wtem, w chwili, gdy poczuła, że nie potrafi dłużej pozostać w tej pozycji z powodu zmęczenia i bólu w ramionach i dłoniach, obok mostu ukazał się Gilbert Blythe w łodzi Andrews’a.
Chłopiec spojrzał w górę i, ku niezmiernemu swemu przerażeniu, spostrzegł drobną, bladą, lecz dumną twarzyczkę, patrzącą nań wielkiemi, trwożnemi, ale jednocześnie gniewnemi oczami.
— Ania! Jakim sposobem i skąd się tu wzięłaś? — zawołał.
I nie czekając odpowiedzi, podpłynął do pala i wyciągnął ku niej rękę.
Nie było innej rady. Ania, mocno wsparta na dłoni Gilberta, zsunęła się do łodzi, gdzie usiadła, przemoknięta i zła, trzymając w obu rękach ociekający z wody szal i mokrą serwetę. Niewątpliwie bardzo trudno było wystąpić z godnością w podobnej sytuacji.
— Cóż to się stało, powiedz, Aniu? — spytał Gilbert, ujmując wiosło.
— Chciałyśmy grać Elaine Tennysona — objaśniała Ania chłodno, nie patrząc wcale na swego wybawcę — i ja powinnam była popłynąć do Camelot w barce — to jest w łódce. Tymczasem łódka była uszkodzona i woda zaczęła się do niej przedostawać, więc gdy zbliżyła się do pala, ja wyskoczyłam i wdrapałam się na niego. Jednocześnie Djana, Ruby i Janka pobiegły szukać pomocy. Czy zechcesz być o tyle uprzejmym i podwieziesz mnie do przystani?
Gilbert chętnie podpłynął we wskazane miejsce, i Ania, odrzucając jego pomoc, sama zręcznie wyskoczyła na brzeg.
— Dziękuję panu bardzo — rzekła wyniośle, odchodząc.
Ale i Gilbert wyskoczył z łodzi i położył rękę na jej ramieniu, starając się ją zatrzymać.
— Aniu — rzekł śpiesznie — posłuchaj mnie! Czy nie moglibyśmy być przyjaciółmi? Bardzo mi jest przykro, żem wówczas zażartował z twoich włosów. Nie chciałem cię obrazić; powiedziałem ot tak sobie, dla żartu tylko. A zresztą to już tak dawno. Teraz włosy twoje są bardzo piękne... szczerze mówię. Bądźmy przyjaciółmi!
Ania zawahała się chwilę. Pomimo obrażonej dumy doznała nagle jakiegoś niezwykłego, dotąd nieznanego wrażenia, że ten na poły nieśmiały, na poły gorący wyraz ciemnych oczu Gilberta stał się jej miłym. Serduszko jej zaczęło uderzać szybciej i mocniej. Lecz gorżkie uprzytomnienie sobie zniewagi w szkole szybko odniosło zwycięstwo nad wahaniem. Scena, która się odegrała dwa lata temu, odżyła w wyobraźni Ani równie żywo, jak gdyby się wczoraj zdarzyła. Gilbert zawołał: „Marchewka!“ i okrył ją wstydem wobec całej szkoły. Gniew jej, który dojrzałym ludziom wydałby się równie śmiesznym jak i jego powód, nie ustąpił i nie złagodniał jeszcze. Nienawidziła Gilberta! Nigdy mu nie przebaczy!
— Nie — odrzekła chłodno. — Nigdy nie będzie przyjaźni pomiędzy mną a Gilbertem Blythe. Nie życzę sobie tego.
— Jak ci się podoba! — I Gilbert, zaczerwieniony z gniewu, wskoczył do swej łodzi. — Nigdy już nie poproszę cię o przyjaźń. Ja również dbać o nią nie będę.
Odepchnął łódź kilku szybkiemi, gniewnemi uderzeniami, a Ania odeszła stromą, paprociami osłoniętą ścieżką pośród topoli. Główkę trzymała wysoko, lecz w głębi duszy doznawała przykrego uczucia żalu. Żałowała teraz, iż nie odpowiedziała Gilbertowi inaczej. Prawda, że strasznie ją obraził, lecz.. Wogóle zdawało jej się, że najlepiej byłoby, gdyby mogła usiąść i serdecznie się wypłakać. Czuła się najzupełniej wytrąconą z równowagi; fizyczne zmęczenie i wzruszenie, wywołane niezwykłą przygodą, teraz dopiero dawały jej się we znaki.
W połowie ścieżki spotkała Jankę i Djanę, wracające nad staw. Dziewczynki były w najwyższym stopniu przerażone. Nie zastały nikogo na Sosnowem Wzgórzu, bo państwo Barry wyszli z domu. Ruby dostała napadu serdecznego płaczu, zostawiły ją więc w mieszkaniu, by się uspokoiła, same zaś pobiegły przez Las Duchów i przez most na Zielone Wzgórze. Tam także nie było nikogo, gdyż Maryla udała się do Carmody, a Mateusz był zajęty daleko w polu, zbieraniem siana.
— Ach, Aniu — wybuchnęła Djana, obejmując szyję przyjaciółki i płacząc z radości nad niespodzianem jej ocaleniem — ach, Aniu droga.. myślałyśmy... żeś utonęła... i miałyśmy się za zbrodniarki... bo myśmy cię namówiły... abyś była... Elaine...! Ruby ma atak płaczu...! Aniu, jakżeś się wyratowała?
— Wdrapałam się na pal — objaśniała Ania obojętnie — a Gilbert, który właśnie nadpłynął w łodzi pana Andrewsa, wysadził mnie na brzeg.
— Ach, Aniu, jakże on szlachetnie postąpił! I jak to romantycznie! — wykrzyknęła Janka, otrząsnąwszy się z wrażenia. — Teraz zapewne będziesz już z nim rozmawiała!
— Prawdopodobnie nie będę — wybuchnęła Ania, w mgnieniu oka powracając do dawnej pewności siebie. — I nie chcę nigdy więcej słyszeć wyrazu romantyczność. Martwi mnie bardzo, żeście się tak przeraziły. Przekonywam się, że jestem urodzona pod nieszczęśliwą gwiazdą. Wszystko, do czego się biorę, kończy się niedobrze dla mnie lub moich najbliższych. Łódź twego ojca, Djano, leży na dnie wody i mam przeczucie, że nie pozwolą nam już nigdy wiosłować po stawie.
Przeczucie Ani tym razem sprawdziło się ściślej, niż to się zwykle dzieje. Zarówno państwo Barry jak i Cutbertowie strapili się bardzo, gdy dziewczęta opowiedziały im ten wypadek.
— Czy też ty kiedykolwiek będziesz rozumna, Aniu? — skarżyła się Maryla.
— O, bezwarunkowo! jestem najzupełniej tego pewna, Marylo — odpowiedziała Ania optymistycznie.
Jednak w samotności swego pokoiku na facjatce Ania wypłakała się serdecznie, a płacz ten uspokoił jej nerwy i powrócił jej zwykły, pogodny pogląd na świat.
— Zdaje mi się, że nadzieja zostania rozumną jest teraz bliższą urzeczywistnienia, niż kiedykolwiek! — mówiła, zeszedłszy na dół.
— Nie pojmuję w jaki sposób — rzekła Maryla.
— Oto tak — objaśniła Ania. — Dziś znowu otrzymałam nową i cenną nauczkę. Odkąd przybyłam na Zielone Wzgórze, popełniałam bezustannie głupstwa, lecz każde z nich pomogło mi wyleczyć się z jakiejś wady. Zdarzenie z broszką ametystową nauczyło mnie nie ruszać rzeczy, nie będących moją własnością. Strach, jakiego doznałam w Lesie Duchów, wskazał mi, iż należy wyobraźnię trzymać na wodzy. Pomyłka z kroplami walerjanowemi wyleczyła mnie z nieuwagi przy zajęciach w kuchni. Ufarbowanie włosów wyleczyło mnie z próżności. Obecnie nigdy nie myślę o swoich włosach i swoim nosie... a przynajmniej bardzo rzadko. Dzisiejsza przygoda wypleniła ze mnie skłonność do romantycznych awantur. Przyszłam do wniosku, że nie warto teraz być romantycznym. Było to bezwątpienia bardzo piękne paręset lat temu, w otoczonym wieżami Camelocie, lecz obecnie romantyczność nie znajduje uznania. Jestem pewna, że Maryla wkrótce się przekona o wielkiej zmianie w mojem usposobieniu.
— Oby tak było! — uśmiechnęła się Maryla niedowierzająco.
Lecz gdy Maryla wyszła z pokoju, Mateusz, który dotąd milczący siedział w kącie, zbliżył się do Ani i położył swą dłoń na jej ramieniu.
— Nie zatracaj całej romantyczności, Aniu — szepnął nieśmiało. — Zapewne nie zbyt wiele... ale troszeczkę nie zawadzi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.