Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga
Pobierz jako: Pobierz Cała część II-ga jako ePub Pobierz Cała część II-ga jako PDF Pobierz Cała część II-ga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Odwiedziny Ani u pastorstwa.

— Czemuż to oczy twoje, Aniu, błyszczą taką radością? — spytała Maryla dziewczynkę, gdy powracała z poczty. — Czyś może znowu znalazła jaką pokrewną duszę?
W rzeczywistości cała postać Ani promieniała radością, która tryskała z jej oczu i ujawniała się w każdym ruchu. Zbliżała się aleją, podskakując niby lekki duch leśny, unoszący się pośród łagodnych promieni słonecznych i leniwych cieni zapadającego sierpniowego wieczoru.
— Nie, Marylo, ale czy to do uwierzenia? Jestem zaproszona na jutro popołudniu, na podwieczorek, do pastorstwa! Pani Allan pozostawiła dla mnie ten oto list na poczcie. Proszę spojrzeć, Marylo! „Panna Ania Shirley na Zielonem Wzgórzu“. Po raz pierwszy w życiu nazwano mnie „panną“. Jakiegoż uczucia doznałam! List ten zachowam na zawsze pomiędzy memi najdroższemi skarbami.
— Pani Allan wspominała mi, że ma zamiar zapraszać z kolei na podwieczorek wszystkie dzieci ze szkoły — rzekła Maryla, bardzo chłodno przyjmując to cudowne wydarzenie. — Niepotrzebnie się tak gorączkujesz. Naucz się brać rzeczy spokojniej.
Lecz dla Ani nauczyć się brać rzeczy spokojniej znaczyło zmienić jej naturę. Jej żywe i uczuciowe usposobienie przyjmowało troski i radości życiowe z potrójną siłą. Nie uszło to uwagi Maryli i było źródłem jej niepokoju. Przewidywała, że przeciwności życiowe niejednokrotnie mocno zranią tę impulsywną duszę, lecz przeoczyła zarazem, że jednocześnie ta zdolność silnego odczuwania i rozkoszy potrafi to wynagrodzić dziewczynce. To też Maryla uważała za swój obowiązek nakłaniać Anię do spokoju i równego usposobienia, czegoś zarówno obcego jej naturze, jak promieniowi słonecznemu, igrającemu na falach strumienia. Ze smutkiem więc przyznawała, iż dotychczasowe jej starania były najzupełniej bezowocne. Ilekroć np. jakaś nadzieja lub długo żywiony plan spełzł na niczem, Ania pogrążała się w „głębię rozpaczy“. Jeśli się natomiast życzenia jej spełniły, rozpływała się w morzu szczęścia. Maryla utraciła już prawie nadzieję przekształcenia swej pupilki kiedykolwiek w dziewczę wzorowe o skromnem obejściu i nieśmiałem zachowaniu. Nigdyby też nie uwierzyła, iż właściwie kochała Anię daleko więcej taką, jaką była z natury.
Tego wieczoru Ania udała się na spoczynek smutna i zgnębiona, gdyż Mateusz oznajmił, że wiatr zmienił kierunek na północno-wschodni i wobec tego jutro możliwa jest niepogoda. Szmer liści topolowych wokoło domu niepokoił ją, wydawał jej się odgłosem spadających kropli deszczu, zaś głuchy, daleki szum zatoki morskiej, któremu zazwyczaj przysłuchiwała się z rozkoszą, zachwycona jego oryginalnym, dźwięcznym, podnoszącym się i opadającym rytmem, teraz wydawał się przepowiednią burzy i klęski dla dziewczynki, pragnącej wyjątkowo pięknej pogody. Zdawało się Ani, że ranek nigdy nie nadejdzie.
Lecz wszystko na świecie ma swój koniec, więc i noc, poprzedzająca dzień, w którym jest się zaproszonym na podwieczorek do pastorstwa, również się skończyła. Wbrew nieprzychylnym przepowiedniom Mateusza, ranek był prześliczny, a z tem usposobienie Ani nad wyraz wesołe.
— Ach, Marylo, jest mi dziś tak na duszy, iż pragnęłabym kochać wszystkich wokoło — wybuchnęła z przejęciem, zajęta zmywaniem naczyń od śniadania. — Nie możecie mieć pojęcia, jaką się dobrą czuję! Gdybym mogła taką zostać! Wydaje mi się, iż potrafiłabym być wzorową, jeślibym codziennie bywała zapraszana na podwieczorek. Bądź co bądź, jest to bardzo wielka uroczystość, czy nie, Marylo? I lękam się niezmiernie, czy też potrafię znaleźć się odpowiednio? Maryla wie wszakże, iż jeszcze nigdy nie byłam na podwieczorku na probostwie i niemam pojęcia o rozmaitych prawidłach etykiety, pomimo że, zanim tu przybyłam, przeglądałam codziennie w „Ognisku Domowem“ dział „Wskazówki dobrego ułożenia“. Obawiam się tak bardzo, że uczynię coś niestosownego lub zapomnę zrobić coś takiego, co powinnam. Czy np. wypada wziąć sobie drugą porcję czegoś, na co się ma niezmierną ochotę.
— Wadą twoją, Aniu, jest, że zbyt wiele myślisz o sobie samej. Powinnaś myśleć o pani Allan i o tem, co dla niej będzie miłe i przyjemne — rzekła Maryla, trafiwszy może pierwszy raz w życiu na zdrową i rozumną przestrogę. Ania natychmiast ją pojęła.
— Maryla ma słuszność. Spróbuję wcale o sobie nie myśleć.
Widocznie pierwsze te odwiedziny minęły dla Ani bez wielkich błędów przeciw „etykiecie“, gdyż o zmierzchu, gdy niebo wieczorne kąpało się w cudnych blaskach złotych i różowych, powróciła do domu rozweselona i szczęśliwa. Usiadłszy na kamiennych schodkach u drzwi kuchni, złożyła swą znużoną kędzierzawą główkę na kolanach Maryli i zaczęła opowiadać.
Świeży wietrzyk przypływał z rozległych łąk, ciągnących się poza skrajem lasu, i szumiał pomiędzy topolami. Wielka jasna gwiazda błyszczała ponad sadem, a pomiędzy paprociami i kołyszącemi się gałązkami uwijały się świętojańskie robaczki. Ania, mówiąc, śledziła za niemi wzrokiem, a wietrzyk, robaczki świętojańskie i gwiazdy zlewały się w jej oczach w coś niewymownie słodkiego i czarującego.
— Ach, Marylo, przeżyłam uroczą chwilę. Czuję, że nie żyłam napróżno... Kiedy przyszłam na probostwo, pani Allan przywitała mnie już u drzwi. Miała na sobie suknię z jasno różowego muślinu, z krótkiemi rękawami, przybraną całemi tuzinami falbanek. Wyglądała zupełnie jak anioł! Wie Maryla, iż zdaje mi się, że chciałabym zostać żoną pastora, gdy dorosnę. Pastor nie zwracałby uwagi na moje rude włosy, bo wszakże nie obchodzą go takie światowe sprawy. Lecz wobec tego, że jako pastorowa musiałabym być niezwykle dobrą i łagodną, a być nią nie potrafię, niema o czem myśleć. Jedni ludzie bywają dobrzy z natury, prawda? Inni zaś nie. Ja należę do tych innych. Pani Linde mówi, że mam wiele błędów wrodzonych.
Jakkolwiek bardzo staram się być dobrą, nie potrafię nigdy zostać taką, jaką bywają osoby już z natury dobre. Jest to poczęści to samo, co z geometrją, sądzę. Ale czyż starania nie powinny także być cenione? Pani Allan należy do ludzi dobrych z natury. Kocham ją szalenie. Jest to naprawdę niezmiernie dziwne, że niektóre osoby, jak np. panią Allan i Mateusza, można pokochać odrazu, od pierwszego wejrzenia; inne zaś, jak panią Linde, trzeba się dopiero przyzwyczajać kochać.
To pewne, że powinno się je kochać, bo zasługują na to, jako rozumne i czynne działaczki, ale należy bezustannie mieć się na baczności, by o tem nie zapomnieć. Jeszcze jedna dziewczynka ze szkoły niedzielnej w Białych Piaskach była na tym podwieczorku na probostwie. Nazywa się Lauretta Bradley, bardzo ładna dziewczynka. Zapewne, że nie pokrewna dusza, ale jednak bardzo milutka. Podwieczorek był niezmiernie elegancki, i zdaje mi się, że nie uchybiłam przepisom etykiety. Po herbacie pani Allan grała i śpiewała, i nam również kazała śpiewać. Zauważyła, iż mam ładny głos i powiedziała, że, przekonawszy się o tem, przyłączy mnie do chóru szkoły niedzielnej. Na samą tę myśl drżę ze wzruszenia! Tak bardzo pragnęłam śpiewać w chórze wraz z Djaną, ale zawsze lękałam się, iż tego zaszczytu nie dostąpię.
Lauretta musiała wcześnie powrocie do domu, bo w Białych Piaskach odbywa się dziś koncert, na którym występuje jej siostra. Lauretta opowiadała, że Amerykanie, do których ten hotel należy, urządzają co dwa tygodnie koncert na korzyść szpitala w Charlottetown i proszą młodzież z Białych Piasków o współudział. Mówiła także, że i ona ma nadzieję być w najbliższych dniach zaproszoną. Naprawdę, że spoglądałam na Laurettę z szacunkiem.
Po jej odejściu gawędziłyśmy z panią Allan bardzo serdecznie. Opowiedziałam jej wszystko... o pani Thomas i o bliźniętach, o mojej Kasieńce i o Violecie, o mojem przybyciu na Zielone Wzgórze i tych ciężkich kłopotach z geometrją. I czy Maryla uwierzy? Pani Allan mówi, że i ona była tępa w geometrji. Trudno sobie wyobrazić, wiele mi to dodało otuchy!
Gdy opuszczałam probostwo, nadeszła pani Linde i niech Maryla posłucha, co za nowina! Rada szkolna wybrała nowego nauczyciela, kobietę! Nazywa się Marjela Stacy[1]. Czy to nie romantyczne imię? Pani Linde powiada, że nigdy dotąd nie bywało w Avonlei nauczyciela płci żeńskiej i że się lęka, że to niebezpieczna inowacja. Lecz mnie się wydaje, iż to będzie cudnie mieć nauczycielkę, i nie wyobrażam sobie wcale, jak ja przeżyję te dwa tygodnie, dzielące nas od rozpoczęcia nauki w szkole. Tak niecierpliwie radabym zobaczyć pannę Stacy.





Przypisy

  1. Stejsi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.