Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga
Pobierz jako: Pobierz Cała część II-ga jako ePub Pobierz Cała część II-ga jako PDF Pobierz Cała część II-ga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

Nowe zastosowanie kropli walerjanowych.

— Całe życie składa się li-tylko z powitań i pożegnań — jak mówi pani Linde — zauważyła żałośnie Ania, chowając ostatniego dnia czerwca swe książki i zeszyty do szuflady stołu i ocierając zaczerwienione oczy bardzo wilgotną chustką do nosa. — Czyż nie dobrze się złożyło, żem dziś do szkoły zabrała specjalną chustkę do nosa? Przeczuwałam, iż będzie potrzebna.
— Nie sądziłam, abyś była tak bardzo przywiązana do p. Philipsa, że trzeba ci będzie aż dwóch chustek do ocierania łez z powodu rozstania się z nim — zauważyła Maryla.
— Nie utrzymuję, że płakałam dlatego, że pan Philips jest mi drogi — odpowiedziała Ania. — Płakałam, bo inni płakali. Ruby Gillis zaczęła. Zawsze dowodziła, że nienawidzi pana Philipsa, a tu, gdy on tylko wymówił pierwsze wyrazy swej pożegnalnej mowy, wybuchnęła płaczem. Wtedy wszystkie dziewczęta, jedne za drugiemi, rozpłakały się. Ja próbowałam się powstrzymać. Starałam się przypomnieć sobie ową chwilę, gdy pan Philips kazał mi usiąść obok Gilberta Blythe i tę chwilę, gdy napisał na tablicy imię moje „Andzia“, i kiedy powiedział, że byłam najbardziej tępa uczennica z geometrji, i śmiał się z mojej ortografji. Przypominałam sobie te wszystkie chwile, w których on bywał taki ironiczny i niemiły, a jednak nie potrafiłam zapanować nad sobą i także rozpłakałam się. Wszakże Janka Andrews już od miesiąca głosiła bezustannie, jak bardzo się cieszy, że pan Philips nas pożegna, i zapewniała, że nigdy nie uroni łzy z tego powodu. A tymczasem!... właśnie ona była bardziej rozżalona, niż my, i musiała pożyczyć chustki od swego brata — rozumie się, iż chłopcy nie płakali — bo nie przyniosła swej własnej, nie przypuszczając, iż jej będzie potrzebna. Ach, Marylo, była to rozdzierająca serce scena! Pan Philips miał prześliczną mowę pożegnalną, zaczynającą się od wyrazów: „Nadeszła dla nas chwila rozstania!“ Było to niezmiernie wzruszające. On także miał łzy w oczach. Ach, i mnie było strasznie smutno na duszy i czyniłam sobie wyrzuty za te wszystkie lekcje, podczas których rozmawiałam w szkole, rysowałam jego karykatury na mojej tabliczce i żartowałam sobie z niego i z Prissy. Naprawdę, w owej chwili żałowałam, iż nie byłam tak wzorowa pod względem sprawowania się, jak Mimi Andrews. Ona nie ma nic na sumieniu. Dziewczęta płakały podczas całej powrotnej drogi do domu. Carrie Slone powtarzała raz po raz: „Nadeszła dla nas chwila rozstania!“
Było mi strasznie smutno. Marylo! Ale czyż można pogrążyć się w bezdnię rozpaczy, gdy mamy przed sobą dwa miesiące wakacyj? Czy można, Marylo? A przytem spotkaliśmy nowego pastora z żoną, wracających z dworca. Pomimo iż tak niezmiernie przejęta byłam pożegnaniem z panem Philipsem, nie potrafiłam nie zwrócić choć trochę uwagi na nowego pastora. Żona jego jest bardzo ładna. Rozumie się, że nie królewsko-cudna... przypuszczam, że to nie byłoby nawet odpowiednie, aby pastor miał królewsko-cudną żonę, gdyż dałby tem zły przykład. Pani Linde mówi, że żona pastora w Newbridge daje bardzo zły przykład, dlatego że się zbyt modnie ubiera. Żona naszego nowego pastora miała na sobie niebieską muślinową suknię ze ślicznemi bufiastemi rękawami, a na głowie kapelusz, przybrany wiankiem róż. Jania Andrews uważała, że bufiaste rękawy to zbyt świecki strój dla żony pastora, lecz ja nie sądziłabym ją tak surowo, bo wiem dobrze, co to znaczy tęsknić do takich rękawów. Prócz tego, wszakże żoną pastora jest ona od niedawna dopiero, więc należy to uwzględnić, czyż nie? Jadać obiady będą tymczasowo u pani Linde, bo mieszkanie ich jest jeszcze nie gotowe.
Jeśli Maryla, zaszedłszy tego wieczoru do pani Linde, za powód swych odwiedzin podała konieczność zwrócenia pożyczonego od niej zeszłej zimy wzoru pikowania kołdry, to dla sprawiedliwości przyznać należy, że i większość mieszkańców Avonlei użyła podobnież niewinnego pretekstu. Niejeden przedmiot, pożyczony ongi przez panią Linde, bez nadziei odzyskania go kiedykolwiek, powrócił tego wieczoru do rąk właścicielki. Nowy pastor, a co ważniejsza pastor z żoną, był to słuszny powód do ciekawości w spokojnej, o monotonnym trybie życia osadzie, gdzie wrażeń bywa tak mało.
Stary pan Bentley, o którym Ania twierdziła, że mu brak wyobraźni, był pastorem w Avonlei przez lat osiemnaście. Przybył tam wdowcem i wdowcem pozostał, pomimo że kumoszki bezustannie żeniły go to z tą, to z ową. Ostatniej zimy ustąpił ze swego stanowiska, żegnany szczerym żalem parafjan, których przywiązanie, pomimo swych niewielkich zdolności mówcy, potrafił pozyskać swym serdecznym długoletnim stosunkiem. Od chwili jego wyjazdu parafjanie Avonlei nacieszyli się niezmierną rozmaitością, słuchając wielu i bardzo różnych mówców, przybywających niedzielę po niedzieli, aby przemawiać z kazalnicy. Utrzymywali się oni lub padali, stosownie do opinji, jaką wypowiadali o nich ojcowie i matki gminy. Pozatem zdanie swe o nich wyrażała też pewna mała, czerwonowłosa dziewuszka, siedząca spokojnie w kącie starej ławki Cutbertów. Swobodnie roztrząsała te sprawy w rozmowie z Mateuszem, bo Maryla z zasady stale unikała krytykowania pastorów.
— Nie sądzę, aby pan Smith był odpowiednim, Mateuszu — zadecydowała ostatecznie Ania. — Pani Linde twierdzi, że mowa jego była zbyt uboga, lecz mnie się wydaje, iż największą jego wadą, zarówno jak i pana Bentleya, jest brak wyobraźni. A pan Ferry ma jej zbyt wiele! Pozwala jej się rozbujać tak samo, jak to ja uczyniłam, opowiadając o Lesie Duchów. Zresztą pani Linde mówi, że teologja pana Ferry jest niezdrowa. Pan Gresham to bardzo dobry i bardzo religijny człowiek, lecz opowiadał zbyt wiele zabawnych historyj i ludzie śmieli się w kościele. Nie miał dość godności, a pastor powinien umieć zdobyć sobie szacunek, czy nie, Mateuszu? Uważałam, że pan Marshall był stanowczo niezmiernie pociągający, lecz pani Linde mówi, że jest on nieżonaty, a nawet niezaręczony. Wywiadywała się o to specjalnie i twierdzi, że niema sensu, aby w Avonlei był młody nieżonaty pastor, bo musiałby sobie szukać żony pośród swoich parafjan, a to dałoby powód do wielu nieporozumień. Pani Linde jest to bardzo daleko widząca osoba, czy nie, Mateuszu? Cieszę się, że wybrano pana Allana. Lubię go, bo kazanie miał zajmujące i modlił się z przejęciem, a nie czynił tego z przyzwyczajenia jedynie. Pani Linde mówi, że on nie jest znakomity, ale że nie możemy spodziewać się znakomitego pastora za siedemset pięćdziesiąt dolarów rocznie, a bądź co bądź jego nauka religji jest zdrowa, gdyż wypytywała go bardzo dokładnie o rozmaite kwestje. Zna także rodzinę jego żony: mężczyźni są ludzie godni szacunku, a kobiety znakomite gospodynie. Pani Linde mówi, że zdrowe poglądy męża i gospodarność żony stanowią idealne połączenie dla pastorstwa.
Nowy pastor i jego żona było to młode, o miłej powierzchowności małżeństwo, żyjące jeszcze w swym miodowym miesiącu, natchnione dobrocią i gorącym zapałem do obranego zawodu. Avonlea odrazu przyjęła ich z wielką serdecznością. Starzy i młodzi polubili szczerego, wesołego młodzieńca o szczytnych ideałach i jasną, śliczną młodą gosposię. Ania także wkrótce serdecznie pokochała panią Allan, znalazłszy w niej nową pokrewną duszę.
— Pani Allan jest wistocie godna miłości — zauważyła pewnego niedzielnego popołudnia. — Prowadzi naszą klasę i jest znakomitą nauczycielką. Przyznaje otwarcie, że nie uważa za słuszne, aby tylko nauczyciel miał prawo do zadawania pytań. Maryla pamięta zapewne, że to jest moje własne zdanie. Pozwala dzieciom pytać, ile tylko chcą. To też ja stawiam jej bardzo dużo pytań. Ja bo potrafię zasypywać pytaniami, prawda, Marylo?
— O, co to, to bez wątpienia — skwapliwie potwierdziła Maryla.
— Nikt prócz mnie więcej nie pytał, z wyjątkiem Ruby Gillis, która pragnęła się dowiedzieć, czy będzie tego lata zwykła niedzielna wycieczka szkolna. Mnie takie zapytanie wydało się nieodpowiednie, bo wszakże nie miało najmniejszego związku z lekcją — czytałyśmy legendę o Danielu w lwiej paszczy — lecz pani Allan uśmiechnęła się tylko i rzekła, że przypuszcza, iż wycieczka się odbędzie. Pani Allan ma śliczny uśmiech; posiada takie czarujące dołeczki w policzkach. Jabym także bardzo pragnęła mieć dołeczki, Marylo. Nie jestem już ani w części tak chuda, jaką byłam, przybywszy tutaj, ale dołeczków nie mam jeszcze. Być może, iż gdybym je posiadała, potrafiłabym mieć dobry wpływ na ludzi. Pani Allan twierdzi, że powinniśmy zawsze starać się dobrze wpływać na innych. Ona tak ładnie mówi o wszystkiem. Czuję, że cieszy się tem, że jest dobra. Gdybym ja mogła być dobrą, tańczyłabym i śpiewała z radości dzień cały. Pani Allan jest zbyt poważna, by tańczyć i śpiewać, a zresztą nie byłoby to może odpowiednie dla żony pastora, czy nie?
— Sądzę, że wkrótce należałoby zaprosić państwa Allan na herbatę — rzekła Maryla w zamyśleniu. — Byli już prawie wszędzie, prócz u nas. Zastanówmy się nad tem. Sądzę, że przyszła środa byłaby odpowiednia. Nie wspominaj jednak o tym planie Mateuszowi, bo gotów znaleźć sobie jaką wymówkę, aby dnia tego być poza domem. Do starego pana Bentleya przywykł już, ale za ciężkie przejście uważać będzie zapoznanie się z nowym pastorem, a już odwiedziny jego żony napędzą mu śmiertelnego strachu.
— Będę milcząca jak grób — zapewniła Ania. — Ale czy Maryla pozwoli mi upiec ciasto na tę uroczystość? Chciałabym przyrządzić coś dla pani Allan, a wszakże w ostatnich czasach nauczyłam się tak dobrze piec!
— Owszem, możesz upiec.
Poniedziałek i wtorek minęły na wielkich przygotowaniach na Zielonem Wzgórzu. Przyjęcie pastorstwa herbatą było niezmiernie doniosłym wypadkiem, a Maryla postanowiła nie dać się prześcignąć tym razem żadnej z gospodyń Avonlei. Ania żyła w gorączce zachwytu i oczekiwania. We wtorek wieczór opowiadała o wszystkiem Djanie, siedząc z nią na wielkich czerwonych kamieniach, niedaleko Źródła Nimf leśnych i maleńkiemi gałązkami robiąc tęczę w wodzie.
— Wszystko jest już gotowe, Djano, prócz mego tortu, który upiekę jutro rano, i maleńkich biszkopcików z piany, które Maryla przygotuje w ostatniej chwili, tuż przed podaniem herbaty. Wierzaj mi, Djano, żeśmy z Marylą przeżyły dwa niezmiernie pracowite dni. Wszak nie drobnostka przyjęcie pastorstwa herbatą! Gdybyś zajrzała do naszej śpiżarni, niewątpliwie ślinka napłynęłaby ci do ust. Najpierw kurczęta w galarecie i ozór na zimno; następnie dwa rodzaje marmelad, czerwona i żółta, bita śmietanka, biszkopty z cytryną i wiśniami, trzy rodzaje pasztecików, owe sławne konfitury ze śliwek, które Maryla przechowuje tylko dla gości, tort mojej roboty i biszkopciki z piany, o których wspominałam. Nadto świeżutki chleb i dawniejszy też, specjalnie dla pastora, gdyby przypadkiem nie był zupełnie zdrów na żołądek. Pani Linde mówi, że pastorowie najczęściej źle trawią, ale mnie się zdaje, że pan Allan jest jeszcze chyba zbyt krótko pastorem, aby to już miało taki zły wpływ nań wywrzeć. Zimny dreszcz mnie przejmuje, gdy myślę o moim torcie! Ach, Djano, jeżeliby się nie udał! Ostatniej nocy śniło mi się, że gonił mnie jakiś straszny duch z wielkim tortem zamiast głowy.
— Ależ będzie dobry, przepyszny — zapewniała Djana, zawsze gotowa pocieszać swych przyjaciół. — Wierzaj mi, ów kawałek ciasta, którem się podzieliłaś ze mną dwa tygodnie temu na podwieczorku w Zaciszu Słowika, był wyśmienity, a przecież tyś go piekła!
— Tak, to prawda, lecz ciasta mają tę szkaradną własność, iż właśnie nie udają się wówczas, gdy pragniemy, aby były jak najlepsze — westchnęła Ania, maczając w wodzie przesiąkniętą żywicą gałązkę. — Wreszcie powierzę wszystko dobrym losom i będę uważała, wstawiając tort do pieca. Ach, spójrz, Djano, jaka wspaniała tęcza! Czy nie sądzisz, że gdy stąd odejdziemy, nimfa leśna zjawi się, aby ją sobie wziąć na szarfę?
— Wiesz wszakże, iż niema nimf na świecie — rzekła Djana.
Matka jej zasłyszała także o Lesie Duchów i surowo nakazała dziewczynce trzymać na wodzy swą imaginację. To też Djana uważała za słuszne nie zajmować się nawet niewinnemi nimfami.
— Ależ to tak przyjemnie wyobrażać sobie, iż one istnieją — rzekła Ania. — Codziennie wieczorem, zanim się kładę spać, spoglądam przez okno i zdaje mi się, że widzę nimfę, jak rozczesuje swe loki nad źródłem, służącem jej za zwierciadło. Czasami rozeznaję ślady jej stóp na rosie porannej. Ach, Djano, nie trać wiary w nimfy!
Nadszedł poranek środowy. Ania wstała o wschodzie słońca; była zbyt podniecona, aby móc spać dłużej. Poprzedniego wieczoru, przemoczywszy nogi w stawie, nabawiła się wprawdzie silnego kataru, lecz jedynie ciężka jaka choroba potrafiłaby ją tego rana powstrzymać od zajęć w kuchni. Natychmiast po śniadaniu zabrała się do przygotowywania tortu, a kiedy wreszcie zamknęła drzwiczki piecyka, z piersi jej wyrwało się głębokie westchnienie ulgi.
— Jestem pewna, że tym razem nie zapomniałam o niczem, Marylo! Ale czy wyrośnie? Czy aby proszek, zastępujący drożdże, jest świeży? Wzięłam go z zapieczętowanego słoiczka. Lecz pani Linde twierdzi, że w obecnych czasach, kiedy wszystko fałszują, nie można być pewnym, że proszek jest świeży. I pani Linde mówi, że rząd powinienby się wtrącić w tę sprawę; lecz ona pewnie nie doczeka takiej chwili, dopóki partja konserwatywna pozostanie u steru. Marylo, a jeśli ciasto nie wyrośnie?
— Będziemy mieli dość i bez niego — zauważyła Maryla z niezamąconym spokojem.
Ale ciasto wyrosło i wyjęte z piecyka było pulchne i żółciutkie jak złota piana. Ania pokraśniała z zachwytu, przystroiła je czerwoną galaretką i w wyobraźni swej już widziała panią Allan ze smakiem spożywającą jeden kawałek i proszącą o drugi!
— Maryla każe zapewne nakryć najpiękniejszą zastawę do herbaty — rzekła. — Czy mogłabym przystroić stół paprociami i polnemi różyczkami?
— Uważam to za niemądre — mruknęła Maryla. — Mojem zdaniem, smaczne potrawy są najważniejsze, nie zaś przystrajanie stołu.
— Pani Barry przystroiła swój — odpowiedziała Ania sprytnie — a pastor wynagrodził jej trudy bardzo zręcznym komplementem. Powiedział, że jest to takaż uczta dla oka jak i dla podniebienia.
— Więc uczyń, jak ci się podoba — przyzwoliła wreszcie Maryla, stanowczo zdecydowana nie dać się prześcignąć w przyjęciu ani pani Barry, ani komukolwiek innemu. — Nie zapomnij zostawić dość miejsca dla półmisków i salaterek.
Ania przystroiła stół w ten sposób, iż pani Barry nigdy nie byłaby w stanie jej dorównać. Mając obfitość paproci i różyczek, z natury zaś obdarzona niezmiernie artystycznym smakiem, potrafiła przeobrazić stół podwieczorkowy w coś tak pięknego, że pastor i żona jego, zasiadłszy do herbaty, nie potrafili się powstrzymać od wykrzyków zachwytu.
— To Ani zasługa — przyznała Maryla, zawsze sprawiedliwa.
A Ania uczuła, że przychylny uśmiech pani Allan było to zbyt wiele szczęścia na ziemi.
Mateusz nie wydalił się z domu dzięki wymowie Ani. Odwiedziny te wprawiły go w taki stan nieśmiałości i zdenerwowania, że Maryla porzuciła nadzieję przekonania go, by zasiadł przy stole. Lecz Ania potrafiła tak szczęśliwie nań wpłynąć, iż oto w swem świątecznem ubraniu i białym kołnierzyku siedział obok pastora, zagłębiony w bardzo zajmującej rozmowie o rolnictwie. Rozumie się, iż nie bawił pani Allan, lecz tego przecież nikt nie śmiał od niego wymagać.
Wszystko szło jak z płatka, dopóki nie nadeszła chwila częstowania ciastem roboty Ani. Pani Allan, mając przed sobą talerzyk najrozmaitszych ciasteczek, podziękowała za tort. Lecz Maryla, widząc rozczarowanie na twarzyczce Ani, rzekła z uśmiechem:
— Ale pani nie odmówi skosztowania tego tortu. Ania upiekła go specjalnie dla pani.
— W takim razie muszę go spróbować — roześmiała się pastorowa, biorąc spory trójkącik, co też uczynili mąż jej i Maryla.
Pani Allan wzięła kęs do ust i dziwny wyraz odmalował się na jej twarzy. Nie wyrzekła ani słowa, powoli żując trzymany w ustach kawałek. Maryla, zauważywszy to, pośpieszyła także skosztować ciasto.
— Aniu! — krzyknęła — coś ty dodała do tego ciasta?
— Nic, prócz tego, co przepis nakazuje — zawołała Ania przerażona. — Czy niesmaczne?
— Niesmaczne? Ależ wstrętne! Niechże go pani nie je, pani Allan! Aniu, skosztuj, proszę. I powiedz, coś dodała do mąki?
— Wanilję — odpowiedziała Ania, spłoniona z przerażenia po skosztowaniu ciasta. — Tylko wanilję. Ach, Marylo, to z pewnością proszek, zastępujący drożdże. Miałam podejrzenia co do tego pr...
— Proszek, nie proszek! Pójdź, przynieś mi natychmiast słoik z wanilją, której użyłaś.
Ania, skoczywszy do spiżarni, powróciła ze słoiczkiem, napełnionym do połowy brunatnym płynem i opatrzonym żółtą etykietą: „Najlepsza wanilja“.
Maryla odkorkowała go i powąchała.
— Na litość Boską, Aniu! Toć dodałaś kropli walerjanowych. W zeszłym tygodniu stłukłam buteleczkę z temi kroplami i wlałam pozostałość do starego pustego słoiczka od wanilji. Przyznaję, że to poczęści moja wina — powinnam cię była uprzedzić — lecz, na miłość Boską, czemu nie powąchałaś?
Ania rozpłakała się rzewnie.
— Nie mogłam... nie czułabym, miałam taki straszny katar! — i z temi słowy pobiegła na górę, do swego pokoiku, gdzie padła na łóżko, szlochając, jak ten, kogo już nikt nie zdoła pocieszyć.
Po chwili na schodach rozległy się lekkie kroki i ktoś wszedł do pokoiku.
— Ach, Marylo — jęknęła Ania, nie podnosząc głowy z poduszki. — Jestem na zawsze unieszczęśliwiona. Nie potrafię tego przeżyć. Wypadek ten stanie się głośny... w Avonlei każda drobnostka staje się głośną. Djana zapyta, jak mi się udało ciasto i będę zmuszona wyznać jej prawdę. Będę na zawsze napiętnowana jako dziewczynka, która dodała do ciasta kropli walerjanowych, zamiast wanilji. Chłopcy w szkole nie przestaną wyśmiewać się ze mnie. Ach, Marylo, jeśli posiadacie choć odrobinę litości, nie każcie mi teraz powrócić do stołu. Posprzątam wszystko, gdy pastor z żoną odjadą, lecz nie mogę teraz spojrzeć w oczy pani Allan. Może myśli, że próbowałam ją otruć... Pani Linde opowiadała, że zna dziewczynkę sierotę, która chciała otruć swą opiekunkę. Ale wszakże krople walerjanowe to nie trucizna. Zażywa się na wewnątrz... rozumie się, że nie do ciast. Czy Maryla zechce to wszystko powiedzieć pani Allan?
— Czy nie mogłabyś wstać i sama jej to opowiedzieć? — rzekł wesoły głosik.
Ania zerwała się. Obok jej łóżka stała pani Allan, spoglądając na nią figlarnym wzrokiem.
— Moje kochane dziewczątko, nie płaczże tak bardzo! — rzekła, zasmucona nieszczęśliwą miną Ani. — Toż to jedynie komiczna pomyłka, mogącą się każdemu przytrafić.
— O nie, wszakże to mnie tylko wydarzają się tego rodzaju pomyłki — skarżyła się Ania zrozpaczona. — A tak bardzo pragnęłam, by ciasto się udało właśnie dla uczczenia odwiedzin pani.
— Wiem o tem, kochanie! I zapewniam cię, że potrafię uznać i ocenić twoje dobre chęci i starania zupełnie tak samo, jak gdyby tort był jak najlepszy. No, przestańże płakać i chodź na dół pokazać mi twój ogródek kwiatowy. Panna Cutbert mówiła mi, że posiadasz swój własny kawałek gruntu. Pragnęłabym przypatrzyć się twoim roślinom, bo niezmiernie lubię kwiaty.
Ania pozwoliła się sprowadzić i pocieszać, rada, że w pani Allan znajduje znowu pokrewną duszę. O torcie nie było więcej mowy, a kiedy goście pożegnali gospodarstwo, Ania zauważyła, iż popołudnie to upłynęło jej o wiele przyjemniej, niż można tego było oczekiwać ze względu na przykre wydarzenie. Niemniej jednak westchnęła głęboko.
— Czyż to nie cudownie, Marylo, że jutro następuje nowy dzień, w którym jeszcze nie uczyniłam żadnego głupstwa?
— Mam nadzieję, że popełnisz niejedno — rzekła Maryla. — Pod tym względem nikt ci nie dorówna.
— Wiem o tem — przyznała Ania z pokorą. — Ale czy Maryla zauważyła u mnie ten objaw pocieszający? Nigdy dwukrotnie nie popełniam tego samego błędu!
— Niewiele na tem zyskujesz, jeśli wymyślasz coraz to nowe.
— Ależ, Marylo! Wszakże musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba jest w stanie uczynić, więc kiedy spełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.
— Tak, tak, ale oto teraz pójdź raczej zanieść to ciasto dla wieprzków — rzekła Maryla. — Żaden człowiek nie potrafiłby tego przełknąć.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.