Ania z Wyspy/Rozdział XXXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVIII.
Rozwiane złudzenia.

— Pomyśleć, że od dzisiaj za tydzień będę w Avonlea! Co za rozkoszna myśl! — rzekła Ania, pochylając się nad walizką, do której pakowała haftowane kapy pani Małgorzaty. — I od dzisiaj za tydzień opuszczę „Ustronie Patty“ na zawsze! Co za straszna myśl!
— Ciekawam, czy duch naszej wesołości znajdzie echo w marzeniach dziewczęcych panny Patty i panny Marji, — zastanawiała się Fila.
Panna Patty i panna Marja, zwiedziwszy prawie całą zamieszkałą kulę ziemską, powracały do domu.
„Wracamy w drugim tygodniu maja“, pisała panna Patty. „Spodziewam się, że „Ustronie Patty“ wyda nam się nieco małe po komnatach królów Karnaku, ale nigdybym nie chciała mieszkać w wielkich pałacach. Rada będę znaleźć się znowu w domu. Gdy się w późnym wieku zaczyna podróżować, chce się jak najbardziej wykorzystać czas, gdyż wie się, że się go ma niewiele. Obawiam się, że Marja nigdy już nie będzie zadowolona“.
— Pozostawię tutaj swoje marzenia i rojenia, aby pobłogosławić następnego mieszkańca, — rzekła Ania, rozglądając się po niebieskim pokoiku, po swoim pięknym, niebieskim pokoiku, gdzie spędziła trzy tak szczęśliwe lata. Klęczała przy tem oknie, modląc się, i wychylała się z niego, obserwując zachód słońca za sosnami. Słuchała, jak jesienne krople deszczu uderzały o szyby i witała na parapecie okna pliszki wiosenne. Zastanawiała się, czy dawne marzenia mogą pozostawać w pokoju, a gdy się opuszcza na zawsze pokój, gdzie się cierpiało i odczuwało radość, śmiało i płakało, czy nie pozostaje w nim coś nienazwanego i niewidzialnego, a jednak uchwytnego, niby wymowne wspomnienie
— Ja myślę, — rzekła Fila, — że pokój, w którym się marzyło i cierpiało i radowało się i żyło, nierozłącznie stapia się z temi przeżyciami i przyjmuje indywidualność człowieka. Jestem przekonana, że gdy po pięćdziesięciu latach wejdę do tego pokoju, powie on do mnie: Ania, Ania... Jakiż piękny okres przeżyłyśmy tutaj! Jakie pogawędki i żarty i rozrywki koleżeńskie! O, Boże drogi, w czerwcu mam wyjść za Jasia, i wiem, że będę bezgranicznie szczęśliwa. Ale w tej chwili mam wrażenie, jakbym pragnęła zawsze wieść to radosne życie redmondzkie.
— Jestem dość nierozsądna, aby sobie w tej chwili życzyć tego samego, — wyznała Ania. — Bez względu na to, jakie głębsze radości mogłyby się jeszcze stać naszym udziałem, nigdy już nie będziemy wiodły tak wspaniałego, nieodpowiedzialnego życia, jakie miałyśmy tutaj. To minęło na zawsze.
— Co zrobimy z Moruskiem? — zapytała Fila, gdy ten uprzywilejowany kotek wpadł do pokoju.
— Zabiorę go do domu razem z Józkiem i kotem Magdy, — oznajmiła ciotka Jakobina. — Hańbąby było rozdzielać te koty, gdy nauczyły się współżyć ze sobą zgodnie. Zarówno kotom, jak i ludziom trudno się jest tego nauczyć.
— Przykro mi rozstać się z Moruskiem, — rzekła Ania z ubolewaniem, — ale nie miałoby sensu zabierać go na Zielone Wzgórze. Maryla brzydzi się kotami, a Tadzio zadręczyłby go na śmierć. Zresztą nie sądzę, żebym pozostała w domu. Zaproponowano mi kierownictwo wyższej szkoły dla dziewcząt w Summerside.
— Przyjmiesz to stanowisko? — zapylała Fila.
— Jeszcze... jeszcze się nie zdecydowałam, — odpowiedziała Ania, rumieniąc się ze zmieszania.
Fila ze zrozumieniem skinęła głową. Oczywiście plany Ani nie mogły być ustalone, aż Roy nie przemówi. Nie ulegało wątpliwości, że uczyni to niedługo. I nie ulegało też wątpliwości, że Ania odpowie na jego pytanie „tak“. Ania sama obserwowała stan rzeczy z dziwnie pomieszanem zadowoleniem. Głęboko kochała Roya, coprawda nie było to zupełnie tem, co wyobrażała sobie jako miłość, ale czyż wogóle było w życiu coś, coby odpowiadało marzeniom? pytała siebie. Iluzje dzieciństwa rozwiewały się zawsze. Ale Roy był poczciwym chłopcem i z pewnością będą z sobą szczęśliwi, nawet gdyby zabrakło owej wymarzonej a nieokreślonej przyprawy życia.
Gdy Roy przyszedł tego dnia, proponując Ani spacer po parku, wszyscy w „Ustroniu Patty“ rozumieli, jaki byt jego cel. I wszyscy wiedzieli, lub sądzili, że wiedzą, jaka będzie odpowiedź Ani.
— Ania jest bardzo szczęśliwą dziewczyną, — rzekła ciotka Jakóbina.
— I ja tak sądzę, — rzekła Stella, wzruszając ramionami. — Roy jest sympatycznym chłopcem i tak dalej. Ale właściwie niema w nim nic szczególnego.
— Brzmi to prawie jak zazdrosna uwaga, Stello, — rzekła ciotka Jakobina karcąco.
— Brzmi tak może, ale ja nie jestem zazdrosna, — rzekła Stella spokojnie. — Kocham Anię i lubię Roya. Wszyscy powiadają, że robi ona wspaniałą partję, a nawet pani Gardner uważa ją teraz za uroczą. Wszystko to wygląda, jakby było postanowione w niebie, ale ja mam co do tego pewne wątpliwości.
W małym pawilonie na wybrzeżu portowem, gdzie rozmawiali po raz pierwszy w ów dżdżysty dzień, poprosił Roy Anię, aby została jego żoną. Ania uznała za bardzo romantyczne, że obrał to właśnie miejsce. A oświadczyny jego przybrane były w tak piękne słowa, jakby je skopjował z „Poradnika dla zakochanych“, jak to uczynił i jeden z adoratorów Ruby Gillis. Efekt był bez zarzutu. I były to też szczere oświadczyny. Nie ulegało wątpliwości, że Roy czuł to, co mówił. Żadna fałszywa nuta nie wprowadzała dysonansu do tej symfonji. Ania czuła, że właściwie powinna zadrżeć od stóp do głowy. Ale nie zadrżała, była nawet niezwykle chłodna. Gdy Roy skończył, czekając na jej odpowiedź, rozchyliła wargi, aby powiedzieć doniosłe w skutki „tak“.
I w tej chwili odczuła, że drży, jakby stała nad skrajem przepaści. W życiu jej nastąpiła jedna z owych chwil, gdy przy nagłym przebłysku jaskrawego światła rozumiemy więcej, niż nauczyły nas wszystkie poprzednie lata. Cofnęła dłoń z ręki Roya.
— O, nie mogę... cię poślubić... nie mogę... nie mogę — krzyknęła dziko.
Roy zbladł. Czuł się bardzo pewny siebie, za co nie można go właściwie ganić.
— Co przez to rozumiesz? — wybełkotał.
— Myślę przez to, że nie mogę cię poślubić, — odpowiedziała Ania już opanowana. — Sądziłam, że będę mogła... ale nie mogę!
— Dlaczego nie możesz?
Głos Roya brzmiał już nieco spokojniej.
— Ponieważ... niedość cię kocham...
Purpura oblała twarz Roya.
— Więc igrałaś tylko ze mną przez te dwa lata? — rzekł wolno.
— Nie, nie! To nieprawda! — zawołała biedna Ania. O, jakże mu to mogła wytłumaczyć? Nie mogła tego wytłumaczyć. Bywają rzeczy, których niepodobna wytłumaczyć. — Myślałam, że cię kocham... rzeczywiście wierzyłam w to... ale teraz wiem, że tak nie jest...
— Złamałaś mi życie. — rzekł Roy z goryczą.
— Przebacz mi, — błagała Ania skruszona, z pałającemi policzkami i gorączkowym wzrokiem.
Roy odwrócił się i przez kilka minut stał bez ruchu, spoglądając na morze. Gdy odwrócił się wreszcie do Ani, był znowu bardzo blady.
— Czy nie możesz mi dać nadziei? — zapytał.
Ania niemo potrząsnęła głową.
— W takim razie... bywaj zdrowa... — rzekł Roy. — Nie rozumiem tego... nie mogę uwierzyć, że nie jesteś kobietą, za jaką cię uważałem. Ale wyrzuty byłyby między nami daremne. Jesteś jedyną kobietą, którą potrafię kochać. Dziękuję ci za twą przyjaźń przynajmniej... Bywaj zdrowa, Aniu!
— Bywaj zdrów, — wyjąkała Ania.
Gdy Roy odszedł, siedziała jeszcze długo w pawilonie, przyglądając się białej mgle, wznoszącej się z przystani i sunącej łagodnie ku lądowi. Była to w jej życiu chwila poniżenia, pogardy dla siebie i wstydu. Fale życia zalały ją. A jednak przez wszystko to przebijało radosne wrażenie, że odzyskała wolność.
O zmroku wróciła cicho do „Ustronia Patty“ i udała się do swego pokoju. Ale Fila znajdowała się tam i siedziała na parapecie okna.
— Zaczekaj, — rzekła Ania rumieniąc się, aby uprzedzić scenę. — Zaczekaj, aż usłyszysz, co ci mam do powiedzenia. — Filo, Roy oświadczył mi się, a ja... ja mu odmówiłam.
— Odmówiłaś... odmówiłaś mu...? — zawołała Fila bez tchu.
— Tak.
— Aniu Shirley! Czy jesteś przy zdrowych zmysłach?
— Tak mi się zdaje, — rzekła Ania z udręką. — O, Filo, nie łaj mnie! Nie rozumiesz nic.
— Rzeczywiście nic nie rozumiem. W każdym razie zachęcałaś bardzo Roya Gardnera podczas tych dwóch lat, a teraz powiadasz mi, że mu odmówiłaś. W takim razie flirtowałaś z nim tylko skandalicznie! Aniu, po tobie nigdybym się tego nie spodziewała!
— Nie flirtowałam z nim... Aż do ostatniej chwili wierzyłam uczciwie, że go kocham... A potem... tak, potem zrozumiałam nagle, że nigdy nie mogłabym zostać jego żoną.
— Mam wrażenie, — oświadczyła Fila, — że zamierzałaś wyjść za niego dla pieniędzy, ale zbudziła się lepsza cząstka twojej duszy i przeszkodziła ci w tem!
— Tak nie było! O pieniądzach jego nigdy nie myślałam. O, nie potrafię ci tego wytłumaczyć, tak samo, jak nie potrafiłam tego wytłumaczyć jemu.
— Uważam, że postąpiłaś z Royem haniebnie, — rzekła Fila z rozpaczą. — Jest on piękny i mądry i bogaty i dobry — czego chcesz więcej?
— Pragnę czegoś, co konieczne mi jest do życia. On mi tego nie da. Od początku utraciłam panowanie nad sobą przez jego piękny wygląd i przez zdolność prawienia mi romantycznych komplementów. A poza tem, sądzę, musiałam się w nim zakochać, gdyż był moim ciemnookim ideałem.
— Wielką moją wadą jest, że nie potrafię się nigdy zdecydować, ale ty jesteś gorsza, — rzekła Fila.
— Ja wiem, czego chcę, — zaprotestowała Ania. — Najgorsze tylko, że rozum mój zmienia się, a wtedy muszę się z nim na nowo zapoznawać.
— Sądzę, że niema celu mówić z tobą o tem.
— To zbyteczne, Filo. Moja przeszłość jest zbrukana. Nigdy nie będę mogła wspomnieć Redmondu, nie myśląc o poniżeniu tego wieczora. Roy gardzi mną... i ty mną gardzisz... i ja sama gardzę sobą.
— Biedna, kochana... — rzekła Fila współczująco. — Pójdź, niech cię pocieszę. Nie mam prawa cię łajać. Gdybym nie spotkała Jasia, poślubiłabym Olesia lub Alfonsa. O, Aniu, sprawy rzeczywistego życia są tak zawikłane! Nie są tak jasne i przejrzyste, jak w powieściach.
— Mam nadzieję, że już nikt nigdy nie oświadczy mi się, póki będę żyła. — łkała biedna Ania, wierząc szczerze w to, co mówiła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.