Ania z Wyspy/Rozdział XXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVII.
Koniec studjów.

— Chciałabym nie żyć, albo żeby już był jutrzejszy wieczór, — westchnęła Fila.
— Gdy będziesz żyła dość długo, oba życzenia się spełnią, — odpowiedziała Ania spokojnie.
— Tobie łatwo być wesołą. W filozofji czujesz się jak w domu. Ale ja nie, a na myśl o okropnem ćwiczeniu jutrzejszem ogrania mnie drżenie. Co powie Jaś, jeżeli się zetnę?
— Nie zetniesz się. Jak sobie dzisiaj poradziłaś z greką?
— Nie wiem. Może napisałam dobre ćwiczenie, a może dostatecznie złe, aby się Homer przewrócił w grobie. Uczyłam się i zakuwałam, aż już zupełnie straciłam głowę. Jak szczęśliwa będzie mała Fila, gdy już będzie po tej całej egzaminacji.
— Egzaminacji? Nigdy nie słyszałam o takiem słowie!
— To co? Czy mnie nie wolno tworzyć nowych słów, jak każdemu innemu? — zapytała Fila.
— Słów się nie tworzy, powstają one same, — odpowiedziała Ania.
— Nic nie szkodzi. Dziewczęta, czy możecie to zrozumieć, że nasze życie redmondzkie jest prawie skończone?
— Ja nie, — rzekła Ania zakłopotana. — Mam wrażenie, że to wczoraj dopiero było, gdy tak samotnie stałam z Priscillą w tłumie „nowicjuszów“. A oto jesteśmy na ostatnim roku, przed egzaminami końcowem.
— Potężne, mądre i czcigodne! — zakończyła Fila. — Czy sądzisz, że rzeczywiście jesteśmy trochę mądrzejsze, niż wtedy, gdy przyjechałyśmy do Redmondu?
— Nie postępujecie tak, jakbyście były mądre, — rzekła ciotka Jakóbina surowo.
— O, cioteczko Jakóbino, czyż nie byłyśmy grzecznemi dziewczynkami przez całe te trzy zimy, gdy nam matkowałaś? — broniła się Fila.
— Byłyście czwórką najsłodszych, najlepszych dziewcząt, jakie kiedykolwiek razem chodziły na uniwersytet, — zapewniła ciotka Jakóbina, która nigdy nie wypowiadała napróżno komplementu, przez źle stosowaną oszczędność. — Ale nie przypisuję wam zbyt wiele rozumu. Oczywiście trudno tego wymagać. Doświadczenie daje rozum. Na uniwersytecie nie możecie się tego nauczyć. Wy byłyście przez cztery lata na uniwersytecie, a ja nigdy, a jednak wiem o wiele więcej, niż wy, moje młode damulki. Czy nauczyłyście się w Redmondzie czegoś, prócz języków martwych i geometrji i innych bzdur? — zapytała.
— O tak. Sądzę, że tak, cioteczko, — zaprotestowała Ania.
— Nauczyłyśmy się prawdy, o której profesor Woodleigh mówił na ostatniem zebraniu w towarzystwie filomackiem. Powiedział on: „Humor jest najwspanialszą zaprawą życia. Śmiej się ze swoich błędów, ale czerp z nich naukę, kpij ze swoich trosk, ale zdobywaj z nich siłę. Obracaj swoje trudności w żart, ale przemagaj je“. Czy nie warto się tego nauczyć, ciotko Jakóbino?
— Owszem, moja droga. Jeżeli nauczyłyście się śmiać z rzeczy, z których należy się śmiać, a nie z tych, z których się śmiać nie wolno, to zdobyłyście mądrość i rozsądek.
— Co ty skorzystałaś podczas swoich studjów w Redmondzie, Aniu? — zapytała Priscilla na boku.
— Sądzę, — rzekła Ania wolno, — że rzeczywiście nauczyłam się patrzeć na każdą małą przeszkodę jak na drobiazg, a na każdą większą jak na zapowiedź zwycięstwa. Naogół mam wrażenie, że to jest właśnie to, co mi dał Redmond.
— Ja przypomnę inną cytatę profesora Woodleigh’a, aby wyrazić to, co mi dał uniwersytet, — rzekła Priscilla. — Pamiętasz przecież, co powiedział w swojem przemówieniu: „Tak wiele jest na świecie dla nas wszystkich, jeżeli tylko mamy oczy otwarte, by to widzieć, i serce, by to kochać, i dłoń, aby to zbierać. Tak wiele mężczyzn i kobiet, tak wiele w sztuce i literaturze, tak wiele wszędzie rzeczy, które nas mogą podnosić na duchu i za które możemy być wdzięczni“. Sądzę, że Redmond nauczył mię tego w pewnej mierze, Aniu.
— Sądząc z tego, coście powiedziały, — zauważyła ciotka Jakóbina, — ostatecznym rezultatem jest, że macie z natury dość rozumu, aby się w ciągu czterech lat uniwersyteckich nauczyć tego, na co potrzeba innym dwudziestu lat życia. To usprawiedliwia w moich oczach wyższe wykształcenie. Jest to kwestja, w której dawniej miałam zawsze wątpliwości.
— A co ma być z ludźmi, którzy z natury nie mają dość rozumu, cioteczko Jakóbino?
— Ludzie, którzy nie mają wrodzonego rozumu, nigdy się niczego nie nauczą, — odpowiedziała ciotka Jakóbina, — ani na uniwersytecie, ani w życiu. Choćby żyli sto lat, nie umieją umierając więcej, niż umieli rodząc się. To ich nieszczęście, nie ich wina. Ale ci z nas, którzy posiadają trochę rozumu, powinni dziękować za to Bogu.
Dni mijały szybko i egzaminy skończyły się. Ania otrzymała najwyższe odznaczenie w angielskiem, Priscilla odznaczyła się w przedmiotach klasycznych, a Fila w matematyce. Stella otrzymała zwykłe dobre świadectwo. Potem nastąpiła promocja.
— Tę chwilę uważałam kiedyś za epokową w swojem życiu, — rzekła Ania, wyjmując z pudełka fiołki od Roya i obserwując je w zamyśleniu. Oczywiście miała zamiar przypiąć je, ale oczy jej skierowały się ku drugiemu pudełku na stole. Były to konwalje, tak świeże i pachnące, jak te, które kwitły na Zielonem Wzgórzu, gdy czerwiec zawitał do Avonlea. Obok nich leżała wizytówka Gilberta Blytha.
Ania dziwiła się, że Gilbert przysłał jej kwiaty na promocję. Podczas ostatniej zimy mało go widywała. Od świąt Bożego Narodzenia jednego tylko wieczora piątkowego przyszedł do „Ustronia Patty“, a gdzie indziej rzadko się spotykali. Wiedziała, że uczył się bardzo wytrwale, zmierzając do najwyższego odznaczenia i nagrody Coopera. Mało też brał udziału w życiu towarzyskiem Redmondu. Ani zima minęła w wesołym nastroju towarzyskim. Obcowała wiele z Gardnerami, z Dorotą zaprzyjaźniła się blisko, a sfery uniwersyteckie lada dzień spodziewały się opublikowania jej zaręczyn z Royem. Ania sama spodziewała się tego. Ale zanim opuściła „Ustronie Patty“, idąc na promocję, odłożyła fiołki Roya i zastąpiła je konwalją Gilberta. Nie potrafiłaby wytłumaczyć, dlaczego to uczyniła. Dawne dni i radości avonlejskie wydały się nagle bardzo bliskie, gdy osiągnęła swoje długo piastowane ambicje. Ona i Gilbert wyobrażali sobie niegdyś radośnie ów dzień, gdy będą się promowali. Cudowny ten dzień nadszedł, a na fiołki Roya nie było w nim miejsca. Tylko kwiaty jej dawnego przyjaciela wydawały się odpowiednie do tej uroczystości.
Przez lata całe dzień ten był jej marzeniem; ale gdy nadszedł, najsilniejszem wrażeniem, jakie pozostało po nim w pamięci nie była chwila, gdy rektor wręczył jej beret i dyplom; ani widok rozradowanej twarzy Gilberta, gdy dostrzegł swoje konwalje u jej gorsu; ani bolesna mina Roya, kiedy ujrzał ją schodzącą z podjum; ani wyniosłe powinszowania Aliny Gardner, ani serdeczne życzenia Doroty. Tem najsilniejszem wspomnieniem był jakiś dziwny, niezrozumiały ból, który zepsuł jej nastrój tego tak dawno oczekiwanego dnia, pozostawiając jej jakiś słaby posmak goryczy.
Tego wieczora promujący się wydali zabawę taneczną. Gdy Ania ubrana już była na zabawę, odłożyła perły, które nosiła zwykle, i wyjęła z walizy małe pudełeczko, które przybyło pewnego dnia podczas Bożego Narodzenia na Zielone Wzgórze. Znajdował się w niem wąski łańcuszek złoty, z małem różowem serduszkiem z emalji jako wisiorkiem. Na dołączonej wizytówce było napisane: „Z życzeniami wesołych świąt od Twego dawnego przyjaciela Gilberta“. Ania musiała się roześmiać, gdy to emaljowe serduszko przypomniało jej ów fatalny dzień, gdy Gilbert nazwał ją „Marchewką“[1] i daremnie potem próbował przebłagać ją różowem serduszkiem z cukierka. Ale wisiorka tego nigdy nie nosiła. Dzisiejszego wieczora włożyła go na białą szyję z uśmiechem rozmarzenia.
Poszła do Redmondu razem z Filą. Ania szła w milczeniu; Fila gawędziła o najrozmaitszych rzeczach. Nagle rzekła:
— Słyszałam dzisiaj, że zaręczyny Gilberta Blythe z Krystyną Stuart mają być ogłoszone zaraz po promocji. Czy słyszałaś też o tem?
— Nie, — rzekła Ania.
— Myślę, że to prawda, — rzekła Fila swobodnie.
Ania nie odpowiedziała. W ciemności czuła, jak twarz jej płonęła. Wsunęła rękę za kołnierz i dotknęła złotego łańcuszka. Jedno szarpnięcie i łańcuszek ustąpił. Ania ukryła wisiorek w kieszeni. Ręce jej drżały, a oczy zaiskrzyły się.
Ale była tego wieczora najweselszą ze wszystkich dziewcząt, a gdy Gilbert podszedł do niej, prosząc ją o taniec, odpowiedziała mu bez skrupułu, że karnecik jej jest pełen. Potem, gdy siedziała z przyjaciółkami przed dogasającym ogniem przy kominku w „Ustroniu Patty“, nikt weselej od niej nie gawędził o wydarzeniach wieczora.
— Moody Spurgeon Mac Pherson był tu dzisiaj wieczorem po twojem odejściu, — rzekła ciotka Jakóbina, która nie kładła się spać, aby podsycać ogień. — Nie wiedział o zabawie. Młodzieniec ten powinien sobie przewiązywać na noc głowę chustką, żeby sobie przypłaszczyć uszy. Miałam kiedyś zalotnika, który to robił i pomogło, mu to bardzo. Ja mu to zaproponowałam, a on usłuchał mojej rady, ale nigdy mi tego nie przebaczył.
— Moody Spurgeon jest bardzo poważnym młodzieńcem, — ziewnęła Priscilla. — Zajęty jest ważniejszemi sprawami, niż uszy. Jak wiesz, ma zostać duchownym.
— Sądzę, że Bóg nie ogląda uszu człowieka, — odpowiedziała ciotka Jakóbina poważnie, przerywając dalszą krytykę Moody Spurgeona. Ciotka Jakóbina miała szczególny szacunek dla szat duchownych, nawet jeżeli chodziło o niewyświęconego jeszcze kapłana.


Przypisy

  1. Patrz „Ania z Zielonego Wzgórza“. P. t.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.