Ania z Wyspy/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIX.
Przygrywka.

— Pomyśleć, że to moje dwudzieste urodziny i że na zawsze zostawiłam za sobą wszystkie „naście“, — rzekła Ania, skulona na dywanie przed kominkiem z Moruskiem na łonie, do ciotki Jakóbiny, która czytała w swoim ulubionym fotelu.
Były same w bawialni. Stella i Priscilia poszły na zebranie, a Fila stroiła się w swoim pokoju na wieczór.
— Zdaje mi się, że ci trochę żal, — rzekła ciotka Jakóbina. — Druga dziesiątka lat to tak piękny okres życia! Cieszy mię, że ja sama nigdy jej nie przekroczyłam.
Ania roześmiała się.
— I nigdy nie przekroczysz, cioteczko. Gdy skończysz sto lat, jeszcze będziesz miała osiemnaście. Tak, żal mi i jestem też niezadowolona. Panna Stacy powiedziała mi już dawno, że gdy osiągnę dwudziestkę, charakter mój będzie ukształtowany, dobry czy zły. Nie czuję, aby to było to, co być powinno. Jest pełen niedociągnięć.
— Taki jest każdy charakter, — rzekła ciotka Jakóbina wesoło. — Mój miał braki w setkach miejsc. Twoja panna Stacy miała prawdopodobnie na myśli, że gdy osiągniesz dwadzieścia lat, charakter twój przechyli się na stałe w jednym lub drugim kierunku i będzie się po tej linji nadal rozwijał. Nie przejmuj się tem, Aniu. Spełniaj swój obowiązek wobec Boga, bliźnich i siebie i używaj życia. To jest moja filozofja, a zawsze okazywała się ona dobra. A dokąd to udaje się Fila dzisiaj wieczorem?
— Idzie na zabawę taneczną. Wkłada na ten wieczór najcudniejszą suknię, kremowo-żółtą, jedwabną z koronkami jak pajęczyna. Bardzo jej w niej do twarzy, gdyż ma ciemną cerę.
— Coś magicznego jest w słowach „jedwab“ i „koronki“, prawda? — rzekła ciotka Jakóbina. — Na sam dźwięk tych słów doznaję wrażenia, jakbym się miała za chwilę zerwać do tańca. I żółty jedwab! Trzeba przy tem pomyśleć o sukni z promieni słonecznych. Zawsze pragnęłam żółtej sukni jedwabnej, ale najpierw matka moja, a potem mąż nie chcieli o tem nawet słyszeć. Pierwszą rzeczą, jaką zrobię, gdy przybędę do nieba, będzie postarać się o żółtą suknię jedwabną.
Ania wybuchnęła śmiechem, a w tej chwili zeszła ze schodów Fila, ciągnąc za sobą chmury przepychu i przeglądając się sama w długiem lustrze owalnem na ścianie.
— Pochlebne lustro poprawia humor, — rzekła. — Lusterko w moim pokoju robi mię zieloną. Czy ładnie wyglądam, Aniu?
— Gdybyś wiedziała, jaka jesteś piękna, Filo! — zawołała Ania ze szczerym podziwem.
— Wiem o tem. Nacóż są lustra i mężczyźni? Nie to miałam na myśli. Czy wszystkie ogonki mam pochowane? Czy suknia się nie fałduje? I czy nie lepiej wyglądałaby ta róża trochę niżej? Obawiam się, że przypięta jest za wysoko — ale nie znoszę, gdy mi coś łechcze ucho.
— Wszystko jest w porządku, a twój południowo-zachodni dołeczek jest czarujący!
— Aniu, jedną rzecz szczególnie lubię w tobie — jesteś taka niezazdrosna! Niema w tobie ani odrobiny zawiści.
— Dlaczego miałaby być zazdrosna? — zapytała ciotka Jakóbina. — Może nie wygląda tak pięknie jak ty, ale ma o wiele piękniejszy nos.
— Wiem o tem, — przyznała Fila,
— Mój nos był dla mnie zawsze wielką pociechą, — wyznała Ania.
— I lubię twe włosy, wspinające się nad czołem, Aniu, a ten mały loczek, który wygląda zawsze, jakby miał opaść, a nie opada, jest cudowny. Ale jeżeli idzie o nosy, to mój sprawia mi wiele zmartwienia. Wiem, że gdy będę miała czterdzieści lat, stanie się zupełnie byrnowski. Czy wyobrażasz sobie, jak będę wyglądała w czterdziestym roku życia, Aniu?
— Jak stara, zamężna matrona, — odpowiedziała Ania przekornie.
— Nie chcę, — rzekła Fila, rozsiadając się wygodnie, aby zaczekać na swoje towarzystwo. — Józek, potworze, ani się waż siadać na moich kolanach! Czy mam iść tańczyć z suknią pokrytą kociemi włosami? Nie, Aniu, nie chcę wyglądać jak matrona, ale bezwątpienia wyjdę zamąż.
— Za Olesia czy za Alfonsa? — zapytała Ania.
— Za jednego z nich zapewne, — westchnęła Fila, — jeżeli zdołam się kiedy zdecydować, za którego.
— Nie powinnoby być trudno zdecydować się, — rzekła ciotka Jakóbina z przyganą.
— Urodziłam się niezdecydowana, cioteczko, i nic mnie już nie zmieni.
— Powinnabyś być bardziej zrównoważona, Filipo.
— Najlepiej jest oczywiście być zrównoważoną, — przyznała Fila, — ale traci się przez to wiele przyjemności. Co do Olesia i Alfonsa, gdybyś ich znała, zrozumiałabyś, dlaczego tak trudno jest wybierać wśród nich. Obaj są jednakowo ładni.
— W takim razie znajdź sobie kogoś jeszcze ładniejszego, — podsunęła jej ciotka Jakóbina. — Oto naprzykład ten student ostatniego roku, który ci jest tak oddany, Will Leslie. Ma takie piękne, wielkie, łagodne oczy.
— Trochę są za wielkie i za łagodne — zupełnie jak u krowy, — rzekła Fila okrutnie.
— A co sądzisz o Jerzym Parkerze?
— Nic o nim nie można powiedzieć poza tem, że zawsze wygląda, jakby przed chwilą został nakrochmalony i wyprasowany.
— Więc Marek Holworthy. Jemu nic nie możesz zarzucić.
— Nie, on byłby dobry, gdyby nie był ubogi. Muszę wyjść bogato zamąż, ciotko Jakóbino. Majątek i uroda są niezbędnemi kwalifikacjami. Chętnie wyszłabym za Gilberta Blytha, gdyby był bogaty.
— O, rzeczywiście? — rzekła Ania nieco złośliwie.
— Niezbyt lubimy tę myśl, chociaż same nie chcemy Gilberta, o nie, — zażartowała Fila. — Ale nie mówmy o rzeczach niemiłych. Kiedyś będę zapewne musiała wyjść zamąż, ale postaram się, póki się da, odsuwać ten przykry dzień.
— Nie powinnaś wychodzić za człowieka, którego nie kochasz, — rzekła ciotka Jakóbina.
— Słyszę, że powóz zajechał! Lecę już. Dowidzenia, moje dwie staromodne kobietki!
Gdy Fila wyszła, ciotka Jakóbina uroczyście spojrzała na Anię.
— To ładna i słodka dziewczyna i ma poczciwe serce, ale czy szczerze mówiąc główka jej jest zupełnie w porządku, Aniu?
— O, nie sądzę, aby w głowie jej miało być coś nie w porządku, — odpowiedziała Ania, ukrywając uśmiech. — Taki ma tylko sposób mówienia.
Ciotka Jakóbina potrząsnęła głową.
— Pragnę wierzyć, Aniu. Pragnę wierzyć, gdyż lubię ją. Ale nie rozumiem jej. Wyprowadza mię z równowagi. Nie jest podobna do żadnej z dziewcząt, jakie znałam, ani z tych, jakiemi ja sama byłam.
— Iloma to dziewczynkami ty byłaś, ciotko Jakóbino?
— Przynajmniej tuzinem, moja kochana.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.