Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Aniu, jedną rzecz szczególnie lubię w tobie — jesteś taka niezazdrosna! Niema w tobie ani odrobiny zawiści.
— Dlaczego miałaby być zazdrosna? — zapytała ciotka Jakóbina. — Może nie wygląda tak pięknie jak ty, ale ma o wiele piękniejszy nos.
— Wiem o tem, — przyznała Fila,
— Mój nos był dla mnie zawsze wielką pociechą, — wyznała Ania.
— I lubię twe włosy, wspinające się nad czołem, Aniu, a ten mały loczek, który wygląda zawsze, jakby miał opaść, a nie opada, jest cudowny. Ale jeżeli idzie o nosy, to mój sprawia mi wiele zmartwienia. Wiem, że gdy będę miała czterdzieści lat, stanie się zupełnie byrnowski. Czy wyobrażasz sobie, jak będę wyglądała w czterdziestym roku życia, Aniu?
— Jak stara, zamężna matrona, — odpowiedziała Ania przekornie.
— Nie chcę, — rzekła Fila, rozsiadając się wygodnie, aby zaczekać na swoje towarzystwo. — Józek, potworze, ani się waż siadać na moich kolanach! Czy mam iść tańczyć z suknią pokrytą kociemi włosami? Nie, Aniu, nie chcę wyglądać jak matrona, ale bezwątpienia wyjdę zamąż.
— Za Olesia czy za Alfonsa? — zapytała Ania.
— Za jednego z nich zapewne, — westchnęła Fila, — jeżeli zdołam się kiedy zdecydować, za którego.
— Nie powinnoby być trudno zdecydować się, — rzekła ciotka Jakóbina z przyganą.
— Urodziłam się niezdecydowana, cioteczko, i nic mnie już nie zmieni.
— Powinnabyś być bardziej zrównoważona, Filipo.