Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Najlepiej jest oczywiście być zrównoważoną, — przyznała Fila, — ale traci się przez to wiele przyjemności. Co do Olesia i Alfonsa, gdybyś ich znała, zrozumiałabyś, dlaczego tak trudno jest wybierać wśród nich. Obaj są jednakowo ładni.
— W takim razie znajdź sobie kogoś jeszcze ładniejszego, — podsunęła jej ciotka Jakóbina. — Oto naprzykład ten student ostatniego roku, który ci jest tak oddany, Will Leslie. Ma takie piękne, wielkie, łagodne oczy.
— Trochę są za wielkie i za łagodne — zupełnie jak u krowy, — rzekła Fila okrutnie.
— A co sądzisz o Jerzym Parkerze?
— Nic o nim nie można powiedzieć poza tem, że zawsze wygląda, jakby przed chwilą został nakrochmalony i wyprasowany.
— Więc Marek Holworthy. Jemu nic nie możesz zarzucić.
— Nie, on byłby dobry, gdyby nie był ubogi. Muszę wyjść bogato zamąż, ciotko Jakóbino. Majątek i uroda są niezbędnemi kwalifikacjami. Chętnie wyszłabym za Gilberta Blytha, gdyby był bogaty.
— O, rzeczywiście? — rzekła Ania nieco złośliwie.
— Niezbyt lubimy tę myśl, chociaż same nie chcemy Gilberta, o nie, — zażartowała Fila. — Ale nie mówmy o rzeczach niemiłych. Kiedyś będę zapewne musiała wyjść zamąż, ale postaram się, póki się da, odsuwać ten przykry dzień.
— Nie powinnaś wychodzić za człowieka, którego nie kochasz, — rzekła ciotka Jakóbina.
— Słyszę, że powóz zajechał! Lecę już. Dowidzenia, moje dwie staromodne kobietki!
Gdy Fila wyszła, ciotka Jakóbina uroczyście spojrzała na Anię.