Ania z Wyspy/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.
Panna Józefina pamięta o Ani.

Gdy nadeszły święta Bożego Narodzenia, dziewczęta z „Ustronia Patty“ rozjechały się do domów, ale ciotka Jakóbina wolała pozostać w Kingsporcie.
— Nie mogę jechać gdzieś, gdzie mnie zaproszą, i zabrać ze sobą tych trzech kotów, — rzekła. — A nie chcę opuszczać tych biednych istot na jakieś trzy tygodnie. Gdybyśmy mieli porządnych sąsiadów, którzyby je karmili, mogłabym to zrobić, ale na tej ulicy mamy samych miljonerów. Więc zostanę tutaj i będę dla was ogrzewała „Ustronie Patty“
Ania wyjechała ze zwykłemi radosnemi nadziejami, które się niezupełnie spełniły. Zastała Avonlea w okowach tak wczesnej, mroźnej i burzliwej zimy, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. Zielone Wzgórze było dosłownie spowite w zaspy śnieżne. Prawie każdego dnia tych fatalnych wakacyj zrywały się okropne zawieje i nawet w ładne dni nieustannie wiał wicher. Zaledwie oczyszczono drogi, gdy znowu zasypywał je śnieg na nowo. Niemożliwością było prawie wyruszyć się z domu. K. M. A. usiłowało trzykrotnie urządzić zabawę na cześć studentów z Redmondu, ale każdego z tych wieczorów burza była tak gwałtowna, że nikt nie mógł pójść, musiano więc z żalem zrezygnować z tego zamiaru. Ania, mimo swej miłości i przywiązania do Zielonego Wzgórza, nie mogła nie wspominać z tęsknotą „Ustronia Patty“, wesołego ognia na kominku, radosnych oczu ciotki Jakóbiny, trzech kotów, gwarnej rozmowy dziewcząt, miłych wieczorów piątkowych, gdy schodzili się koledzy uniwersyteccy na wesołą i poważną pogawędkę.
Ania była samotna; Diana przez całe święta zamknięta była w domu, gdyż chorowała na bronchit. Nie mogła odwiedzać Zielonego Wzgórza, a rzadko tylko mogła Ania chodzić do niej, gdyż stara droga przez Las Duchów była wskutek zawieruch nie do przebycia, a długa droga po zamarzłem Jeziorze Lśniących Wód nie była o wiele lepsza.
Ruby Gillis spała na spowitym w biały całun cmentarzu; Janka Andrews prowadziła szkołę w prerjach zachodnich. Gilbert był coprawda ciągle jeszcze wierny i prawie co wieczór przychodził na Zielone Wzgórze. Ale odwiedziny Gilberta nie były tem, czem były niegdyś. Ania niemal się ich obawiała. Czuła się zakłopotana, gdy nagle wśród milczenia podniosła wzrok i spostrzegała oczy Gilberta utkwione w niej, z dziwnym wyrazem w ich poważnych głębinach. A bardziej jeszcze wytrącało ją z równowagi to, że często przyłapywała się sama na tem, jak pod jego spojrzeniem czerwieniła się nagle, zupełnie jakgdyby, zupełnie jakgdyby... było to bardzo kłopotliwe! Ania pragnęła powrócić do „Ustronia Patty“, gdzie stale był ktoś jeszcze, aby ratować ją z tej przykrej sytuacji. Na Zielonem Wzgórzu Maryla, gdy tylko przychodził Gilbert, szła natychmiast do pani Linde i upierała się, aby zabrać bliźnięta. Przyczyna była jasna, a Ania wpadała z tego powodu w bezsilną wściekłość.
Tadzio czuł się jednak bez zastrzeżeń szczęśliwy. Rozkoszował się swoją swobodą, wybiegając rano z domu i odgarniając łopatą śnieg ze ścieżek. Objadał się przygotowanemi na Boże Narodzenie smakołykami, których strzegły Maryla i pani Linde, i czytał w książce z biblioteki szkolnej cudowną historję o cudownym bohaterze, który zdawał się wyposażony w cudowną zdolność wpadania w niezwykłe niebezpieczeństwa, z których ratowało go zawsze jakieś trzęsienie ziemi lub inny kataklizm, który unosił go z sobą i zdrowo wysadzał go na bezpieczny brzeg.
— Powiadam ci, że to wspaniała powieść, Aniu, — mówił z zapałem. — Wolę ją czytać niż biblję.
— Rzeczywiście? — zawołała Ania.
Tadzio spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Widzę, że cię to wcale nie oburza, Aniu. Pani Linde była okropnie oburzona, kiedy jej to powiedziałem.
— Nie, nie jestem o to oburzona, Tadziu. Uważam za zupełnie naturalne, że dziewięcioletni chłopiec woli czytać opowiadanie z przygodami, niż biblję. Ale gdy będziesz starszy, spodziewam się, że zrozumiesz, jak cudowną książką jest biblja.
— O, niektóre ustępy są w niej bardzo ładne! Naprzykład to opowiadanie o Józefie jest cudowne! Ale gdybym ja był Józefem, nie przebaczyłbym braciom. O nie, moi panowie! Wszystkim poucinałbym głowy. Pani Linde była strasznie wściekła, gdy jej to powiedziałem, i zamknęła biblję i powiedziała, że nigdy mi już jej czytać nie będzie, jeżeli będę tak mówił. Więc nie mówię nic, gdy czyta w niedzielę po obiedzie. Myślę sobie tylko rozmaite rzeczy i nazajutrz opowiadam o tem w szkole Emilkowi Boulterowi.
— O Boże! — zawołała Ania, gdy wicher uderzył nową falą śniegu w okna, — czyż ta zawieja nigdy się nie skończy?
— Bóg wie, — odpowiedział Tadzio swobodnie, zabierając się znowu do czytania.
Tym razem Ania była oburzona.
— Tadziu! — zawołała z wyrzutem.
— Pani Linde zawsze tak mówi, — zaprotestował Tadzio. — W zeszłym tygodniu Maryla spytała pewnego wieczora: czy Ludwik Speed i Teodora Dix pobiorą się? A pani Linde odpowiedziała: Bóg wie! Zupełnie tak samo, jak ja przed chwilą.
— To źle, że tak powiedziała, — rzekła Ania. — Nie należy używać tego imienia bez potrzeby i wypowiadać je lekko. Nie czyń tego nigdy, Tadziu.
— Nawet gdy je będę wypowiadał wolno i uroczyście, jak pastor? — zapytał Tadzio poważnie.
— Nie, nawet w ten sposób nie.
— No dobrze, nie będę tego robił. Ludwik Speed i Teodora Dix mieszkają w Middle Grafton, a pani Małgorzata uważa, że on się już o nią stara od stu lat. Czy nie będą niedługo za starzy, żeby się pobrać, Aniu? Spodziewam się, że Gilbert o ciebie nie będzie się tak długo starał. Kiedy się pobierzecie, Aniu? Pani Linde powiada, że to rzecz pewna.
— Pani Linde jest... — zaczęła Ania gwałtownie. Ale urwała.
— ...okropną starą plotkarką, — uzupełnił Tadzio spokojnie. — Tak ją wszyscy nazywają. Ale czy to jest sprawa pewna, Aniu? Muszę to wiedzieć.
— Jesteś bardzo głupim chłopczykiem, Tadziu, — rzekła Ania, wychodząc dumnie z pokoju.
Kuchnia była pusta i Ania usiadła w półmroku. Słońce zaszło już, a wiatr przycichł. Blady, chłodny księżyc zaglądał z poza ławicy purpurowych chmur na zachodzie.
Ania czuła się bardzo samotna i smutna. Zastanawiała się, czy będzie mogła powrócić w przyszłym roku do Redmondu. Nie wydawało się to prawdopodobne. Jedyne istniejące stypendjum na drugim roku było bardzo małe. Od Maryli nie chciała brać pieniędzy. A mało miała widoków, aby potrafiła w czasie wakacyj letnich zarobić dość pieniędzy.
„Będę pewnie musiała w przyszłym roku wystąpić z uniwersytetu“, myślała ze smutkiem, „i znowu przyjąć posadę w szkole, aż zarobię tyle, żeby skończyć studja. A tymczasem dawna moja klasa osiągnie dyplomy i „Ustronie Patty“ nie będzie już wchodziło w rachubę. Ale zobaczymy. Nie będę tchórzem. Dobrze, że potrafię w razie potrzeby zarobić sobie trochę pieniędzy“.
— Pan Harrison idzie, — zameldował Tadzio, wbiegając do kuchni. — Zdaje się, że przynosi pocztę. Już trzy dni minęło, odkąd przyniósł ostatnie listy.
Pan Harrison przyniósł pocztę, a wesołe listy od Stelli, Priscilli i Fili rozpędziły rychło troski Ani. Ciotka Jakóbina napisała także, donosząc, że utrzymuje ogień na kominku, a koty czują się dobrze i rośliny domowe znakomicie się rozwijają.
„Zrobiło się rzeczywiście mroźno“, pisała, „więc pozwoliłam kotom sypiać w mieszkaniu, Morusek i Józek na kanapie w bawialni, a kot Magdy w nogach mojego łóżka. Prawdziwa to przyjemność słyszeć jego mruczenie, gdy się budzę w nocy i myślę o swojej biednej siostrze w dalekich krajach. Gdyby znajdowała się ona gdziekolwiek indziej, nie w Indjach, nie martwiłabym się, ale opowiadają, że są tam okropne żmije. Kot Magdy musi głośno mruczeć, żeby mię uwolnić od tych przykrych myśli. Wszystkiemu na świecie dowierzam, tylko nie żmijom. Nie rozumiem, dlaczego Opatrzność stworzyła je. Niekiedy myślę, że nie Bóg to uczynił. Raczej skłonna jestem wierzyć, że djabeł maczał w tem ręce“.
Ania zostawiła sobie na koniec cienki arkusik papieru, zapisany pismem maszynowem, gdyż wydawał się jej nieważny. Ale gdy go przeczytała, usiadła cicho, ze łzami w oczach,
— Co się stało, Aniu? — zapytała Maryla.
— Panna Józefina Barry nie żyje, — odpowiedziała Ania cicho.
— Więc jednak umarła wreszcie, — rzekła Maryla. Chorowała od przeszłego roku i lada dzień oczekiwano wiadomości o jej śmierci. Dobrze, że się to nareszcie skończyło, gdyż cierpiała strasznie, Aniu. Zawsze cię bardzo lubiła...
— Aż do ostatniej chwili, Marylo. Ten list jest od jej adwokata. Zapisała mi w testamencie tysiąc dolarów.
— Boże wielki! To przecież okropna masa pieniędzy! — zawołał Tadzio. — To przecież ta pani, na którą ty i Diana wpadłyście, gdyście skoczyły do łóżka w pokoju gościnnym, prawda?[1] Diana opowiadała mi o tej historji. Czy dlatego zapisała ci tyle?
— Cicho, Tadziu! — rzekła Ania łagodnie.
Z wezbranem sercem odeszła na swoją facjatkę, opuszczając Marylę i panią Linde, żeby mogły dowoli omówić tę nowinę.
— Czy Ania wogóle wyjdzie teraz zamąż? — zaindagował Tadzio ciekawie. — Gdy Dorka Slone wyszła w zeszłym roku zamąż, powiedziała, że gdyby miała dość pieniędzy na życie, nie zawracałaby sobie głowy mężem. Ale nawet wdowiec z ośmiorgiem dzieci był lepszy, niż bratowa.
— Tadeuszu Keith, trzymaj język za zębami! — rzekła pani Małgorzata surowo. — Ten sposób mówienia jest oburzający u małego chłopca!


Przypisy

  1. Patrz „Ania z Zielonego Wzgórza“. P. t.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.